Rady w okolicy, a właśnie przetacza się przez region fala ich sesji, wybrały dwie podstawowe formuły swego funkcjonowania. Są albo ciche, albo głośne.
Te pierwsze scenariusz mają prosty: odczytanie tekstu uchwały, pytanie o pytania, milczenie i ręka do góry w odpowiednim momencie. Czasem monotonię przerwie słony paluszek albo łyk wody. Uzasadnieniem tego formatu obrad jest ponoć wysoka kultura polityczna i frazesy o tym, że od dyskusji są komisje, a na sesji ma być spokój. Drugi typ to z założenia przeciwność pierwszego. Dzieje się dużo, a cięte riposty śmigają po sali jak kule na froncie. Oba typy budzą moje głębokie zadziwienie. Zastanawiam się na przykład, jak „cisi” radni zdają sprawę ze swych poczynań wyborcom. Skoro się nie odezwał, to nie wiadomo, co mu w głowie siedzi. Może wszystko mu jedno, może poświęcił swój interes w imię wyższych celów, a może był głównym orędownikiem danego rozwiązania? To pozostaje tajemnicą, choć okoliczności obrad stwarzają doskonałe warunki do określenia własnego politycznego „ja”. Z radami „głośnym” problem jest z kolei taki, że nigdy nie wiadomo, kiedy idzie o rzeczywistą troskę o mieszkańca, kiedy ścierają się charyzmatyczne postacie, wykuwające spiżowe rozwiązania, a kiedy dyskusja ma złośliwie storpedować plany drugiej strony, a wszystko po to, by wysadzić ze stołka burmistrza, wójta, starostę. Konkluzja zaś obnaża prawdę o naszym samorządzie, bo – mimo słusznych lat na karku – wciąż albo raczkuje i uczy się demokracji, albo określa go obojętność, nieprzygotowanie i prywata. Prawda ta boli zaś dlatego, że w natłoku zapowiedzi o merytorycznych kampaniach, gdzieś w tle przebija się świadomość, że nadchodzące wybory być może tu i ówdzie odmienią tendencje, a rady ciche staną się głośnymi, głośne – cichymi, ale ogólnego, niezbyt ładnego wizerunku, nie zmienią ani na jotę.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
a redaktorek napisał sobie artykuł