W ubiegłym tygodniu pożegnaliśmy dwie ważne postaci: generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego, legendarnego żołnierza AK, uczestnika powstania warszawskiego i Olgę Aleksandrę Sipowicz Korę, wokalistkę zespołu Maanam. Obok pięknych reakcji przyjaciół, znajomych, fanów na portalach internetowych pojawiły się wpisy typowe dla naszego, rodzimego piekła.
Bo zamiast wspominać zmarłych, ich znaczenie dla polskiej historii w komentarzach internauci dzielili się obserwacjami typu: na pogrzebie generała byli ci i ci, a zabrakło takich i takich. Obecność jednych, nieobecność drugich w naszych realiach od razu nabiera znaczenia politycznego. Podobnie pogrzeb Kory (autorki między innymi takich utworów, jak Kocham cię kochanie moje, A planety szaleją...) stał się pretekstem do tego, aby skomentować, co? Kto i kiedy? Czy powiedział słusznie, czy niesłusznie, a może w ogóle powinien milczeć. I tak dalej, aż do znudzenia. Gdy czytałem te wszystkie brednie, robiło mi się coraz smutniej. Przez całe swoje młodzieńcze życie, uzbrojony w drugoobiegową, czyli bliższą prawdy wersję historyczną, wzrastałem w szacunku dla setek tysięcy ofiar powstania warszawskiego, dla bohaterskich dziewczyn i chłopaków z AK. Im hołd. Rozmowy o sensowności powstania to inna sprawa. Przez długie dziesięciolecia myślałem, że hekatomba Warszawy nas łączy. Myliłem się.Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Ani jazz ani żaden inny rodzaj muzyki nie połączy ludzi, bo ludzkość tak się podzieliła, że nie ma szans na jedność. Żeby to zmienić wszyscy musieliby szanować jeden system wartości, niezmienny i trwały. Niektórzy rzekli by, że to dyktatura. A dyktaturą wobec tego nie jest chociażby kodeks drogowy, który obowiązuje wszystkich? Stosowanie go nie jest trudne, choć niektórzy go lekceważą, większość jednak go przestrzega i nie uważa za zły, a wręcz niezbędny. Kodeks moralny, który zjednoczyłby ludzkość istnieje. Nie jest nią etyka tworzona przez ludzi, a więc zmienna w czasie i często zależna od woli większości i niestała. Człowiek potrzebuje stabilności, a tę może zapewnić tylko Ten, którego od lat się ignoruje i ośmiesza, a nawet naukowo udowadnia, że nie istnieje.
Tyle tylko, że własnie najbardziej dzieli i pośrednio wzywa do nienawiści ten własnie urojony bożek - umiejętnie wykorzystywany przez cwaniaczków specjalizujących się w socjotechnice.
Dziel i rządź (łac. divide et impera) – stara i praktyczna zasada rządzenia polegająca na wzniecaniu wewnętrznych konfliktów na podbitych terenach i występowaniu jako rozjemca zwaśnionych stron.
Konflikty wzniecają ci ,którzy nie mogą , nie potrafią pogodzić się z 3 - krotną przegraną w wyborach / samorządowych - jesień 2014 , prezydenckich - wiosna - 2015, parlamentarnych - jesień 2015 . TO SĄ FAKTY , A Z NIMI JAK WIADOMO SIĘ NIE DYSKUTUJE .
Ani jazz ani żaden inny rodzaj muzyki nie połączy ludzi, bo ludzkość tak się podzieliła, że nie ma szans na jedność. Żeby to zmienić wszyscy musieliby szanować jeden system wartości, niezmienny i trwały. Niektórzy rzekli by, że to dyktatura. A dyktaturą wobec tego nie jest chociażby kodeks drogowy, który obowiązuje wszystkich? Stosowanie go nie jest trudne, choć niektórzy go lekceważą, większość jednak go przestrzega i nie uważa za zły, a wręcz niezbędny. Kodeks moralny, który zjednoczyłby ludzkość istnieje. Nie jest nią etyka tworzona przez ludzi, a więc zmienna w czasie i często zależna od woli większości i niestała. Człowiek potrzebuje stabilności, a tę może zapewnić tylko Ten, którego od lat się ignoruje i ośmiesza, a nawet naukowo udowadnia, że nie istnieje.
Tyle tylko, że własnie najbardziej dzieli i pośrednio wzywa do nienawiści ten własnie urojony bożek - umiejętnie wykorzystywany przez cwaniaczków specjalizujących się w socjotechnice.
Dziel i rządź (łac. divide et impera) – stara i praktyczna zasada rządzenia polegająca na wzniecaniu wewnętrznych konfliktów na podbitych terenach i występowaniu jako rozjemca zwaśnionych stron.