Pierwsze 30 maszyn zjechało z taśmy montażowej w 1947 r., wprost na pierwszomajową defiladę jako „dar robotnika i inżyniera na 1 Maja dla brata chłopa” – jak głosił napis na transparencie. Były to ursusy C-45, produkowane w czechowickich fabrykach ciągników rolniczych, skonstruowane przez zespół konstruktorów Politechniki Warszawskiej pod kierunkiem prof. Edwarda Habicha, ale w oparciu o konstrukcję niemieckiego lanz buldoga. Od tego modelu rozpoczęła się mechanizacja polskiego rolnictwa.
– Pamiętam takie z początku lat 50. Były to pierwsze traktory, jakie pojawiły się w naszej wsi. Jeździły na metalowych kołach z kolczatkami. Nazywaliśmy je „bańkami”. To były wspaniałe maszyny – wspomina Feliks Rębacz, lat 79, przez lata działacz rolniczy i prezes Roztoczańskiego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych w siedzibą w Tomaszowie Lubelskim, gospodarz z Wasylowa w gm. Telatyn, już emerytowany.
– Wspaniałe – potwierdza Leszek Nowak, prezes klubu „Traktor i Maszyna”, który organizuje co roku w Wilkowicach Ogólnopolski Festiwal Starych Ciągników i Maszyn Rolniczych. To znany w kraju kolekcjoner starych ciągników. Ma ich gdzieś tak z 80, z czego 16 to ursusy. Ma dwa C-45: z 1948 (to niemal prototyp: fabryka Ursusa w pierwszym roku produkcji wypuściła 130 „baniek”, w drugim – 2,5 tys., ale to było jak nic; państwo przejęło niedawno 13 tys. majątków ziemskich i rozparcelowało wśród rolników ok. 6 mln ha ziemi, tylko na tym nowym areale powstało ok. pół miliona gospodarstw) oraz z 1950 r.
Mimo wysiłków władzy kolektywizacja postępowała opornie, a indywidualne gospodarstwa były[paywall] bardzo rozdrobnione. Pod koniec lat 40. połowa z nich miała mniej niż 5 hektarów. By się rozwijać, rolnicy potrzebowali sprzętu, w tym oczywiście traktorów.
Ursus wypuszczał 6 tys. C-45 rocznie, do 1957 r. z taśm zjechało ok. 50 tys. ciągników. Na rynku było więc miejsce także dla zetorów z czechosłowackiej fabryki Zbrojovka Brno, importowanych już w końcówce lat 40. Polska wersja Zetora 25 miała ponoć założoną blokadę VI biegu, gdyż osiąganą po jego włączeniu prędkość 32 km na godzinę uważano za zbyt niebezpieczną jak na traktor. Rolnicy chwalili je sobie, ale polska fabryka nie dała odebrać sobie palmy pierwszeństwa.
Silnik pierwszego polskiego powojennego traktora, nazywanego także „bombajem” albo „saganem”, był uruchamiany nawet nie na korbę, a na kierownicę. – Najpierw należało rozgrzać głowicę żarową do 800 stopni, aż do czerwoności. Wtedy trzeba było wyjąć kierownicę i osadzić ją na wale korbowym z boku ciągnika i szarpnąć – opowiada Leszek Nowak.
– Jego zaletą była prostota konstrukcji i obsługi. Cecha bardzo ważna, gdy brak było jeszcze fachowej kadry kierowców i mechaników. Każdy średnio zdolny kowal był w stanie dokonać większości napraw i regulacji tego traktora – ocenił C-45 Rafał Mazur, autor książki „Stare ciągniki na polskich polach w latach 1918-1969”.
W 1960 r. do seryjnej produkcji wszedł ciągnik ursus C-325, który produkowano, potem w wersji C-330, nieprzerwanie do początku lat 90. Słynna „trzydziestka”, znana też jako „ciapek”, uważana jest za jedyny w pełni polski traktor, udaną konkurencję dla ciągników czechosłowackich, niemieckich i angielskich, o radzieckich władimircach, produkowanych dopiero od lat 70., nie wspominając. Kolejny model, nie mniej słynna „sześćdziesiątka” (C-360), produkowany w wielu wersjach od połowy lat 60. do lat 90., był wzorowany na zetorze na mocy międzyrządowej umowy. Potem Ursus nie wypuszczał już wcale polskich konstrukcji. Od lat 70. produkował ciągniki na licencji brytyjskiej firmy Massey-Ferguson. Ale to „trzydziestki” i „sześćdziesiątki” do dzisiaj jeżdżą po wsiach.
– W Wasylowie jest jeszcze 20 takich ursusów, a w całej gminie będzie ze 100. „Trzydziestek” wcale nie jest mniej niż „sześćdziesiątek”. Rolnicy lubią i jedne, i drugie. Czterdzieści czy 50 lat dla dobrego ciągnika to nic, jeśli stoi w garażu, a dobry gospodarz na bieżąco go konserwuje i zmienia olej. Taka maszyna jest jak człowiek: jeżeli je, choroby nie ma, to żyje. A ursusy są mało awaryjne i odporne, zrobione z polskich, niekombinowanych materiałów. Części do nich są zresztą cały czas produkowane – mówi Feliks Rębacz. – Ja miałem własny C-325, choć na ursusach była też oparta Międzykółkowa Baza Maszynowa w Telatynie, która świadczyła usługi dla rolników. Mieliśmy 25 takich traktorów – mówi Rębacz, który był jej kierownikiem (kółka rolnicze mają jeszcze przedwojenny rodowód, ale od lat 60. do lat 80. XX w. przeżywały swój złoty okres).
Wiele ursusów, które do dziś obrabiają pola, rolnicy kupili na przydziały. W każdej gminie działała komisja, do której rolnicy przynosili podania. – Kto miał dobre wyniki w gospodarstwie, w pierwszej kolejności dostawał ciągnik. Sprzedaż prowadziły geesy – przypomina emerytowany rolnik.
Także Leszek Nowak wciąż używa czterech ze swoich 16 kolekcjonerskich ursusów, a prowadzi niemałe, 150-hektarowe gospodarstwo. – Zboże właśnie teraz wożę ursusem C-328 z 1963 r. Odrestaurowałem go sam, jest jak spod igły. Lubię nim jeździć. Mój najnowszy ursus został wyprodukowany w 1979 roku – mówi rolnik kolekcjoner. – Ursusy wiernie służą, rolnicy się ich nie wyrzekają. Zdobywane były w PRL-u czasem z wielkim trudem. Nowe trudno było dostać, bo zwłaszcza na początku kierowano je najpierw do gospodarki państwowej, a potem dopiero prywatnej. W latach 70. wyeksploatowane sztuki z pegeerów oddawano do zakładów naprawczych, dopiero wtedy rolnik je brał i spłacał zbożem i świniami. Szukaliśmy też części na złomie i po cichu skręcało się ciągnik w domu.
Części do ursusów są cały czas dostępne, choć przede wszystkim chińskiej produkcji, za to dość tanie. Rynek używanych ciągników też istnieje, ale siłą rzeczy jest coraz mniejszy i coraz droższy. Aktualne ceny zestawiła niedawno Giełdarolna.pl: zarejestrowany ciągnik ursus C-330 w stanie idealnym – 26 tys. zł, używany C-330 M – 22 tys. zł, C-360 od rolnika – 18 tys. zł, nieużywany C-360 – 65 tys. zł, zarejestrowany i doinwestowany C-360 z 1984 r. – 16,9 tys. zł.

„Sześćdziesiątka” (C-360), produkowany w wielu wersjach od połowy lat 60. do lat 90., był wzorowany na zetorze.
Zdaniem niektórych prawdziwy Ursus skończył się już na początku lat 90. Rok 1990 był ostatnim udanym w historii zakładu. Fabryka zatrudniała wtedy ponad 23 tys. pracowników, wypuściła 35 tys. traktorów, była zyskowna. Rok 1992 – produkcja spada do 8 tys. ciągników, trwa restrukturyzacja zatrudnienia, fabryka notuje straty. Dwa lata później jej dług wynosi już 6 bln zł; dziś byłoby to ok. 2,8 mld zł. Wielki Ursus, jak wiele peerelowskich zakładów, nie potrafi wystarczająco szybko przystosować się do gospodarki rynkowej.
Od 2011 r. biznesmen z branży motoryzacyjnej Andrzej Zarajczyk Warfam próbował reaktywować Ursusa. Przez kilka lat wprowadzona na giełdę spółka montowała w Lublinie (na terenie byłej FSC) chińskie pick-upy. Ruszył eksport ciągników do Etiopii, a miał to być początek afrykańskiej ekspansji. Nic z tego nie wyszło. Kilkanaście dni temu Sąd Rejowny w Warszawie ogłosił upadłość Ursusa i wyznaczył syndyka. Długi spółki przekroczyły 150 mln zł, przy przychodach nieprzekraczających rocznie 40 mln zł.
Ursus jeszcze niedawno produkował ciągniki, dostępne także dla polskich rolników.
– Wnuk ma dwa ciągniki, ale już niemieckie. Ursus byłby dla niego za słaby. Młodzi dziś kupują ciągniki za pół miliona, patrzą na rozwój gospodarstwa dalekowzrocznie – mówi Feliks Rębacz.
– W tamtych latach, w PRL, to były jedne z najlepszych traktorów na świecie, sprzedawaliśmy je do Danii, Anglii, Niemiec. Ale to dzisiaj za zachodnimi markami stoi jakość – uważa Leszek Nowak.
Ursusy były eksportowane do 50 krajów.
Od wielu lat nie ma polskiej marki samochodów osobowych, przemysł motoryzacyjny stoi producentami podzespołów i materiałów chemicznych, działa jeden duży producent autobusów (Solaris Bus & Coach), z peerelowskich gigantów przetrwał tylko Jelcz, dzisiaj spółka z o.o. Teraz upadła najstarsza polska marka motoryzacyjna – czyli Ursus. Jego historia nie zaczęła się wraz z PRL-em, a w XIX w. – dokładnie w 1893 r. w Warszawie, gdy trzej inżynierowie i czterej przedsiębiorcy założyli Towarzystwo Udziałowe Specyalne produkujące armaturę dla przemysłu, hydranty przeciwpożarowe i inne. Bili na swoich wyrobach znak „P7P” („Posag 7 Panien” – towarzystwo założone było z oszczędności posagowych siedmiu córek założycieli). W 1902 r. ruszyła tu produkcja silników spalinowych, a towarzystwo przyjęło nazwę Ursus – do imienia bohatera bardzo wtedy popularnej powieści Sienkiewicza „Quo Vadis”. Na fali popularności nadano firmie nową nazwę – Ursus. Wiele lat później nazwę Ursus przyjęły od fabryki podwarszawskie Czechowice, gdzie była ulokowana, obecnie to dzielnica Warszawy o tej samej nazwie.
Pierwsze traktory, wzorowane na amerykańskich titanach, zjechały z taśmy montażowej Ursusa w 1922 r. Nazywano je wtedy ciągówkami. W międzywojniu zakłady produkowały także czołgi, ciągniki opancerzone kołowe i gąsienicowe, samochody pancerne, ciężarówki, wozy strażackie i pocztowe, bardzo popularne motocykle „Sokół”, silniki lotnicze. Znakomitych konstruktorów inżynierów zatrudniały także w PRL-u. W szczycie produkowały 75 tys. ciągników rocznie, a fabryki miały w kilku miastach.
Zanim zaczęła się mechanizacja rolnictwa, wiele prac rolnych wykonywano z pomocą zwierząt – najpierw wołów, a od XIX w. koni. Przed wybuchem II wojny w Polsce było ok. 3 mln koni, wskutek działań wojennych ich liczba spadła o połowę, ale hodowla szybko się odbudowała. Od początku lat 60. do początku 70. w kraju było ok. 2,5 mln koni, po czym zaczął się gwałtowny spadek ich pogłowia. Konie pociągowe były coraz szybciej wypierane przez „mechniczne”. Pogłowie spadło do ok. 2 mln w połowie lat 70., do ok. 1 mln pod koniec lat 80. i poniżej 0,5 mln na początku XXI w. Dzisiaj w kraju jest ok. 180 tys. koni.
Od lat 90. XX w. coraz więcej niepotrzebnych w gospodarstwach koni sprzedawanych było na ubój
do Włoch, Belgii, Holandii, gdzie chętnie jada się koninę. Nasz kraj także dzisiaj jest czołowym producentem koniny w Europie. Produkcja żywca końskiego wynosi kilkadziesiąt tys. ton rocznie.

C-45 z 1948 to niemal prototyp: fabryka Ursusa w pierwszym roku produkcji wypuściła 130 „baniek”.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Walka wciąż o Ursusa trwa.https://www.ursus.com/pl/aktualnosc/zazalenie-na-postanowienie-o-oddaleniu-wniosku-o-otwarcie-postepowania-sanacyjnego
Ponoć już prowadzone są zaawansowane rozmowy z podmiotem państwowym o zaangażowaniu.
Walka wciąż o Ursusa trwa.https://www.ursus.com/pl/aktualnosc/zazalenie-na-postanowienie-o-oddaleniu-wniosku-o-otwarcie-postepowania-sanacyjnego
Ponoć już prowadzone są zaawansowane rozmowy z podmiotem państwowym o zaangażowaniu.
Pis= zniszczenie co polskie.