Historia samochodów napędzanych silnikami spalinowymi liczy już ponad sto dwadzie-ścia lat. Na przełomie XIX i XX wieku na drogach znajdujących się w zaborze rosyj-skim, pruskim i austriackim zaczęły się pojawiać pierwsze samochody. Znaczący wkład w ten proces miały miasta w Galicji: Kraków, Lwów i Przemyśl.
Najstarsza wzmianka o jeżdżących po mieście „samojazdach” pochodzi z początku września 1900 roku. Wówczas to „Echo Przemyskie” (nr 73) pisało: „Samochody (automobile) pojawiły się tymi dniami na ulicach miasta. Są one własnością wojskowości, która dwa rodzaje samochodów próbuje, a to: samochody dla transportu osób i samochody pociągowe. Samochody te po manewrach pozostaną w Przemyślu. Motor u samochodów wprawia w ruch benzyna”.
Pierwszy taki wypadek drogowy na ziemiach polskich zanotowano w podprzemyskiej wsi Reczpol, tj. 9 września 1900 roku. „Echo Przemyskie” (nr 74) wówczas zanotowało: „Samochód pociągowy przeznaczony do wożenia ciężarów, gdy w niedzielę wioząc mąkę na manewry, wydobył się na reczpolską górę bardzo stromą, odmówił posłuszeństwa i wskutek pęknięcia trybów począł się toczyć w tył ku[paywall] dołowi. Szczęściem, że kierujący samochodem nie stracił przytomności i skierował zdezelowaną maszynę w rów. Pojazd przewrócił się, a sześć w nim siedzących osób zostałe wyrzucone na przyległe pole. Dziesięć par chłopskich koni wyciągało go z rowu i zawlekło do Przemyśla. Podstawione furmanki chłopów z Korytnik zabrały mąkę i zawiozły na manewry”.
W początkach motoryzacji nie było wówczas warsztatów naprawczych, oznaczeń pojazdów spalinowych, przepisów ruchu drogowego, stacji benzynowych, (paliwo kupowano w aptekach lub w mydlarniach w bańkach renomowanych firm krajowych). Pierwsze automobile były technicznie prymitywne i często się psuły. Na dodatek ówczesne drogi, pełne wybojów i dziur, przyczyniały się także do ich awaryjności. W efekcie pojazdy mechaniczne wymagały ciągłych napraw, a warsztatów i fachowców jeszcze nie było. Szoferzy zaś jeździli według własnego uznania, powodując groźnie wypadki drogowe.

W październiku 1905 roku Wiedeń opublikował po raz pierwszy przepisy ruchu drogowego. Uwzględniono w nich m.in. znaki rozpoznawcze – widoczne z przodu i z tyłu, tj. numer automobilu oraz literę oznaczającego kraj (Galicja – S). W mieście obowiązywała jazda z szybkością 15 km/h, a poza jego granicami 45 km/h. Zabraniano przekraczać 6 km/h w czasie mgły, na zakręcie, przy wjeździe lub wyjeździe z bramy, na mostach, na wąskich ulicach, w czasie bardzo dużego ruchu. („Echo Przemyskie” 1905, nr 85). Rok później wprowadzono egzaminy dla kierowców i obowiązek oświetlania w czasie mgły dwoma latarkami sygnałowymi samochodu, a jedną – motocykla.
Początkowo pierwsze pojazdy spalinowe budziły zdumienie, zaciekawienie, respekt i zarazem podziw niecodziennych ich kształtów i zuchwałej prędkości. Szok był niewątpliwy, a czasem nosił wręcz znamiona wstrząsu, bo często na wsiach uważano go za diabelski wynalazek. Szoferzy jeździli bezkarnie z dużą szybkością, bo mierników prędkości wtedy nie było.
W października 1905 roku „EP” (nr 85) relacjonowało takie oto zdarzenie: „Samochód za diabła. W jednej wsi pod Monastryszczem samochód dla jakichś potrzeb zatrzymano. Wylęgła cała ludność wsi i przyglądając się, poczęła prawić: –Co to takiego, jak to może być, żeby wóz szedł bez koni, a może w tem nieczysta siła? Niektórzy starsi włościanie żegnali się i mówili, że to pewnie dyabli. Zjawił się sołtys. Ten, udekorowany powagą blachy urzędowej na piersiach, podszedł do przejezdnych i zażądał paszporty i kazał ich aresztować. Przestraszeni wskoczyli do automobilu i uciekli”.
„Nowy Głos Przemyski” (1906 nr 33): „Żydzi na śmierdzipędzie. W piątek po południu sunął przez główne ulice miasta automobil, a na nim czterech Żydów pejsatych w chałatach, przykuwające widok. Samochód pędził, a wiatr igrał lubieżnie z lokami wyjątkowych Żydów powierzających swój żywot ruchom śmierdzipędu… Żydzi owi pędzili do rabina z Bukowska, który w sobotę zajechał do Dynowa. O ile ze statystyki automobilowej i zwierzeń wytrawnych sportsmenów wynika, to byli to w Przemyślu pierwsi Żydzi, którzy dosiedli automobilu.

W czerwcu 1907 roku hrabia Stanisław Konarski spowodował wypadek drogowy, o czym napisała lokalna gazeta. Jego ofiarą padł cyklista z Grochowiec, a na dodatek rower uległ całkowitemu zniszczeniu. Poszkodowany zażądał odszkodowania, lecz winowajca zdecydowanie odmawiał rekompensaty. Zarozumiały hrabia cynicznie tłumaczył się, że to cyklista był niedołężny, bo w porę nie uciekł. („Nowy Głos Przemyski” nr 36).
Reklama w „Kuryerze Przemyskim” z 1906 roku (nr 44) informowała, że przy ul. Katedralnej 4 znajdował się – jako pierwszy na ziemiach polskich – specjalistyczny, w pełni wyposażony zakład Trandy, składający się z warsztatu naprawy automobilów i motocykli zwany Auto Garage. Posiadał on też przy ul. Franciszkańskiej 7 sklep, gdzie sprzedawał wcześniej zamawiane importowane samochody, motocykle i rowery oraz różne do nich części. Przemyska firma reprezentowała na całą Galicję fabrykę automobilów Opel et Darracq, motorów Laurin et Klement w Czechach, a także francuskiego producenta opon Michelin.
Przemyśl zaliczał się do silnych ośrodków krzewienia automobilizmu galicyjskiego. Z tego względu 20 marca urządzono w grodzie nas Sanem – jak doniósł „Kuryer Przemyski” w 1907 roku (nr 11) – I Galicyjski Zajazd Automobilów w arkadach pod wiaduktem (Most Kamienny) przy ul. Mniszej. Umieszczono tam kilkanaście różnych typów samochodów – nowych i używanych, gdzie je demonstrowano publiczności.
W 1908 roku powstał Przemyski Klub Automobilistów i Motorzystów. W tym samym roku (25 marca) założono Galicyjski Klub Automobilowy z siedzibą we Lwowie i zamiennie w Krakowie. Od 14 do 17 sierpnia 1908 roku GKA odbył wycieczkę trasą: Lwów – Przemyśl – Dynów – Rymanów – Szmeks (Słowacja) – Zakopane – Kraków. Trasa liczyła ok. 500 km.
W kwietniowy wieczór 1914 roku wybrał się Artur Mekes z panną Zuzanną na wycieczkę czerwonym automobilem poza Przemyśl. Pech chciał, że pod Iwanową Górą koło Grochowiec zabrakło im benzyny. Ponieważ utknęli w niefortunnym miejscu, bo obok jakichś budowli fortecznych, więc zwrócili na siebie uwagę mundurowych, którzy wzięli ich za szpiegów. Oboje gorączkowo tłumaczyli się, że zabrakło im paliwa, dlatego zamierzali przeczekać aż do rana. W tej sytuacji wszyscy pojechali na policję. Tam wyjaśniło się „qui pro quo”, a po spisaniu protokołu – wypuszczono oboje niewinnych ludzi („Przegląd Przemyski” 1914, nr 230).
W 1912 roku Witold Tranda wyjechał na stałe do Lwowa. Wcześniej odsprzedał swoją firmę Adolfowi Wowczakowi. W Przemyślu pojawiła się konkurencja. Otóż drugi warsztat do naprawy pojazdów mechanicznych otworzył Józef Górniak przy ul. Dworskiego 74.
Józef Frankiewicz
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Bardzo ciekawa informacja.Te garaze stoja do dziś przy ul.Katedralnej
Bardzo ciekawa informacja.Te garaze stoja do dziś przy ul.Katedralnej