Na szczęście żyje jeszcze pokolenie, które przytulało swą piękniejszą połowę przy dźwiękach „Samby Pa Ti” Carlosa Santany. Działo się to według następującego scenariusza. Jak wiadomo, dyskoteka to kawałki szybkie i wolne. Te pierwsze obrabiało się w kółku, kiedy każdy kręcił się i wił oraz pląsał, ale solo. Kiedy pojawiał się wolny numer, tzw. przytulany, brało się dziewczynę w objęcia i zaczynał się wspólny taniec ( jeśli można to tak określić). I właśnie wtedy pojawiał się Carlos ze swą gitarą i „Sambą Pa Ti”. Niezastąpiony kawałek do wyżej wspomnianych celów.
Od tego czasu różnie z Santaną bywało. Nagrał wiele płyt, ale jakby poszedł w zapomnienie. Aż wreszcie w 1999 r. nagrał album Supernatural. Błysnął mocno, bo też muza znalazła się tam niebanalna. Potem znowu tworzył, ale nie było to już tak poruszające, jak dawniej. Ogrywał też stare szlagiery, koncertując również w Polsce. I teraz pojawia się Santana IV. Mistrz wraca w starym składzie[paywall] z 1971 roku, kiedy to powstał album Santana III. Jest więc i Gregg Rolie na organach, Neal Schon na gitarze (obaj śpiewają), Michael Schrieve na bębnach i Michael Carabello na instrumentach perkusyjnych. Spotkanie po blisko 45 latach to duże wyzwanie i ryzyko. Może dlatego ta pozycja to jeden z najbardziej oczekiwanych albumów rockowych w tym roku. Długa to płyta. Czasami odnosi się wrażenie, że bohater, grając solówki, robi wszystko, aby nie powtórzyć sekwencji z przeszłości. Mimo wszystko sekcja rytmiczna i cała ekipa perkusyjna nadal jest niepowtarzalna. Nieźle brzmi latinorockowe Come as you are, czy melodyjne Love me alone. Urzekające są też wspólne przyśpiewki, jak choćby w tytułowym Yambu. Odniesień do przeszłości sporo. Suenos to ukłon w stronę wspomnianej Samby Pa Ti. Cominando wywołuje do tablicy wczesnych Zeppelinów, Blues Magic to ukłon w stronę Petera Greena. Są też oniryczne improwizacje i rozmowy gitarowe Santany i Schona, jak choćby Filmore East. Sporo tego. 16 kawałków i 75 minut. Jak wiadomo, takie powroty różnie się kończą. Ten nie jest zły, może trochę za długi. Można jednak powiedzieć, że to déjà vu się powiodło. Różne spotkałem recenzje tej płyty. Od hołdu i zachwytu na poziomie „och, ach” do krytyki, że za długa i powtarzalna. Moim zdaniem sprawiedliwie będzie pomiędzy tymi dwiema skrajnymi ocenami. Tego roku Santana znów zagra w Polsce w Dolinie Charlotty, k. Słupska. Podobno ma tam powstać muzeum pamiątek mistrza – „Dom wspomnień”. To dobrze. Kiedy na płycie Santana IV wraca solidny, latynoski rock, wracają też wspomnienia. Gitara Santany brzmi bowiem znów czarująco, ale na starych nutach. I chyba o to w tym wszystkim chodzi.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze