Waldemar Paluch nie miał żadnego doświadczenia samorządowego, obejmując urząd burmistrza Jarosławia. Przyznaje, że sprawowanie funkcji, którą powierzyli mu jarosławianie, wymagało solidnej nauki i przeorganizowania całego życia. Mieszka w Koniaczowie razem z żoną Bernadettą, synem Bartłomiejem oraz córkami Wiktorią i Mają. Dorosły syn prowadzi własną działalność. Wiktoria chodzi do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Maja jest przedszkolakiem. Obie dziewczynki, które przyszły na świat po długich oczekiwaniach, odmłodziły małżeństwo obchodzące w ubiegłym tygodniu jubileusz 25-lecia.
– Zawiązując Stowarzyszenie Przedsiębiorców Ziemi Jarosławskiej „Rozwój i Postęp”, którego celem jest między innymi wsparcie dla prowadzących firmy, doszliśmy do wniosku, że lepsze ich funkcjonowanie wymaga zmiany podejścia ze strony władz miasta. Chcieliśmy wyciągnąć Jarosław z zastoju. Tego oczekiwali również mieszkańcy. Stąd wizja wejścia naszych przedstawicieli do Rady Miasta, a gdy się okazało, że mamy kandydatów, stwierdziliśmy, że możemy się ubiegać o fotel burmistrza. Program wyborczy opierał się na ekonomicznym podejściu do finansów miasta, a z drugiej strony zakładał gospodarskie patrzenie na sprawy samorządowe. Po ponad dwóch latach pełnienia funkcji burmistrza wizja się nie zmieniła, ale realia są całkowicie inne. Nastąpiło zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Gy obejmowałem urząd, wydawało mi się, że jestem w stanie wykonać wiele zadań dużo szybciej i prościej. Tak jak realizowałem je wcześniej. Potem zrozumiałem, że[paywall] tak nie jest. Myślałem, że gdy grupa mieszkańców przychodzi z propozycją zrobienia piaskownicy, to sprawa jest prosta. Kilka desek, koparka, trochę piasku i załatwione. Okazało się, że trzeba mnóstwo formalności, uzgodnień, projektów, zgód i procedur. Nie ukrywam, że była to wiedza całkowicie dla mnie nowa. Dzisiaj widzę to inaczej. Wiem, jak się w tym poruszać i mimo administracyjnych obarczeń udało się wprowadzić rozwiązania pozwalające na lepsze funkcjonowanie organizmu miejskiego. Choćby zmiany w miejskich spółkach czy reorganizacja urzędu.
– Nigdy nie bałem się ciężkiej pracy, ale wybór na burmistrza wymagał całkowitego przeorganizowania życia całej rodziny. Wszystko stanęło na głowie i tak naprawdę z dnia na dzień wszystkimi obowiązkami rodzinnymi obarczyłem żonę. Prowadziłem firmę, której nie można było z dnia na dzień zostawić. Te obowiązki spadły na syna, który dodatkowo prowadzi własną działalność. Mamy dwójkę małych dzieci. Wszystkie obowiązki z nimi związane przejęła żona. Jestem w domu gościem. Wychodzę rano. Wracam późno. W ciągu dnia dzwonię do żony, informując, że jadę na kolejne spotkanie i proszę o przygotowanie koszuli i garnituru. Stanowisko burmistrza to także praca w sobotę i niedzielę. Brakuje czasu na rodzinę i domowe zajęcia. Chwila na skoszenie trawnika to dla mnie rewelacyjny odpoczynek. Żona trzyma wszystko w ryzach. Wielkie uznanie dla niej. Wątpię, bym dał sobie radę na jej miejscu. Najgorsze były początki. Teraz się poukładało.
– Były takie momenty na początku kadencji. Nawał obowiązków. Wracałem do domu późnym wieczorem. Jak urząd był otwarty, przychodzili pracownicy i mieszkańcy. Gdy się zamykał, dopiero mogłem siadać nad stosem dokumentów i je analizować. Wziąłem wszystko na swoje barki. Nie miałem zastępców. Siedziałem wieczorami, by to wszystko ogarnąć. Może więcej czasu mi to wtedy zajmowało. Uczyłem się. Wchodziłem w całkowicie inny zakres spraw niż te, którymi zajmowałem się wcześniej. Dzisiaj jest mi dużo łatwiej. Już wiem, jakie decyzje mogę podejmować, a jakich nie. Podzieliłem się też kompetencjami z zastępcami. Funkcja burmistrza to ogrom pracy i ogrom odpowiedzialności.
– Najgorszy był pierwszy rok. To była nauka. Półroczny czas koalicji, kiedy wszystko w miarę dobrze szło, a tak naprawdę w ogóle nie szło. To był czas największej wrogości, jakiej doświadczyłem tylko dlatego, że wygrałem wybory. Bo nikt mnie nie znał. Nie mógł nic na mój temat powiedzieć. Nastawili się negatywnie tylko dlatego, że nie jestem od nich. Nie powinniśmy rozstrzygać, kto z kim jest związany, tylko uszanować wolę wyborców, przyjąć ją z godnością. Niestety, nie zostałem tak przyjęty, ale staram się godnie zachowywać.
Stanowisko burmistrza jest na nieszczęście bardzo polityczną funkcją. Tymczasem ja całe swoje zawodowe życie pracowałem i tu też nastawiłem się na ciężką pracę, a nagle spotkałem się z dużą polityką. Z podejściem: jeśli ktoś nie od nas – to przeciwnik. Kandydując, nie byłem w żadnej partii, nie jestem z żadną związany i nie zamierzam wchodzić w politykę. Uważam, że tu jesteśmy my i wszystkie rozgrywki partyjne należy sobie darować. Polityka powinna być jak najdalej od samorządu. Jest nam niepotrzebna. Tu mieszkamy, tu jesteśmy i nieważne do jakiej partii należymy, działamy dla dobra mieszkańców. Uważam, że dzięki temu, że nie reprezentuję żadnej partii, mogę się dogadać z każdym. Przyznać rację, jeśli ktoś poprze swoje zdanie argumentami, nie postępuję na zasadzie: nie bo nie. Tu nie można tylko czerpać. Trzeba dawać od siebie, iść na kompromis. Praca burmistrza to jeden wielki kompromis. Bo wszystko, co się dzieje, jest dla jednych dobre, dla innych złe. Galeria w centrum miasta jednym pomoże, innym zaszkodzi. Przedszkole pod nosem ucieszy rodziców. Starszym będzie przeszkadzał hałas. Nie da się zadowolić wszystkich. Trzeba wybierać, co jest dla większości lepsze. Nie jestem alfą i omegą. Patrzę tylko przez pryzmat całego miasta, a nie wycinkowo. Niestety, część osób patrzy tylko przez pryzmat własnego podwórka. Nie można oczekiwać, że ktoś przyjdzie objąć tak poważną funkcję i nagle, z dnia na dzień, wszystko się zmieni. Tu muszą być konkretne planowe działania.
– Były zarzuty, że mieszkam w Koniaczowie. Urodziłem się w Jarosławiu. Mieszkałem 50 metrów od Rynku. Tu się wychowałem. Tu było moje serce. Wybudowałem dom w Koniaczowie, ale pracuję w Jarosławiu. Żona całe życie w Jarosławiu pracowała. Dzieci chodzą do jarosławskich szkół. Tu były chrzczone. Jestem jarosławianinem z krwi i kości. Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 6, a jak chodziłem do „drogowego”, to dla kolegów byłem rynkowcem, czyli mieszkańcem Rynku. „Idziemy na Rynek. Chodź z nami, bo ty jesteś rynkowiec, sami nie przejdziemy” – mówili.
– Mimo tego, że część ludzi od jakieś okresu uważa mnie za smutnego człowieka, jestem optymistą, chociaż nie jest to łatwe. Mimo wszystko staram się podchodzić do różnych tematów z humorem. Nie da się inaczej. Czasami trzeba popatrzeć przez palce i uśmiechnąć się. Zawsze byłem nastawiony optymistycznie. Pozbierałem się po ciężkim pierwszym roku. Przyzwyczaiłem do negatywnych relacji, które nie mają żadnych podstaw. Robię swoje i staram się robić to jak najlepiej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.No na stwierdzenie, że ... widać, jak to Panu Burmistrzowi zależy na losie miasta to zdobyć mógł się jedynie Kijanka. Czyżby go zdjęcie ratusza na biurku tak urzekło ? A Pan Burmistrz... z całym szacunkiem niech przestanie mówić cokolwiek tylko niech działa... bo "po owocach" go przecież oceniamy każdego dnia - taki los włodarza !
A widzę, że Pan Burmistrz jest miłośnikiem Big Brothera... Mam nadzieję, że oprócz oglądania kamerek robi coś jeszcze :)
widać na foto, że obroku to sobie ten "pampuch" nie żałuje , może by tak codziennie pomiędzy 5 a 6 rano pobiegać miedzy Koniaczowem a Surochowem ???
..normalny człowiek znający ludzkie problemy .. gwarancja rzeczowego spojrzenia m.innymi na codzienne troski ..
..burmistrz w porządku ..zdolny wnikliwy zna się na zagadnieniach ..zahartowany w walce z zastarzałą opozycją która ma swoje macki ..
No na stwierdzenie, że ... widać, jak to Panu Burmistrzowi zależy na losie miasta to zdobyć mógł się jedynie Kijanka. Czyżby go zdjęcie ratusza na biurku tak urzekło ? A Pan Burmistrz... z całym szacunkiem niech przestanie mówić cokolwiek tylko niech działa... bo "po owocach" go przecież oceniamy każdego dnia - taki los włodarza !
A widzę, że Pan Burmistrz jest miłośnikiem Big Brothera... Mam nadzieję, że oprócz oglądania kamerek robi coś jeszcze :)
widać na foto, że obroku to sobie ten "pampuch" nie żałuje , może by tak codziennie pomiędzy 5 a 6 rano pobiegać miedzy Koniaczowem a Surochowem ???