W rodzinie nie znalazły prawdziwego domu. Namiastkę znajdują tutaj. Za kilka dni mieszkanki Domu Matki i Dziecka zasiądą do świątecznego stołu. Nie zabraknie na nim niczego, co kojarzy się z Wielkanocą. Będą też życzenia. Żeby znalazły swój własny kąt i kogoś, z kim mogą dzielić troski i radości codziennego życia.
– W domu rodzinnym nie miałam nigdy poczucia, że mam prawdziwy dom. Alkohol, przemoc. Nie mogłam tego wytrzymać, odeszłam. Schronienie znalazłam tutaj – historia Weroniki jest typowa dla wielu podopiecznych Domu Matki i Dziecka w Przemyślu.
Pensjonariuszki można podzielić na trzy grupy: kobiety w ciąży, ofiary przemocy domowej i osoby, które chwilowo nie mają gdzie mieszkać. – Odbieramy je jako osoby potrzebujące pomocy. Bardzo się staramy, żeby uszanować ich godność – mówi s. Hiacynta Popiel, kierownik domu. Większość podopiecznych powiela historie swoich domów rodzinnych. Często alkohol, przemoc i krzyk towarzyszyły im od dzieciństwa. Znalazły się w trudnej sytuacji, ale nie otrzymały wsparcia od bliskich. W wielu przypadkach są po rozwodzie lub w trakcie rozwodu albo mają za sobą nieudane związki nieformalne. – Nie oceniamy ich. Kościół nazywa zło po imieniu, ale nie odrzuca i nie potępia człowieka – podkreśla s. Hiacynta.
Renata trafiła do Domu Matki i Dziecka, mając 15 lat. Była w ciąży. Alkohol w domu, brak miłości i zainteresowania ze strony rodziców. Do tego dochodziła choroba matki. Poznała mężczyznę. Młodego, ale od niej starszego niemal dwukrotnie. – Szukałam w nim ojca – przyznaje młoda dziewczyna.
Tutaj urodziła córeczkę. Potem poznała chłopaka, usamodzielniła się, wzięli ślub. Teraz tworzą szczęśliwą rodzinę. Dom Matki i Dziecka do dziś traktuje jak rodzinę.
Na ogół do placówki przychodzą kobiety ze środowisk dysfunkcyjnych, gdzie na nic nie starcza, z wyjątkiem wódki albo taniego wina. Są też wyjątki. Należą do nich kobiety z tak zwanych dobrych domów, w których starcza na wszystko. Z wyjątkiem miłości. – Często nie jest to przemoc fizyczna, ale psychiczna. Taka kobieta nie potrzebuje pomocy materialnej, ale bezpieczeństwa – opowiada zakonnica.
Dorota. 40 lat. Mąż upijał się do tego stopnia, że tracił świadomość. Był zagrożeniem dla niej i ich córek. Nie chciała od niego odejść. Córki też walczyły o rodzinę, broniły matki. W końcu musiała jednak opuścić własny dom, żeby chronić siebie i dzieci. – Dostałyśmy tutaj nie tylko dach nad głową i ciepły posiłek, ale przede wszystkim ogromne wsparcie duchowe i emocjonalne. Siostry pomogły mi podnieść się z upadku. Odważyłam się podjąć bardzo ważne życiowe decyzje, zdobyłam pracę i jako silna, bogata w doświadczenia kobieta byłam gotowa zacząć wszystko od nowa – opowiada. Złożyła pozew, jest już po rozwodzie. – Nadal bardzo kocham męża i chcę go doprowadzić do leczenia – wyznaje. Rozwód wzięła, aby ona i dzieci nie ponosiły konsekwencji za nieodpowiedzialność męża i ojca.
Jej nadzieja być może nie okaże się płonna. – Kiedyś przyjechała do nas młoda kobieta z trójką dzieci, która odeszła od męża pijaka. Chodziła na spotkania wsparcia dla żon alkoholików. Postawiła mu warunek, że powie, gdzie jest i wróci, jeśli zacznie się leczyć. Był na odwyku, teraz chodzi na mityngi AA. Są razem, mają już czwarte dziecko. Może nie są jakoś materialnie bogaci, ale stanowią szczęśliwe małżeństwo. On przyznał, że gdyby nie jej postawa, całkowicie stoczyłby się na dno – opowiada siostra kierownik.
Dla wielu kobiet pobyt w Domu Matki i Dziecka to zwrot w życiu. Tutaj kontynuują zaniedbaną edukację, uczą się zawodu, szukają pracy. Jednak nie wszystkie. Niektóre wracają do swojego poprzedniego życia. S. Hiacynta zauważa, że w kobietach są dwie postawy: z jednej strony potrzeba miłości i radość, że znalazły schronienie, z drugiej nieufność i bunt. – Trudno się temu dziwić, skoro przez całe życie wychowywały się wśród przemocy – zaznacza.
Za chwilę mieszkanki Domu Matki i Dziecka zasiądą do świątecznego stołu. Będzie przykryty białym obrusem, a na nim znajdą się: jajka, wędliny, pieczywo, chrzan. Także pisanki, baranek i kwiaty. Wszystko, co kojarzy się z Wielkanocą. Dzieląc się jajkiem, złożą sobie życzenia. Żeby znalazły swój własny kąt i kogoś, z kim mogą dzielić troski i radości codziennego życia.
Wielkanoc, z resztą jak każda niedziela, jest dniem innym niż wszystkie. Obiad jest bardziej uroczysty, wszystko dzieje się wolniej. – Zachęcamy, żeby więcej czasu spędzać ze sobą. Problemem dzisiejszych czasów jest to, że jesteśmy w ciągłym biegu, rozmijamy się – zauważa zakonnica. Nie tylko niedziele i święta kościelne są wyjątkowe w tym domu. Także imieniny lub urodziny mieszkanki obchodzą uroczyście. – Pieczemy tort. Czasem jest to dla nich pierwszy tort w życiu – mówi s. Hiacynta.
Przemyska placówka istnieje od 1999 r. i jest kontynuacją Domu Samotnej Matki, istniejącego od 1984 r. w Soninie k. Łańcuta. W tym czasie pomoc otrzymały tu 444 kobiety i 432 dzieci. Kilka dni temu obchodziła jubileusz 25-lecia odnowionych struktur Caritas. Utrzymuje się głównie z ofiar. Datki złożone na tacę podczas pasterki idą na ochronę życia poczętego. – Połowa z nich trafia do Domu Matki i Dziecka, bo życie poczęte to nie tylko to jeszcze nienarodzone, ale także to, które już przyszło na świat – zauważa s. Hiacynta. Każdego roku budynek wymaga różnych remontów. W tym przed siostrami stoi uzupełnienie podpiwniczeń oraz generalny remont i powiększenie jadalni. Te działania można wesprzeć, dokonując wpłat na konto: 56 1240 2568 1111 0000 3634 4840.

Na wielkanocnym stole nie zabraknie niczego, co jest związane ze świętami.

fot.Paweł Bugira
Kierownik domu s. Hiacynta Popiel.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Co tam robi Renata z córeczką? Czy jej rodzice to nie katolicy chodzący na msze do biskupa Michalika?
EWANGELIA POKOJU - WEGANIZM.BLOX.PL
Co tam robi Renata z córeczką? Czy jej rodzice to nie katolicy chodzący na msze do biskupa Michalika?