W poniedziałek, 22 kwietnia, w Krasiczynie kilkaset osób żegnało Stanisława Bartmińskiego, wieloletniego proboszcza tamtejszej parafii, który w wieku 87 lat, po długiej chorobie, zmarł 18 kwietnia w przemyskim szpitalu.
Uroczystości żałobne rozpoczęły się mszą w kościele pw. św. Marcina, którą koncelebrował arcybiskup senior Józef Michalik. Witając przybyłych, arcybiskup podkreślił, że żegnamy wyjątkowego kapłana, działacza niepodległościowego, społecznika zaangażowanego w życie parafii, orędownika pojednania trzech wyznań, zasłużonego dla kultury i kościoła autora kilku książek, pierwowzór bohatera bardzo popularnego serialu Telewizji Polskiej „Plebania”.
Na pożegnanie księdza Stanisława przybyli: mieszkańcy parafii, delegacja NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, przedstawiciele władz samorządowych i lokalnych organizacji, młodzież szkolna, ekipa twórców serialu „Plebania”, znajomi i przyjaciele, których ksiądz Stanisław miał naprawdę bardzo dużo, rodzinę reprezentował brat księdza Jan Bartmiński.
Ksiądz proboszcz Sławomir Nowak przypomniał sylwetkę zmarłego, opowiadał, jak się poznali, kiedy objął parafię i jak budowała się ich przyjaźń. Bardzo ciepło o zmarłym mówił dyrektor szkoły Marek Kuźmiek. Ksiądz senior Aleksander Radoń (z rocznika ks. Bartmińskiego w seminarium) przypomniał szalone na pozór pomysły księdza Bartmińskiego, które udało mu się zrealizować, jak na przykład budowa mostu wiszącego, oczyszczalni ścieków czy wydawanie gazetki parafialnej „Wieści Krasiczyńskie”.
Przez wiele lat ogromną popularnością cieszył się telewizyjny serial „Plebania”. Włodzimierz Matuszak w imieniu całej ekipy realizatorskiej, żegnając zmarłego, powiedział: – Stachu, podarowałeś nam, filmowcom – producentom, scenarzystom, reżyserom, aktorom, ale przede wszystkim naszym widzom swoje życie i kapłańskie doświadczenia. Dzięki Tobie opowiadaliśmy historie, w których odnajdowały się miliony Polaków. Pokazywaliśmy i tych umiejących podejmować dobre decyzje, i tych błądzących. Pokazywaliśmy Twoich parafian. Dzięki Tobie były to historie prawdziwe. Więcej w nich było pytań, niż pewności. W życiu i w scenariuszach dawałeś ludziom prawo do wątpliwości i pytań. Potrafiłeś rozłożyć ręce, mówiąc „tego nie wiem” albo „tego nie jestem pewien”. To ogromna wartość w świecie, w którym panoszy się wirus „oczywistej oczywistości”. Umiałeś wykpić niszczącą dewocję i kłamstwa hipokrytów przebranych w piórka „prawdziwych obrońców wiary”. Nie godziłeś się jednak na wszystko. Jednoznacznie oddzielałeś dobro od zła, ziarno od plew. Czasem nie umieliśmy wyjść poza swoje uprzedzenia – wtedy, podobnie jak ksiądz Tischner, żartem i ironią, również autoironią, rozbrajałeś zacietrzewienie i studziłeś nadmierną temperaturę dyskusji. Zawsze jednak szanowałeś odmienność poglądów i zachowań, przeciwstawiając się nietolerancji i wszelkim ekstremizmom. A nie było to takie proste. Nasz serial rozpoczęliśmy w trudnych czasach. Wciąż jeszcze widoczne były ślady mentalności z czasów komunizmu, a codzienne niedostatki były doświadczeniem większości widzów. Mimo to podjąłeś ryzyko zaufania nam w świecie podejrzliwości. Nie zawsze patrzono życzliwie na Twoją współpracę z nami i naszą współpracę z Tobą, ale cierpliwie to znosiłeś. Widzieliśmy, że jest Ci trudno, nigdy jednak się nie skarżyłeś. Byłeś lojalny i wobec swego kapłańskiego stanu i wobec serialowego zadania, którego się podjąłeś. Opłaciło się. Przez kilkanaście lat byliśmy obecni w polskich domach, nie tylko tych małomiasteczkowych i wiejskich, jak próbowano umniejszać nasz wspólny sukces, również inteligenckich i wielkomiejskich. Kościół, który propagowałeś, nie miał nic wspólnego z „oblężoną twierdzą” – był otwartym kościołem porozumienia i szacunku. Szacunku wobec społeczności, dla której przez kilkadziesiąt lat byłeś duchowym przewodnikiem. Szacunku wobec prawosławnych sąsiadów i szacunku wobec żydowskich „starszych braci w wierze”. „Plebania” była naszą wspólną przygodą i dla wielu z nas spełnieniem tęsknoty za życzliwym, przyjaznym i skromnym obliczem kościoła i jego pasterzy. Dziękujemy Ci za kilkanaście lat współpracy oraz przyjaźni – powiedział.
Na koniec głos zabrał brat zmarłego Jan Bartmiński, przypominając o wydawniczych dokonaniach brata oraz o losach ich rodziny, która zmuszona była do uchodźstwa, o czym ksiądz Stanisław pisał w jednej ze swoich książek poświęconej historii rodziny.
Po mszy księża, jak to jest w miejscowej tradycji, okrążyli kościół, niosąc trumnę z ciałem zmarłego, po czym długi na kilkaset metrów kondukt przeszedł na cmentarz w Śliwnicy, na którym spoczął ksiądz Stanisław Bartmiński.
Jacek Szwic
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze