Nie musi tego robić. W piłce ręcznej osiągnęła bardzo wiele. Na parkiecie była profesorką. Mózgiem zespołu. Wielokrotną mistrzynią Białorusi i Polski w barwach Monteksu i MKS-u Lublin. Zdobywczynią pucharów tych dwóch krajów. Grała w Lidze Mistrzyń i reprezentacji Białorusi pod panieńskim nazwiskiem Nestsiaruk. W 2020 r. dołączyła do superligowej Eurobud JKS-u Jarosław i z tym miastem związała swoją dalszą sportową karierę. Najpierw na parkiecie, a teraz w roli trenera. Mówi jedno: „Gramy dla nich, gramy dla Jarosławia i nie dopuścimy do tego, aby piłka ręczna znikła”.
– Moi rodzice uprawiali, może nie ma wyjątkowym profesjonalnym poziomie, od zawsze sport. Moja siostra podobnie. Próbowałam różnych dyscyplin. Była to między innymi siatkówka, ale to piłka ręczna przykuła moją największą uwagę. Moja droga nie była łatwa, przede wszystkim ze względów na warunki fizyczne. Nie posiadam ich wyjątkowych, więc musiałam mocno walczyć. Przeszłam wszystkie możliwe szczeble.
– No tak. Po drodze były jeszcze dwa lata w Koszalinie. Ale zaczęłam rzeczywiście w Lublinie. Od razu wielkie doświadczenie, takie z przytupem. Tam spędziłam cztery lata. Potem chciałam sprawdzić, co jestem warta gdzie indziej. I był wspomniany Koszalin. Wróciłam jednak do Lublina, a na finał Jarosław.
– Od pierwszej sekundy w szatni było wiadomo, o co mamy czy musimy walczyć. Nie było odpuszczania. Wiedziałyśmy, że walczymy o mistrzostwo, że walczymy o puchar, że walczymy jak najlepiej umiemy w Europie. Różnie z tym oczywiście bywało. Presja była naprawdę ogromna.
– Tylko troszeczkę znałam. Stanęłam przed wyborem, czy po urlopie macierzyńskim pozostać w Lublinie, czy wybrać Jarosław. Krok po kroku zaczęłam się wgłębiać w temat, w historię klubu. Rzeczywiście, to taka sinusoida. Wzloty i upadki. Ale nie bałam się tego. Za dużo przeszłam w Lublinie. Moim zadaniem było wspomóc zespół doświadczeniem, bo tego faktycznie brakowało. Zdobyłyśmy awans do superligi. Wróciłam do formy.
– Pamiętam tę prezentację. Pamiętam to zapewnienie. Byłyśmy nieco zszokowane, bo była to poważna deklaracja. No, nigdy głośno o tym nie rozmawiałyśmy w szatni. Cel był, ale to był zupełnie nowy zespół. Złożony z wielu zawodniczek różnych narodowości. Była bariera językowa, podejście każdej z nas do treningów i meczów było zupełnie inne. Tworzyłyśmy fajny team, dobrze byłyśmy przygotowane do sezonu, ale finalnie nie wszystkie udźwignęłyśmy presję. Zwłaszcza dla młodych. Zaraz na początku przegrałyśmy cztery mecze z rzędu, aż przyszedł przełom w Koszalinie. Pamiętam ten mecz do dzisiaj. Wygrałyśmy jedną bramką[paywall].
– Fakt. Jednej bramki. Mogłyśmy przegrać czterema bramkami, a przegrałyśmy pięcioma. Cóż, taki jest sport.
– To prawda. Znowu nowy zespół, nowe twarze. Sztab szkoleniowy starał się bardzo, my podobnie. Dalej nam w uszach pobrzmiewała owa deklaracja o medalu. Tym bardziej, że to nie był wówczas, moim zdaniem, zespół na medal.
– Trudne pytanie z perspektywy zawodniczki. Trochę wziąć z jednego, trochę z drugiego. Moim zdaniem, najlepszym trenerem, z którym pracowałam, to Robert Lis. To trener, który już wiele razy udowodnił, że ma pomysł na każdy zespół. Trener Møistad pokazał nam, że nasze limity jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne są znacznie większe niż same o tym byłyśmy przekonane. Potrafił bardzo zmotywować. Trener Kubisztal miał luźniejsze podejście, więcej nam wierzył. Ale to także bardzo potrzebne. Z tym, że taka postawa nie do końca miała przełożenie na młode, niedoświadczone zawodniczki.
– To była łatwa decyzja. Miałam ją podjąć sezon wcześniej, ale wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, że jeszcze rok pogram. Potem, po pół roku, znowu wróciłam. Potrzebował mnie zespół. Odpowiedzialność za te młode dziewczęta wzięła górę. Na początku niw oglądałam żadnego meczu. Kiedy zaczęłam oglądać, wiedziałam, że same sobie nie poradzą. Wiedziałam, że mogę z siebie jeszcze trochę dać. Miłość do piłki ręcznej nigdy się nie kończy.
– To był bardzo mocny cios. Walczyliśmy do ostatniego dnia, bo mimo definitywnego zakończenia kariery, pozostałam w klubie i z zespołem. Zobaczyłam, jak to wygląda z drugiej strony, zwłaszcza tej organizacyjnej. Padło pytanie: co dalej? Czy ja zadałam sobie podobne? Tak. Jarosław jest moim drugim sportowym domem, choć mieszkam w Rzeszowie. Nie miałam żadnych wątpliwości, aby pomóc w tym bardzo trudnym czasie. Bardzo pomogła mi w tym moja rodzina. Wszystko jednak sprzysięgło się przeciwko nam. Nie mieliśmy hali, nie mieliśmy pieniędzy, nie mieliśmy zawodniczek do gry. Szkolenie kompletnie leżało. Były i są chętne dzieci, ale nie było potem kontynuacji. I wciąż nie ma, ale chcemy to zmienić. Tu jest największy problem piłki ręcznej w Jarosławiu.
– Dziewczęta, które grały sezon wstecz, przeszły do Sośnicy Gliwice. Przed startem sezonu usiedliśmy ze zwykłą kartką papieru i na niej wypisaliśmy zawodniczki, na które mogliśmy liczyć. Niewiele wpisaliśmy. Ale powiem szczerze: to nie było aż tak ważne jak to, żebyśmy w ogóle wystartowali. Na pierwszym treningu miałam cztery, pięć dziewczyn. Trenować mogłyśmy dwa, trzy raz w tygodniu. To niemożliwe, aby w ten sposób utrzymać jakiś tam poziom. Miałyśmy wielkie zaległości techniczne, taktyczne, motoryczne i tak dalej. Do pewnego momentu nie mieliśmy bramkarki, więc podczas treningów rzucałyśmy do pustej bramki. Wypadało siąść i płakać. Jak miałam pokazać tym nielicznym chętnym, że mimo wszystko są jakieś plusy, kiedy doskonale wiedziałam, że ich nie ma. Ale podjęłyśmy wyzwanie. Wszyscy zaczęliśmy uczyć się cierpliwości, mentalności, koncentracji i… nadziei.
– Na dłuższą metę tak się nie da. Serdecznie dziękujemy za gościnę przede wszystkim Szkole Podstawowej numer dwa, gdzie miałyśmy możliwość trenowania, raz, dwa razy w tygodniu. W Sieniawie miałyśmy pierwszy mistrzowski mecz w sobotę, a dopiero dzień wcześniej hala została pozytywnie zweryfikowana pod kątem gry. Było naprawdę bardzo ciężko. Większość dziewczyn grała na zasadach czysto amatorskich, ale nielicznych staraliśmy się pozyskać jakieś pieniądze. Nie bez znaczenia była pomoc miasta.
– Jakbym powiedziała, że nie było takich momentów, że miałam stalowe nerwy, skłamałabym. Choćby po takich meczach jak ten z zespołem z Marków czy tym ostatnim, z Warszawianką. W tym pierwszym od szóstej minuty musiałyśmy sobie radzić bez bramkarki, bo jedyna dostała czerwoną kartkę i do końca między słupkami stała zawodniczka z pola. Przegrałyśmy bardzo wysoko. Ręce opadały. Optymizmem powiało w meczu z Rzeszowem, kiedy wystąpiłyśmy w pełnym składzie. Przegrałyśmy, ale wyglądało to o niebo lepiej.
– Mogło być szóste. Zawaliłyśmy totalnie ostatnie spotkanie z Warszawianką. Zawsze patrzę, kto jest nad nami. Te zespoły były w zupełnie innym miejscu niż my. Ale były momenty, że o rozstrzygnięciu decydowały detale. Jak choćby jeden trening więcej w tygodniu czy jedna zawodniczka więcej w składzie. Obecnie dziewczęta są w fazie roztrenowania. Mają rozpisane zajęcia i je realizują. Teraz zabraliśmy się za poprawę organizacji klubu. Mamy ogromną nadzieję, że wreszcie wrócimy na swoją halę. Zaczęliśmy budowę nowego zespołu.
– Tak, to prawda. Hania i Ola Leśniak zdecydowały się na grę w superligowej Sośnicy Gliwice. Tam wraca także Maja Tukaj. Mamy już jednak konkretne zastępstwo. Budujemy zespół pod tą ligę. Już ją poznaliśmy, więc dobieramy zawodniczki pod konkretne zadania i potrzeby.
– Jesteśmy już po podziale pieniędzy. Dostaliśmy pięćdziesiąt tysięcy złotych mniej niż przed zeszłym sezonem. Jest jednak grupa osób mega zmotywowanych, zaangażowanych, zdeterminowanych. Chcemy zupełnie przeorganizować szkolenie młodzieży. Nasze młodziczki zagrały w tym roku w 1/16 mistrzostw Polski. Wiemy, że to proces. Ale nie ma łącznika między nimi a pierwszą ligą. Ta to dla nich jeszcze za wysokie progi. Wiadomo nie od dzisiaj, że będąc w superlidze i mając pieniądze, bardzo łatwo zorganizować sobie armię zaciężną. Ale to krótkowzroczność.
– W marzeniach chciałbym mieć w okresie przygotowawczym dwadzieścia zawodniczek. Realnie jednak dopinamy skład, który będzie liczyć kilkanaście dziewcząt. Nie chcę jeszcze odkrywać wszystkich kart. Chcemy zupełnie zmienić oblicze, chcemy pokazać, że mimo kłód rzucanych pod nogi, mimo ogromu problemów, że można. Że mimo tego, iż wciąż jesteśmy traktowani po macoszemu, piłka ręczna w Jarosławiu nie zginie, iż stworzymy zespół, który zaskoczy niejednego. Chcemy to zrobić dla naszych niesamowitych kibiców, którzy byli z nami w minionym sezonie na dobre i na złe. Byli na meczach w Sieniawie, byli w Cmolasie. Ogromne podziękowanie dla nich. Gramy dla nich, gramy dla Jarosławia i nie dopuścimy do tego, aby piłka ręczna znikła.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze