Życiu stuknęła pięćdziesiątka. Dowiedziałem się o tym znienacka, kiedy zaproszono mnie na wspólne zdjęcie i degustację tortu jubileuszowego. Od razu wywołało to u mnie falę wspomnień. Trudno się temu dziwić, skoro praca w gazecie pod tytułem Życie Przemyskie była jednym z moich pierwszych zajęć zarobkowych po studiach.
Nie trwało to długo, bo dokładnie rok, a przygodę przerwał konflikt światopoglądowy, na linii: niżej podpisany – wydawca. Należy zauważyć, że w pewnym momencie tytuł ten dostał się pod opiekuńcze skrzydła miłościwie wtedy panującej partii, stając się organem prasowym tej przewodniej siły narodu. Tak to było wtedy urządzone – albo jesteś z nami, albo wypadasz. Ponieważ wywód ten zmierza w niebezpiecznym kierunku, odgrzewam w pamięci smakowity kąsek, z tej krótkiej, ale pouczającej lekcji życia. Rzecz będzie o wolności prasy. Jest rok 1979. W Przemyślu powstaje nowe osiedle mieszkaniowe. Bloki rosną ku niebu, budowa trwa. Na ten newralgiczny odcinek frontu robót rzucają mnie, celem ogarnięcia tematu. Jest to rozwiązanie o tyle bezpieczne, że wcześniej wymiksowali się z tego zadania doświadczeni redaktorzy, czując, że temat jest śliski. Niech lepiej zrobi to żółtodziób. Dziennik Telewizyjny zatrąbił o tej inwestycji, władza państwowa parła na informację u źródła. Poszedłem na budowę i stanąłem w kolejce po zupę regeneracyjną. Wcześniej ubrałem się jak należy. Pod kurtką strażacką ukryłem magnetofon kasetowy Thompson. Udawałem robotnika, ale zamiary miałem konkretne. Podpatrzeć wszystko od środka. Zdemaskować. Nasłuchałem się o tej budowie i była to gorzka prawda. Jadę dalej. Podpytuję wykonawcę i kierownika budowy. Tutaj już muszę ujawnić swoją rolę. Mówią dużo, ale niechętnie. Uzbierałem tyle co trzeba, z każdej strony. Mam już ten materiał na taśmie i wkraczam do inwestora. Prezes podejmuje mnie kawą. Pewny siebie ostrzegam, że ujawnię całą prawdę, a on się pyta ile słodzę. A potem krótko oznajmia, że mogę sobie ten materiał do d…wsadzić. Naiwny wierzyłem, że opublikują mi ten reportaż, ale wiadomo, co spotyka naiwnych. Tekst był wysoce krytyczny, kwestionował budownictwo socjalistyczne i w ogóle nie był „ po linii”. Nie mógł trafić do druku. Jeden telefon z komitetu i pozamiatane. Całość trafiła do kosza. Prowadziłem jeszcze negocjacje z naczalstwem, by to jednak wydrukować , bo napracowałem się sporo, a tekst był od serca. Starania te na nic się zdały. Uspokojono mnie jedynie, że podjęte będą wszelkie działania zmierzające do dalszej poprawy sytuacji. Co się za tym kryło dowiedziałem się za jakiś czas, kiedy podziękowano mi za współpracę. Minęło sporo czasu. Napisany wtedy tekst nigdy nie trafił do druku , a bloki stoją nadal. I to jest dobre zakończenie. Nie po to Gutenberg wymyślił druk, żeby o tym nie wspomnieć. Może się bowiem okazać, że wolność słowa znowu będzie w cenie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Życzę dobrej zabawy na uroczystym spotkaniu z szefostwem!
Życzę dobrej zabawy na uroczystym spotkaniu z szefostwem!