„40 lat minęło jak jeden dzień” – pewnie ten motyw powtarzany był często podczas jubileuszowego spotkania maturzystów z rocznika 1982. Klas I Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu. Klas wyjątkowych, bo nie dość, że od tylu lat nie stracili ze sobą kontaktu (co nieczęsto się zdarza), to jeszcze – a może przede wszystkim – na szerokie wody wypłynęli dzięki nim choćby biskup pomocniczy Archidiecezji Przemyskiej Krzysztof Chudzio, doskonale znany komentator sportowy Przemysław Babiarz, czy były, wieloletni prezydent Przemyśla Robert Choma, ale i wiele innych zacnych osób.
Rozmowa z absolwentem klasy matematyczno-fizycznej I LO im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu (rocznik’82) Robertem Chomą.
Trudno było się spotkać po latach? Rozpoznaliście się Państwo?
– Przymierzaliśmy się do tego wydarzenia już od zeszłego roku. Mniej więcej w listopadzie. Największą trudnością była pandemia. Mamy swój specjalny komitet, który zajmuje się organizacją zjazdów od wielu lat. Spotykamy się co pięć lat. Teraz, przed 40-leciem matury, chcieliśmy, aby przybyło nas jak najwięcej. Potrzeba była spora determinacja. Na cztery klasy, jedna nie wzięła tylko udziału. Zjechali się z Polski i ze świata. Były choćby dwie koleżanki, jedna z Chicago, druga z Nowego Jorku. Większość nie miała problemów z rozpoznaniem koleżanki czy kolegi. A jeśli już, to była chwila, podanie imienia i po sprawie. Zresztą, mieliśmy specjalne plakietki[paywall].
Jaki to był rocznik, jakie klasy? Czy zapowiadało się, że wiele osobistości z niego się „narodzi”?
– Z tą zacnością bym nie przesadzał. Oczywiście są osoby mniej lub bardziej rozpoznawalne, ale wszyscy jesteśmy przede wszystkim normalni. Nie wywyższający się. Nikt nie zadziera nosa. No, Przemek jest najbardziej rozpoznawalną twarzą, którą znają wszyscy. Jadąc w Bieszczady, zatrzymywaliśmy się przed kilkoma sklepami. Kiedy weszliśmy, padało w jego kierunku jedno pytanie: to pan? Przemek na to z szerokim uśmiechem: to ja! Zdjęć, autografów nie było końca. Nikomu nie odmówił. W naszej klasie były miłości, były złości. Jak w każdej. Jak normalni nastolatkowie. Wyszło z tego jedno klasowe małżeństwo.
Bez wchodzenia w wyjątkowe szczegóły: jak wyglądało spotkanie po latach?
– Dużo opowiadaliśmy o sobie. O swoich losach, rodzinach. Nie mogliśmy się nagadać.
Chuliganiliście? Jakie było najdziwniejsze, najzabawniejsze zdarzenie podczas tych kilku lat?
– Często byliśmy wyczytywani na apelach. Po pierwszej klasie zrezygnowała nasza wychowawczyni, bo nie dała rady. Przyszła nowa pani, pani profesor Błachut i na pierwszej lekcji powiedziała, że przybyła do nas z zawodówki, że nie z takimi dawała sobie radę, zapowiadając iż z nami spokojnie sobie także da. Kiedy było trzeba, pomagała, kiedy było trzeba, dostawaliśmy potężną burę. Bardzo się zżyliśmy. Do dzisiaj pamiętam sytuację, że na wejście jednego z profesorów połowa z nas dostała zachowanie. Na pytanie za co, usłyszeliśmy, że za nic, ale że teraz będziemy pokorniejsi, bo drugie zachowanie na tej samej lekcji wiązało się z potężnymi konsekwencjami. W drugiej klasie wyczytywali nas jako klasę najlepszą pod względem nauki, i najgorszą pod względem zachowania. Najfajniejsze są te opowieści, zdarzenia, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Które po prostu nie nadają się do publikacji. Sporo takich było. Raz uciekliśmy cała klasą, a niebawem mieliśmy jechać na wycieczkę. Wychowawczyni oddała ją innej klasie, a my zostaliśmy w szkole. Wówczas postanowiliśmy sobie, że nigdy więcej. Dyskoteki były nielegalne. Ale zrobiliśmy. Dyrektor zamknął nas za specjalną kratą, ale pan woźny wypuścił nas jakimś małym okienkiem.
Maturę zdawaliście w 1982 roku. To był bardzo trudny czas w Polsce.
– To prawda. Stworzyliśmy pierwszy szkolny kabaret, ale szkoła ingerowała nawet w teksty piosenek. Wspólnie wystąpiliśmy z szeregów Harcerskiej Służby Polski Socjalistycznej. To był wówczas ewenement na krajową skalę. Kolor krajki nam się nie podobał. Studniówka w stanie wojennym była wyjątkowa i nigdy jej nie zapomnimy. Odbyła się w auli popularnego Słowaka. Kto był, wie jak ta aula wygląda. Tam musiały zmieścić się cztery klasy z osobami towarzyszącymi. Tam tańczyliśmy poloneza. W klasach spożywaliśmy różne produkty. Studniówka trwała od godziny 15 do godziny 21. Potem była godzina policyjna. Ale przedłużyliśmy sobie imprezę na domówkach. I kiedy dzisiaj porównuję to do szaleństw związanych choćby z poszukiwaniami odpowiednich lokali, kreacji, to nie ma porównania. To oczywiście znak czasu, ale jestem więcej niż pewny, że tamta studniówka była o wiele bardziej naturalna niż obecne.
Jak wspominacie Państwo nauczycieli? Jak wówczas wyglądała edukacja? Z pewnością była większa kindersztuba...
– Był szacunek dla nauczycieli i poważanie tego zawodu. Nauczyciel był autorytetem. Podczas zjazdów wspominaliśmy wielu. Byli tacy, którzy z chęcią przyszli na nasze spotkanie. Miło było słyszeć od nich, że są wciąż młodzi dzięki nam. Mówili, że żyją wspomnieniami o nas. To były bardzo naturalne i prawdziwe słowa. Kindersztuba obowiązywała, nie była na pokaz. Pewne zachowania, odzywki, żarty nie przekraczały pewnych ram. Nie mówiąc o kulturze osobistej, która w żadnym wypadku nie była wyidealizowana. Profesura także nie przekraczała pewnych granic dobrego smaku.
Co dalej?
– Nie zamierzamy na tym poprzestać. Na spotkaniu ustaliliśmy, że za rok robimy wspólne, okrągłe urodziny. Wszak wszyscy będziemy kończyć 60 lat!

fot.ze zbiorów Roberta Chomy
Studniówka 1982 r. Aula I Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze