Serowarzy z Gruszowej w gminie Fredropol udowodnili, że na Podkarpaciu można robić sery na światowym poziomie, które nie ustępują smakiem tym produkowanym z mleka krów z alpejskich łąk. A wszystko wzięło swój początek z potrzeby chwili i chęci zamiany życia w miejskim zgiełku na spokojny wiejski azyl.
Szwajcaria to prawdziwy raj dla smakoszy serów. Kraj ten słynie z produkcji jednych z najlepszych na świecie, a ich różnorodność zachwyca najbardziej wymagających koneserów. Właśnie tam, dokładnie w Bernie, odbył się niedawno konkurs World Cheese Awards, w którym o miano najlepszych serów na świecie zawalczyli miedzy innymi serowarzy z Gruszowej – urokliwej miejscowości w powiecie przemyskim. Jury składające się z 265 sędziów oceniło w tej rywalizacji aż 5244 sery z 46 krajów z 6 kontynentów. Jednym z polskich reprezentantów była serowarnia „Swoboda”, która – jak mówią miłośnicy dwóch kółek – robi sery smaczniejsze niż bieszczadzkie drogi na motocyklu. Jej właściciel Grzegorz Stepaniak nie kryje dumy z faktu, że udało się mu wraz z żoną doczekać momentu, kiedy jeden z serów będący owocem pracy w gospodarstwie otrzymuje miano drugiego najlepszego sera na świecie!
– Takie medale cieszą serowara nie mniej jak sportowca medal na olimpiadzie – mówi.
Reklama
Chodzi o ser „Koza Górska” z mleka koziego, który w konkursie World Cheese Awards w Szwajcarii wywalczył srebrny medal w kategorii „gruyère”. Z kolei „Grojerowi Bieszczadzkiemu” z mleka krowiego zabrakło jedynie jednego punktu do brązu. Takie wyróżnienie cieszy serowarów z Gruszowej szczególnie, bo World Cheese Awards to największy serowy konkurs na świecie, zapoczątkowany w 1988 roku. Udział w nim był dla pana Grzegorza wielkim wyzwaniem i spełnieniem marzeń. Specjaliści oceniali w rywalizacji różne aspekty serów, w tym wygląd skórki, aromat i konsystencję. Zwycięzcą okazał się dojrzewający przez 18 miesięcy szwajcarski Gruyère z górskiej mleczarni Vorderfultigen nagrodzony tytułem World Champion[paywall].
Jak udało się panu Grzegorzowi uczynić z pasji sposób na życie? – Nasze sery to produkcja rodzinna. Zajmujemy się tym wraz z żoną od dwunastu lat, choć na poważnie w zasadzie od sześciu. Mamy też swoje zwierzęta. Dziś jest to nasz sposób na życie i źródło dochodu. Nie jest to łatwy chleb, ale czerpiemy z tego sporo radości. Sery robimy z mleka koziego pozyskanego od własnych kóz i krowiego kupowanego od znajomych gospodarzy. A skąd pomysł, by się tym zająć? Z potrzeby chwili. Oboje z żoną pochodzimy z miasta, a w naszych rodzinach nigdy nie było tradycji serowarstwa. Mieszkaliśmy w Przemyślu, ale w którymś momencie zapadła decyzja, że przenosimy się na wieś. Gruszowa leży 25 km od Przemyśla, to przepiękna okolica. Tu osiedliśmy – opowiada G. Stepaniak.
– Sery tak naprawdę pojawiły się w naszym życiu za sprawą naszej średniej córki. Miała alergię pokarmową, a my mieliśmy przy domu sporo przestrzeni. Pomyśleliśmy o kozim mleku, które może się świetnie przysłużyć alergikowi. Stąd pojawiły się u nas dwie kozy i tak się to wszystko zaczęło. Gospodarstwo nam się z czasem rozrosło – przybyło kóz i mleka. Trzeba było coś z niego robić. Prostym pomysłem okazał się ser. Najpierw robiliśmy sery na własne potrzeby, potem rozchodziły się wśród rodziny i znajomych, aż w końcu – po przejściu odpowiednich szkoleń – zdecydowaliśmy się zajmować serowarstwem profesjonalnie. Pomysł chwycił i tak trwamy w tym do dziś – kontynuuje nasz rozmówca.
Przy rozwijaniu pasji potrzebna jest wiedza. Ta z internetu niekoniecznie wystarcza. Pomocą służyli serowarom praktycy z Polski i z zagranicy.
– Na początku robiliśmy sery tradycyjne, świeże, ale przyszła pandemia i ona zmusiła nas do produkcji serów długodojrzewających. Klient w tym okresie trochę nam uciekł, bo ludzie bali się wychodzić. Zbyt się zatrzymał, a produkcja przecież trwała. To pchnęło nas w tym kierunku. Można powiedzieć, że paradoksalnie pandemia nam pomogła. Dziś większość naszych serów to te długodojrzewające – mówi pan Grzegorz.
Jak dodaje, do serów nie można podchodzić w sposób stricte biznesowy. To po prostu styl życia.
– Mając swoje zwierzęta i działając w przetwórstwie, trzeba się liczyć z tym, że praca zajmuje 7 dni w tygodniu, a wyjazd na wakacje całą rodziną może być problemem. Pasja wymaga poświęceń, ale daje wolność i sporo satysfakcji. Biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie hodowaliśmy z żoną zwierząt i byliśmy mieszczuchami, którzy nawet w dzieciństwie nie mieli wiele kontaktu z wsią, życie, jakie sobie w pewnym momencie wybraliśmy, było dla nas ogromną zmianą. Ale ma wiele plusów – śmieje się nasz rozmówca.
– Biorąc na szalę życie w mieście i na wsi i porównując plusy i minusy obu opcji, mimo przychodzących czasem chwil zmęczenia, wybieram to drugie. Lubimy żyć swoim rytmem, bez presji czasu i według własnych zasad. Praca ze zwierzętami też potrafi koić stres i mieć na nas pozytywny wpływ – podsumowuje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze