Reklama

Poluje na hieny w Afryce i zachody słońca na Połoninie Caryńskiej

10/10/2024 18:00

Materiał przygotowany dla prasy.

SZLAKIEM PRZEMYSKICH NIEDŹWIADKÓW

Rozmowa z Janem Marią Witkiewiczem, założycielem i właścicielem jedynej w Przemyślu niepublicznej kliniki zabiegowo-operacyjnej pod nazwą: NZOZ Szpital i Przychodnia Okulistyczna Jan Witkiewicz, ratownikiem GOPR, myśliwym, wędkarzem, piechurem, narciarzem. 

Pan Hilary – niedźwiadek ufundowany przez Jana Marię Witkiewicza. Fot. A. Wilgucki

Reprezentujesz trzecie pokolenie przemyskich okulistów. Jak to się zaczęło? Czy ojciec przeprowadził z Tobą męską rozmowę i zakomunikował Ci pryncypialnie: Janie, zostaniesz okulistą.

– Nie, nie było takiej rozmowy. Miałem dowolność wyboru ścieżki zawodowej. Ale w domu cały czas rozmawiano o okulistyce, jej rozwoju. Od pieluchy, nasiąkałem tym tematem.    

Reklama

Opowiedz kilka zdań o historii okulistyki w Twojej rodzinie, której początki sięgają 1934 roku.

– Mój dziadek, Jan Tomasz Witkiewicz, skończył Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie. Jego ojciec, czyli mój pradziadek, też miał na imię Jan. Pracował w dyrekcji Kolei Lwowskiej. Pochowany jest na Cmentarzu Łyczakowskim. Dziadek skończył na UJK wydział lekarski. Doktoryzował się. Został adiunktem okulistyki we Lwowie. Nie wiem, czy wiesz, ale jeden z pierwszych oddziałów okulistycznych na obecnych ziemiach polskich powstał w Przemyślu, przy okazji budowy Twierdzy Przemyśl.

Już wiem...

– Ten szpital był jednym z najnowocześniejszych szpitali w Europie. Nie wiem, czy wiesz, że Przemyśl w tamtym okresie był jednym z trzech miast na świecie, które miały prąd elektryczny.

Reklama

Już wiem…

– A czy wiesz, które dwa miasta miały prąd wcześniej?

Nie.  

  Paryż i Wiedeń.

Już wiem, ale wróćmy do Jana Tomasza.

– Dziadek szukał szansy na usamodzielnienie się. Po dziewięciu latach pracy we Lwowie, objęciu po drodze funkcji sekundariusza Szpitala Powszechnego we Lwowie, czyli odpowiednika ordynatora, w 1934 zdecydował się swoje życie zawodowe i – jak się niebawem okazało prywatne –  związać z Przemyślem. W 1936 wziął ślub z moją babcią Anastazją. I tak to się potoczyło. Mój ojciec, Jan Jacek, urodził się w 1937. Też poszedł tym samym tropem. Do Przemyśla wrócił po studiach bodajże w 1961 lub 1962. A gdy dziadek w 1972 przeszedł na emeryturę, objął po nim ordynaturę w przemyskim Szpitalu Miejskim na Rogozińskiego. Natomiast ja zrobiłem specjalizację w 1998 i od razu postanowiłem iść swoją ścieżką. Założyłem spółkę. Zapewniałem lekarzy, sprzęt, materiały zabiegowe i operacyjne, a szpital zapewniał kontrakt, łóżka i pielęgniarki. Od szesnastu lat funkcjonujemy w Przemyślu na Mickiewicza 38 jako NZOZ Szpital i Przychodnia Okulistyczna Jan Witkiewicz.

Reklama

Przeprowadziłeś już męską rozmowę z następczynią lub następcą o tym, czy chcą być okulistami?

– Jedna córka jest architektem, druga studiuje położnictwo, a młodsze towarzystwo jest jeszcze niezdecydowane.
          
Rodzinne tradycje lekarskie ułatwiają życie zawodowe adepta medycyny, czy raczej bywają balastem? Pewnie nie raz, nie dwa musiałeś radzić sobie z porównaniami do seniorów rodu.

– Porównania bywały meczące. Dziadek to, ojciec tamto, ale też dużo ułatwiały, na przykład przy szkoleniach, stażach, poszerzaniu wiedzy medycznej z dziedziny okulistyki.     

