Zamykając cykl „wspomnień czar”, przybliżę czytelnikom nasz staromiejski Rynek. Jak wiemy, wszystkie drogi prowadzą do… do Rzymu. W Przemyślu wszystkie drogi prowadzą do pochyłego Rynku. Zapraszam więc na wiosenny spacer przez wieki. Opowiem o rzeczach zapomnianych, oczywistych i mniej oczywistych, które mają związek z najstarszym placem miejskim. Licząc, że po lekturze artykułu, tubylcy i goście spojrzą na ten plac „nowym okiem” i znów odwiedzą to miejsca, by usiąść na ławeczce koło fontanny i zjeść smaczne lody z „Selfiera”.
Rynek to punkt zborny, wizytówka miasta, siedziba urzędów. Nasi goście i turyści wyruszają z niego, idąc w trasę, a mieszkańcy przychodzą tu na uroczystości, imprezy, jarmarki. Funkcje dawnego, polskiego rynku definiowały staromiejski ratusz, pręgierz, sukiennice, studnia miejska i wagi miejskie. O ile dwa pierwsze rzeczowniki odnoszą się do siedziby władz miejskich i jej „ramienia sprawiedliwości”, o tyle trzy ostatnie mówią o charakterze handlowym i gospodarczym placu rynkowego.
W okresie staropolskim na rynku „królował” ratusz. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z XV w. Jako miejsce załatwiania spraw miejskich wymieniana była wówczas nazwa „Rot”, „Rothaus”. Dziś szczęśliwie doczekaliśmy się odkrycia fundamentów dawnego ratusza. Jego renesansowy wizerunek można obejrzeć na miedziorycie A. Hogenberga z 1617 r. lub w kościele oo. Franciszkanów, oglądając XVIII-wieczny fresk. Doktor M. Orłowicz pisał o nim tak: „wyglądem przypominał ratusz poznański, wielkością dominował nad całem miastem”. Dodam, że budynek był piętrowy, miał wieżę zegarową z barokowym hełmem i latarnią, na wieży wygrywano hejnał. Wewnątrz, oprócz sali obrad, były cele więzienne, skarbiec, izby sądowe, magazyny.
Mniej sympatycznym urządzeniem dawnego, polskiego rynku był pręgierz miejski. Stojący przy ratuszu na pohybel przestępcom. Symbolizujący wymiar sprawiedliwości. Pręgierz posiadał żelazne kuny (obręcze) do przywiązywania skazanych. Najczęściej wymierzanymi karami były kara chłosty, piętnowania (wypalania), okaleczania lub wystawiania skazańca na widok publiczny. Niejednokrotnie stojący pod pręgierzem nieszczęśnik był narażony na obelgi mieszkańców i obrzucanie błotem. Zdarzało się, że na rynku przemyskim przy biciu dzwonów ratuszowych palono tzw. niebezpieczne książki. Taki los spotkał na początku XVII pozycję pt. „Heraklit albo o próżności świata” Pierra de Moulin, którą przetłumaczył nasz krajan, protestant Samuel Bolestraszycki.
Po pierwszym rozbiorze Polski Przemyśl trafił w ręce Austrii. Przed rokiem 1812 r. zaborcy nakazali rozebrać renesansowy ratusz. Częściowo na jego fundamentach wybudowano parterowy budynek – tzw. główny odwach. Z niego rozprowadzano warty. Obiekt ten przetrwał prawie 100 lat do ok. 1909 r. Zamiana ratusza na odwach była symboliczna. W historycznym centrum miasta stał militarny obiekt – symbol władzy zaborczej, posiadający biuro i areszt. Sytuacja co najmniej niekomfortowa dla tubylców, zmuszonych oglądać patrole wojskowe c.k. armii pilnujące porządku. Zaznaczam, że nie wszyscy c.k. żołnierze byli pokroju dobrego Szwejka, pijącego „nieustannie” piwo. Obok odwachu, przy skarpie na lewo od schodów grodzkich, znajdowała się duża, piętrowa kamienica nr 23, zwana kamienicą braci Jeleni. Prowadzono w niej m.in. księgarnię. Budynek przetrwał do czerwca 1941 roku. W czasach PRL-u mały skrawek pustego miejsca po XIX-wiecznym budynku zajęła popularna fontanna z niedźwiadkami.
To dwa przymiotniki związane z otoczeniem Rynku. Dziś oznaczają restaurację o nazwie „Dominikańska” i jak dawniej plac zwany placem Dominikańskim. Wchodząc do wnętrz restauracji, by zjeść dobry obiad i ciasto, zobaczymy łukowate sklepienia i bardzo grube mury klasztoru oo. Dominikanów. W dawnym klasztorze umieszczono nowicjat i seminarium duchowne. Zaś kościół pod wezwaniem NMP i cmentarz usytuowano przed budynkiem klasztorem, czyli na obecnym skwerze obok pomnika A. Mickiewicza. Ktoś zapyta, to gdzie jest budynek kościoła? Niestety nie przetrwał, zaborcy nakazali jego rozbiórkę w ramach tzw. kasaty józefińskiej. Zakon zniesiono w 1786 r., a zakonnicy przenieśli się do klasztoru w Jarosławiu. Szkoda, bo dominikanie byli najliczniejszym zakonem w Przemyślu, a przybyli do miasta około 1240 r. Na otarcie łez powiem, że mamy coś, co pochodzi z istniejącego niegdyś dużego kościoła. Jest to alabastrowa figurka Matki Bożej Jackowej z kaplicy Ostrowskich. Według legendy przyniósł ją z Kijowa św. Jacek. Cudowna figurka MBJ czeka na modlitwy i wita gości w przemyskiej katedrze. Ruszajmy więc śmiało tzw. Schodami Grodzkimi (Rycerskimi) w górę. Matka Boska „rezyduje i przyjmuje” w ołtarzu po prawej stronie prezbiterium katedry.
Dziś przed wyjściem z domu patrzymy na termometr lub smartfon i już wiemy, jak się ubrać, czy zabrać parasol, czy nie. Na początku XX wieku Przemyślanie mogli się cieszyć tzw. słupem meteorologicznym. Był on lokalną stacją pogodową. Na starych pocztówkach widać wysoką na ok. 3 m żeliwną, czterostronną kolumnę na kamiennym postumencie. Wyposażoną zapewne w barometr, termometr i higrometr. Ciekawostką jest, że w Rynku przedsiębiorczy Żyd, Abraham Laufer, postawił jeszcze przed I wojną światową automat na czekoladę, stojący niedaleko sądu. Szerzej wspomina o tym w swoim artykule Anna Durkacz-Foremska. Ciekawe, czy ta lauferowska czekolada sprzed stu lat była smaczna?
Moje wspomnienie z dzieciństwa to dzieciaki szkolne oblewające się wodą z fontanny, w której do dziś „królują” niedźwiadki. Dlaczego te zwierzęta? Bo nawiązują do herbu miasta. Fontanna była darem przemyskich rzemieślników i powstała w 1964 r. Figury wykonała słynna przemyska ludwisarnia J. Felczyńskiego. Ten PRL-owski Rynek kojarzy mi się także ze słynną aleją lipową, biegnącą ukośnie w kierunku kościoła oo. Franciszkanów. Pamięć przypomina mi też o sklepie papierniczym „Kotek”, usytuowanym we wschodniej pierzei kamienic Rynku. Na tamtym „dziecinnym” placu stała także budka meteorologiczna obok Schodów Rycerskich. Jednak była to inna budka, niż wspomniany wcześniej słup – pogodynka.
Wtrąciły swoje trzy grosze. Potomstwo przemyskiej niedźwiedzicy jest widoczne na starówce i Zasaniu w postaci kilkunastu małych, sympatycznych figurek misi. Doszły też akcenty nawiązujące do historii Twierdzy Przemyśl. W 2008 r. pojawił się pomnik z brązu Dobrego Wojaka Szwejka, pijącego piwo i pykającego fajeczkę. Potarcie nosa wojaka ma przynosić szczęście. Wielu z nas chyba w to wierzy, bo nos Szwejka połyskuje już na złoto. Będąc przy Szwejku, warto zboczyć w róg placu Dominikańskiego, w kierunku tzw. Bramy Rycerskiej. W nagrodę zobaczymy naturalnej wielkości rzeźby z brązu – dwa konie i dwóch żołnierzy, huzara i ułana. Figury te upamiętniają pobyt i udział żołnierzy węgierskich w walkach o Twierdzę Przemyśl. Nawiązują także do historycznej solidarności polsko-węgierskiej. Na przemyskim Rynku goszczą już od 10 lat.
Dziś na Rynku nie zobaczymy handlujących przekupek, starego ratusza, pręgierza, studni, odwachu czy kościoła z cmentarzem oo. Dominikanów. Nie ma też kamienic pierzei zachodniej, oddzielającej Rynek od placu Dominikańskiego. Nie ma także alei lipowej dającej latem cień. Nie zjemy również wuzetek w dawnej kawiarni pani Ciupińskiej nieopodal Bramy Rycerskiej.
Za to mamy plac z minimalną liczbą drzew i ławek oraz zarys odkrytych fundamentów starego ratusza. I tylko Rynek nadal jest pochyły…
Na koniec proponuję „zagrać na nosie” wojaka Szwejka – na szczęście, a potem udać się w stronę pomnika króla Jana i zejść do podziemnej trasy turystycznej, by zobaczyć drugie oblicze Rynku.
dr Beata Świętojańska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze