Czerwcowe niedzielne popołudnie. Na placu przed wejściem do Sanktuarium Matki Bożej w Kalwarii Pacławskiej kręci się kilkadziesiąt osób. Jedni zaglądają do kramu z pamiątkami, inni stoją w kolejce po frytki, lody albo pyszną mrożoną kawę. Na parkingu sporo aut z obcymi rejestracjami. Jednak wystarczy spacerkiem przejść kilometr dalej, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Środkiem drogi dostojnie kroczy bocian. Spoza gęstej zieleni prześwitują drewniane ściany starych domów i stodół. Za drewnianym parkanem kogut pilnuje stadka kur. Pierwsze wrażenie – jestem w skansenie i trochę w tym racji, bo Pacław to taki żywy skansen.
Wioska liczy sobie trzydzieści sześć numerów, ale z tego tylko dwadzieścia zamieszkałych. Reszta stoi pusta. W spisie zabytków architektury z roku 1998 figuruje 19 zabytkowych domów z Pacławia. Pośrodku wioski, gdzie[paywall] zbiegają się trzy drogi, stoi duży, drewniany budynek z nietypowym, mansardowym dachem i podcieniami, w których wisi zapomniana drabina.
Zarośnięty trawą, pozbawiony okien sprawia wrażenie opuszczonej ruiny. Wewnątrz zaskoczenie. Obszerna sala ze sceną, pod ścianami ławki, przewrócony stół, w kącie kaflowy piec. Na zapleczu sceny kilka zagraconych pomieszczeń. Przez dziury w dachu prześwituje niebo. Nic innego tylko dawny dom ludowy. Potwierdza to pani Zofia, która, widząc, że kręcę się po okolicy, wyszła z domu naprzeciw.
– Ja niewiele mogę powiedzieć, bo nie jestem stąd. Mieszkam tu dopiero od osiemdziesiątych lat. Z tego, co wiem, to był dom ludowy wybudowany jeszcze przed wojną. Za mnie w świetlicy jeszcze robili jakieś zebrania, a w jednym z pomieszczeń była zlewnia mleka. Teraz to popada w ruinę, ale więcej na ten temat może powiedzieć sołtys. To tam. Murowany dom, ostatni po prawej stronie drogi.
Reklama

– Z domem ludowym to było tak – ciągnie sołtys.
– W latach dwudziestych wioska od pana Tyszkowskiego, który był właścicielem okolicznych gruntów, kupiła prawie sześćdziesiąt hektarów ziemi na pastwisko. W tym było też trochę lasu. Drzewa wycięli i mieli materiał na remizę i dom ludowy, który społecznie postawili w tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym roku. To była inicjatywa Józefa Szwerca, który wtedy był wójtem. Potem przyszła wojna. Po wojnie władza ludowa położyła na tym rękę i nikt już o nic nie dbał. Dom powoli niszczał. Czasem jeszcze był wykorzystywany na zebrania albo wesela. Pamiętam, że chyba byłem na ostatnim. Kiedy to było? Dzisiaj dzieci, które się urodziły po tym weselu, mają ponad czterdzieści lat. Teraz budynek niszczeje coraz bardziej, a konserwacja nie pozwala rozebrać, bo to zabytek, ale wcale o niego nie dba. Parę lat temu Pawlikowski nagrywał tam sceny do filmu „Zimna wojna”– dodaje sołtys i zmienia temat.
Reklama– Gdyby tak się udało odzyskać od gminy ziemie, którą przed wojną kupiła wioska. Mam gdzieś listę tych, którzy się wtedy złożyli. Nawet nazwisko mojego dziadka tam jest.
Sołtys znika na chwilę i wraca z dokumentami.
– Listy nie znalazłem, ale mam mapkę. Na niebiesko zaznaczone jest to, co kiedyś należało do wioski. Część już wójt sprzedał Straży Granicznej, ale żeby odzyskać resztę, trzeba tęgich adwokatów, a na to nie mamy pieniędzy.

fot.Jacek Szwic
Tutaj odbywały się wiejskie zebrania, zabawy i wesela.
Od sołtysa wracam do domu ludowego, bo dowiedziałem się, że w jednym z pomieszczeń strażacy ochotnicy trzymają cenny zabytek. Grzegorz Osoba, prezes miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej, chwilę mocuje się z zardzewiałą kłódką i żartuje, że ona ma pewnie tyle lat, ile ten budynek. Wreszcie kłódka ustępuje. Odciągamy drewniane wrota i ukazuje się chluba miejscowych strażaków. Świetnie utrzymany konny wóz strażacki, pomalowany – jak należy – na czerwono, z napisem „Straż Ogniowa Pacław”. Wóz jak wóz, ale najcenniejsza jest zamontowana na nim pompa, którą jeszcze przed wojną Liga Ogniowa ze Lwowa podarowała strażakom z Pacławia. Na dowód druh Grzegorz pokazuje napis odlany na żeliwnej konstrukcji.
– Przez wiele lat pompa służyła naszym strażakom. Niejeden dom uratowała przed spaleniem. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym gasili nią pożar klasztoru. Chociaż ma prawie sto lat, dalej jest sprawna. Parę lat temu uruchomiliśmy ją i się okazało, że całkiem dobrze podaje wodę, tylko węże już się nie nadają, bo sparciały ze starości. W domu mam jeszcze prądownicę, taką starego typu, mosiężną. Zawsze, kiedy jest strażackie święto, stawiamy wóz przed klasztorem, bo mało która OSP może się pochwalić takim zabytkiem – opowiada strażak.
Reklama
Wracam do Kalwarii Pacławskiej i na widok kramu z błyskotkami i plastikową chińszczyzną nachodzi mnie refleksja, że warto było zboczyć z utartej trasy, żeby dotknąć czegoś autentycznego. Czegoś, co zanika, a przecież ma długą i bogatą historię, bo jeden z najstarszych zapisów mówi o prawosławnej cerkwi pod wezwaniem św. Szymona Słupnika, która stała w Pacławiu już w 1311 roku, za czasów potomków ruskiego księcia Lwa.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Fajne klimaty.Świetny pomysł :)