Prowadzisz jedyną w Przemyślu klinikę zabiegowo-operacyjną.  W czym się specjalizujesz?

– W sensie zabiegowym leczymy zaćmę. Prowadzimy chirurgię refrakcyjną, czyli korekcję wad wzroku. Nie laserowo, tylko wszczepiamy soczewki fakijne u młodych pacjentów. Nie naruszając struktury oka, wszczepiamy dodatkową soczewkę. W sensie chirurgicznym to dużo poważniejszy zabieg niż laser. Dla pacjenta jest dużo bezpieczniejszy. Soczewka nie daje trwałych zmian w oku. Jako pierwsi w Polsce wszczepialiśmy najnowszą generację soczewek. Z bardzo dobrymi efektami. Po latach możną ją usunąć. Natomiast po zabiegu laserowym zmiany są trwałe. Po naszych zabiegach mamy przykłady pacjentów dochodzących do 200 procent ostrości wzroku. Gdzie stu procent wymaga się na przykład od pilotów F-16. A skoro wspominałem o laserze. Mamy w klinice najnowocześniejszy w Polsce model lasera. Dzięki niemu wszystko, co stosujemy podczas operacji, jest jednorazowe. Ryzyko infekcji minimalizujemy praktycznie do zera. W klasycznej chirurgii okulistycznej jest to nadal niemożliwe.

Reklama

Poznaliśmy się bez mała ponad trzy dekady temu. I już wtedy żywo interesowałeś się bieżącą polityką samorządowa, krajową. Ten zapał społeczny pozostał Ci do dzisiaj, chociaż nie interesuje Cię czynna działalność polityczna. Czy Przemyśl, nasz region, Podkarpacie ma szansę wyrwać się ze schematu Polski B?

– Nie ma sensu dzielić Polski na A i B. Nie chcę wnikać w meandry polityki. Jak wiesz, jestem nieprzejednanym krytykiem rozrostu biurokracji i fiskalnych utrudnień, szczególnie dla przedsiębiorców. Hołduję dewizie: najpierw pokaż, czy potrafisz poprowadzić swoją firmę przez dwa lata bez strat, potem uszczęśliwiaj innych radami i pomysłami. Pytasz o Przemyśl. Nadal wierzę, że mamy ogromny potencjał turystyczny. To powinien być klucz. W pełni wykorzystać walory historyczne miasta. Na przykład pomnik Obrońców Przemyśla w Budapeszcie przy moście Świętej Małgorzaty dowodzi, że Węgrzy bardzo interesują się Twierdzą Przemyśl. Czy wystarczająco promujemy Przemyśl? Moim zdaniem nie.   

Reklama

Jesteś człowiekiem wielu pasji. Możesz zdradzić, ile razy w miesiącu wyruszasz z Ustrzyk Górnych, ze swojego schroniska Kremanaros, żeby załapać się na zachód słońca na Połoninie Caryńskiej?

– Czasem dwa razy w tygodniu. To zależy od pory roku, miesiąca. Jestem nadal ratownikiem GOPR grupy Bieszczadzkiej. Jestem wędkarzem, myśliwym, jeżdżę konno, na nartach. Trochę tych pasji jest.

Skąd u Ciebie fascynacja Bieszczadami?

– Od dziecka jeździliśmy z rodzinami w Tatry. Zaczynałem od dolinek. Potem przyszły Bieszczady. Karpaty Wschodnie po stronie ukraińskiej. Czarnohora, Gorgany. Tak już zostało.       

Reklama

Z jednej strony romantyczny zachód słońca na Połoninach, z drugiej zachód słońca podczas polowania na hieny w Kenii i fascynacja wielkimi łowami podczas safari. To można pogodzić?

– Można. I coś ci jeszcze zdradzę., Patrząc na to, co się dzieje blisko mnie, Afryka zaczyna mi być coraz bliższa pod każdym względem.  

O czym marzy Jan Maria Witkiewicz?

– O większej ilości czasu dla swoich pasji.

Kim chciałbyś być, gdybyś nie był tym, kim jesteś?    
               
– Zawodowym myśliwym w Botswanie. To by było to.

Reklama

Rozmawiał Artur Wilgucki

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 10/10/2024 18:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama