W wyniku Zbrodni Wołyńskiej (1943 – 1945) zginęło kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Niektórzy żyjący na Kresach Wschodnich mieli tyle szczęścia, że zdołali wywinąć się śmierci. Wśród nich była Zofia Rojek, obecnie mieszkanka Jagiełły. Miała 14 lat, gdy wraz z mamą i trzema siostrami uciekła do Przeworska. Był rok 1944.
– Mieszkaliśmy w okolicach miejscowości Babicze, niedaleko Lwowa. Tato był leśnym u hrabiego. Dobrze nam się powodziło. Wtedy jeszcze nikt nie zwracał uwagi na to, czy jesteś Polakiem, czy Ukraińcem. Mama mojego ojca była Ukrainką, ale córki szły za matkami, a synowie za ojcami. Dlatego mój tato był Polakiem po swoim ojcu. W 1937 r. dostaliśmy nowy dom od hrabiego. Był szalowany, z dwoma pokojami, kuchnią i spiżarnią. Mieliśmy ganek długości domu, stajnię i stodołę. Żyliśmy normalnie, dopóki nie wybuchła wojna – wspomina 85-letnia Zofia Rojek.
– Któregoś dnia przyszli po tatę, bo był mundurowym. Najpierw trafił do więzienia. Mama wysyłała mu paczki, dwie doszły, trzecia chyba już nie, bo po pewnym czasie zesłali go na Sybir. Potem trafił do armii generała Andersa i walczył pod Monte Cassino. Wiedziałyśmy, co się z nim dzieje tylko dzięki listom, ale już nigdy go nie zobaczyłyśmy. Nie zginął w walkach, nie był nawet ranny. Zmarł na raka. Przez ostatnie lata swojego życia mieszkał w Anglii, z której nie mógł już wrócić – mówi dalej Pani Zofia.
– W naszej małej wiosce panował strach, część Polaków wyjechała. Ja wraz z siostrami Emilią i Heleną w najniebezpieczniejszym okresie chodziłyśmy spać do znajomego Ukraińca, dzięki któremu nic nam nie groziło. Mama z najstarszą Janką co noc ukrywały się w domu. Siostra mamy była wydana za Ukraińca. Miała sześciu synów, którzy należeli do bandy. Zabijali takich jak my – Polaków. Pewnego dnia przyszła nas ostrzec, żebyśmy uciekały, bo nawet jeśli oni nas nie zabiją, może to zrobić inna banda – dodaje.
– Tato miał znajomego leśniczego Kisielewicza. Spakowałyśmy część rzeczy i wraz z nim i kilkoma innymi rodzinami wsiedliśmy do pociągu jadącego ze Lwowa. Dojechaliśmy do Przeworska. Przez kilka nocy spałyśmy w barakach znajdujących się na stacji Dynówka. Mama zostawiła nas z tobołkami i wraz z leśniczym poszła poszukać dla nas miejsca. Trafili do Jagiełły. Znalazła dla nas schronienie u rodziny Kędziorów. Po pewnym czasie przeniosłyśmy się do wiejskiego budynku, gdzie spałyśmy na strychu. Wreszcie trafiłyśmy do rodziny Darzyckich, gdzie mieszkałyśmy przez kilkanaście lat. W zamian pomagałyśmy im w polu i innych pracach. Mimo że mieli kilkoro swoich dzieci, pozwolili nam zająć jeden pokój w swoim drewnianym domu. Niektórzy ludzie we wsi uważali, że jesteśmy Żydówkami. Na szczęście mama miała nasze metryczki chrztu na dowód pochodzenia. Nie miałyśmy nic swojego. Dopiero z czasem zaczęłyśmy układać sobie życie i odbijać się od dna. Z domu na Kresach i całego dobytku pozostały tylko wspomnienia. Mama nie miała dokumentów potwierdzonych notarialnie, dlatego nic nam się nie należało – opowiada mieszkanka Jagiełły.
Zofia Rojek ma jeszcze dwie żyjące siostry: młodszą Emilię, mieszkającą w Przeworsku i starszą Janinę – w Mielcu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze