Mędrcy powiadają, że ze 100 ćwiczących karate pozostanie jeden i to on zdobywa czarny pas. On jest takim przemyskim „mędrcem”, dzięki któremu wiele lat temu karate kyokushin zawitało nad San i trwa. Ba, ma się bardzo dobrze, bo mimo wielu pokus dzisiejszego świata, są całe zastępy młodych ludzi, którzy wciąż chcą uprawiać tę dyscyplinę sportu. Ilość zdobytych przez nich medali idzie w setki.
– Na pewno nie było łatwo. W 1978 roku trwał jeszcze PRL i władza nie była przychylna takim projektom. Traktowano karate bardzo podejrzliwie. Obawiano się, że będzie uczyć chuliganów walki wręcz, poza tym ten tajemniczy orientalny charakter... Może dlatego otworzyłem najpierw eksperymentalną sekcję w I Liceum Ogólnokształcącym w Przemyślu, gdzie zapisała się pokaźna grupa chłopaków. Potem założyliśmy Ognisko TKKF „Smok”, bo nazwy kyokushinkai nie chciano zaakceptować w peerelowskich urzędach. Z czasem, pewnym fortelem, udało się dokonać zmiany nazwy na „Karate-Do Kyokushinkai”. W 2001 roku zarejestrowaliśmy Przemyski Klub Karate Kyokushin, którego zostałem prezesem. A potem jakoś już to poszło[paywall].
– To prawda. Chętnych było tak wielu, że nie mogliśmy przyjąć wszystkich i niektórzy odchodzili z kwitkiem, co dzisiaj może dziwić. Pamiętam, że kiedy zgłosiło się ponad 300 chętnych, zorganizowałem na stadionie Juwenii test. Wszyscy siedzieli ze mną w zazen i trzymali ręce w górze w znaku kanku. Kto opuścił ręce albo wstał, odpadał. Po godzinie została setka. Tak to wyglądało...
– Zacząłem od judo w AZS Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Studiowałem prawo, ale pociągała mnie filozofia Orientu, nie bez znaczenia była też chęć zdobycia umiejętności walki wręcz. Wychowałem się na ulicy Smolki w Przemyślu, która nie cieszyła się wtedy dobrą sławą. Szybko zamieniłem judo na karate za radą trenera. Zarekomendował mi kyokushin i tak to się zaczęło. Spodobało mi się. Ta specyficzna aura dojo, kimono, rytuał. Ale przede wszystkim twardy trening, na granicy wytrzymałości. Moim pierwszym instruktorem był Alosza Awdiejew, potem trafiłem do tak zwanej grupy zerowej, do Andrzeja Drewniaka. To był taki wyselekcjonowany team. Kiedy kończyłem studia, on zaproponował mi otwarcie ośrodka w Przemyślu.
– Po trosze wszystkie te formy wypełniają całość. Dzieci i młodzież ćwiczą dla sprawności psychoruchowej, integrują się w grupie, startują w zawodach, jeżdżą na obozy. Inni startują w turniejach i zdobywają medale. Jeszcze inni ćwiczą dla samoobrony, a wąska grupa, pnąc się w górę, zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia i doskonali zarówno ciało, jak i ducha walki. Dla tych to nie jest już przygoda z karate, ale droga – po japońsku „do”. Karate jest uniwersalnym systemem. Oferuje symetryczny zestaw ruchów, poprzez kopnięcia, uderzenia i bloki aktywizuje całe ciało. Kyokushin jako walka kontaktowa daje realne poczucie konfrontacji. Ciosy i kopnięcia wymierza się z pełną siłą. Nie wolno atakować pięścią i łokciem w głowę, zabroniony jest atak na krocze i kręgosłup. Dzieci walczą w kaskach i ochraniaczach. Nie chcę wartościować co jest lepsze. Czy karate tradycyjne, czy shotokan, czy kyokushin, czy inne odmiany. Wszystko ma w tych systemach swój sens i ideę. Dużo zależy od nauczyciela.
– Myślę, że to idzie w tysiące. Trzeba pamiętać, że w Przemyślu działa teraz kilka klubów kyokushin. Jestem dumny z tego, że tak to się rozwija, a trenerzy wywodzą się z naszego pierwszego naboru. Ryszard i Jerzy Makarowie to moi pierwsi asystenci. Dzisiaj prowadzą nadal Przemyski Klub Karate Kyokushin, który zostawiłem pod ich opieką. Podobnie Krzysztof Grabowski i Jan Wac to moi uczniowie. Dzisiaj sami prowadzą treningi i kluby i chwała im za to. W tym pierwszym okresie tacy instruktorzy jak chociażby Sylwester Gołąbek, Zygmunt Szpak czy Krzysztof Sałdan też wnieśli spory wkład w budowanie siły tej dyscypliny w Przemyślu i w kraju.
– W sportowym wymiarze to tytuły na mistrzostwach świata, Europy i Polski. Jeśli kogoś wymienię, a kogoś pominę, będzie nietakt. Piszecie o tym na waszych łamach często i uważni czytelnicy są zorientowani. Dla mnie największym sukcesem jest to, że kyokushin w Przemyślu nadal się rozwija i ma się dobrze. Są następcy, którzy kontynuują tę drogę. Od kilku lat patronuję Przemyskiej Szkole Karate. Kyokushin Przemyśl Karate Klub skupia obecnie ponad 100 ćwiczących. W tym roku w dziesięciu turniejach zdobyli 104 medale. 37 złotych, 27 srebrnych i 49 brązowych. Instruktorzy tacy jak: Robert Gaweł, Jerzy Pacyna, Mariusz Szczęsny czy Artur Krytak uczą dzieci i młodzież nie tylko walki, ale też szacunku dla przeciwnika, grzeczności i dyscypliny. Sami mają już stopnie mistrzowskie, ale nadal się doskonalą.
– Trudne pytanie. Mędrcy powiadają, że ze stu ćwiczących pozostanie jeden i to on zdobywa czarny pas. Ja to widzę raczej w rachunku 500 do 1. Potwierdza to ilość czarnych pasów w naszym przemyskim karate po 45 latach.
– Obawiam się, że skoro nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Martwi mnie to, bo sam zakładałem z krajowymi „dinozaurami” Polski Związek Karate Kontaktowego i miało być inaczej. Obserwuję trend rozbijania się całości na liczne organizacje i jest to widoczne nie tylko w Polsce, Europie i na świecie, ale i w Japonii.
– Z pewnością była to wielka przygoda. Nie rozczarowałem się. Tam zdałem kilkugodzinny trudny egzamin na 3 Dan, a w komisji zasiadali najwięksi mistrzowie kyokushin: Matsui, Hollander, Isobe, Goda czy Gorai. Ćwiczyłem pod wodospadem pod lodowatą wodą, w Mitsumine brałem udział w porannych medytacjach shinto. Frajda dla fanów Japonii i karate. Upewniłem się, że to właściwa droga. Jeśli ktoś fascynuje się kulturą Japonii i studiuje sztuki walki, wizyta tam wydaje się obowiązkowa.
– Na pierwsze pytanie odpowiem krótko: staram się ćwiczyć codziennie, po 45 minut, wieczorem. Mam w domu swoje małe dojo, urządzone w klimacie Japonii. Od ponad 10 lat zajmuję się iken. Ten trening to nie tylko ruchy, ale i praca mentalna. To działa odświeżająco, regeneruje organizm, uczy emisji siły. Na drugie pytanie odpowiem też krótko: studia na AWF-ie były bardzo ciekawe i wiele się nauczyłem, miałem świetnych wykładowców.
– Pewnie tak. Ale te pasje nadają rytm życiu. Angażując się w coś, dajesz też cząstkę siebie. I to się liczy.
– Z pewnością tak, nawet jeśli jest to nieuświadomione. Pozwala opanować emocje, regulować oddech, uczy koncentracji i wytrwałości w dążeniu do celu. To nie są banały.
– Tym, którzy u nas ćwiczyli, chcę powiedzieć, że nie były to zmarnowane chwile, zawsze coś zostaje w człowieku, nawet jeśli trwa to krótko. Tym, którzy jeszcze nie zaczęli, chcę zarekomendować karate jako wszechstronny system walki wręcz, ale też kształtowania charakteru, co w dzisiejszych, trudnych czasach z pewnością się przyda.
– Osu!
– Ma wyrażać szacunek, deklarację wytrwałości i cierpliwości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze