Kilka dni temu dla zdrowotności maszerowałem ulicą Grunwaldzką w Przemyślu. Na szczęście zachowało się przy niej trochę kamienic z końca XIX i XX wieku. Spacer dostarcza więc dodatkowych wrażeń estetycznych. Niestety, gdy przechodziłem obok jednej z leciwych kamienic, poczułem słodko-kwaśny, gryzący posmak w gardle. Szybko pożałowałem decyzji niedzielnego marszu właśnie tą częścią miasta. Z komina kamienicy buchał czarny dym, a jego smród był nie do wytrzymania.
Co w takiej sytuacji robić, bo jak wiadomo: zrobić można niewiele, a właściwie zgoła nic. Dzwonić do straży miejskiej. Strażnicy tak naprawdę też są bezradni. Zanim podejmą interwencję, sprawdzą, kto i czym pali w piecu (proces sprawdzania jest żmudny i kosztowny), minie tyle czasu, że wraz z przyjściem wiosny i ciepła problem sam się rozwiąże. Do kolejnej zimy i mrozów. I zabawa zacznie się na nowo. Osoby spalające w piecach materiały zawierające substancje trujące są bezkarne. Doskonale zdają sobie z tego sprawę. Niestety nie zdają sobie równocześnie sprawy z tego, że trują nie tylko siebie, ale i innych obywateli pięknego miasta. Od dziesięcioleci trwa dyskusja o konieczności zastąpienia uciążliwych pieców i kotłowni opalanych węglem (a więc także różnym świństwem) ciepłem systemowym lub gazem, ale na dyskusji się kończy. Smog w Przemyślu ma się bardzo dobrze w przeciwieństwie do mieszkańców.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze