Gdy Natan Bojek leżał już w wykopanym dołku i ksiądz zakończył swe powinności, grabarz zaczął zsuwać ziemię. Nagle, ku zaskoczeniu obecnych, z dołu zaczęły wydobywać się jakieś szmery. Wszyscy żałobnicy drgnęli, wszyscy – tak opowiadano – z przestrachem rozpierzchli się na boki. Zapanowała konsternacja. Po krótkiej naradzie postanowiono wyciągnąć rzeko-mego nieboszczyka z trumny. Następnie półtrupa zaniesiono do domu.
W 1912 roku mieszkał w ubogiej chatce w Żurawicy Natan Bojek wraz z żoną. Zaglądała tam często bieda, toteż imał się chłop różnych zajęć. Dlatego we wsi zwano go zarobnikiem. Nie był to człowiek silny i zdrowy, bo od wielu lat chorował. Przyszła wiosna, źle się poczuł i legł do łóżka. Długo nie chorował, a śmierć przyszła nocą dość szybko i cicho.
Kiedy żona opłakiwała męża, przyszedł – według relacji Przeglądu Przemyskiego (1912 r. nr 17) miejscowy oglądacz bydła i jął obmacywać trupa (na wsi miał przyzwolenie do badania zmarłych ludzi). Kiedy przekonał się, że[paywall] nieboszczyk jest zimny i nieruchawy, wyjął jakiś papier i powagą urzędowej pieczęci stwierdził zgon. Potem rodzina zaczęła już czynić przygotowania do ostatniej posługi.
Wieczorem do chaty rodziny nieboszczyka przyszli krewni i sąsiedzi. Uklękli przy zmarłym, zmówili pacierze, a potem długo śpiewali pieśni nabożne. 27 kwietnia nadszedł dzień pogrzebu. Po trzech dniach trumnę zbitą z nieheblowanych desek położono na furmankę, a następnie żałobnicy wolnym krokiem udali się w kierunku pobliskiego cmentarza.
Gdy Natan Bojek leżał już w wykopanym dołku i ksiądz zakończył swe powinności, grabarz zaczął zsuwać ziemię. Nagle, ku zaskoczeniu obecnych, z dołu zaczęły wydobywać się jakieś szmery i – jak potem opowiadano – podniosło się wieko trumny. Wszyscy żałobnicy drgnęli, wszyscy z przestrachem rozpierzchli się na boki. Zapanowała konsternacja. Po krótkiej naradzie postanowiono wyciągnąć rzekomego nieboszczyka z trumny. Następnie półtrupa zaniesiono do domu.
Wieść o „zmartwychwstaniu” w tej wsi rozeszła się bardzo szybko po niemal wszystkich krajowych gazetach monarchii Austro-Węgier, a nawet przedostała się do prasy o szerszym zasięgu. Między innymi zamieszczono tę niecodzienną informację w formie telegramu w Neues Wiener Journal i Berliner Anzeiger. W ten sposób notatka prowincjonalnego Przeglądu Przemyskiego spowodowała niezwykłe zainteresowanie. Tym niecodziennym przypadkiem zainteresowali się również lekarze z Berlina i Wiednia. Oni to, ciekawi dokładniejszych szczegółów tego enigmatycznego przypadku, zwrócili się do lekarzy lwowskich z licznymi pytaniami. Ci ostatni zasięgnęli informacji w starostwie przemyskim.
Opisywane wydarzenie w Żurawicy miało drugą wersję, ale już oficjalną. Otóż w czasie zasypywania grobu grabarz miał usłyszeć odgłosy wydobywające się z trumny. Za pozwoleniem proboszcza wyciągnięto ją i otworzono. Zmarły leżał na wznak, tylko głowa w sposób dziwny była wykręcona, a usta zbyt rozchylone. Nie żył. W tej sytuacji z powrotem wylądował tam, gdzie było jego miejsce (Przegląd Przemyski 1912, nr 30).
11 kwietnia 1908 roku krakowskie Nowości Ilustrowane (nr 15) umieściły sensacyjny artykuł pt. Tragedya w trumnie (pisownia oryginalna). Otóż we wsi Maćkowice pod Przemyślem zmarł w podeszłym wieku Tymko Nowak i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po skończonych ceremoniach religijnych rodzina nieboszczyka i inni uczestnicy pogrzebu rozeszli się do domów. Pozostał tylko grabarz. Podczas zasypywania grobu usłyszał nagle jakiś głuchy łomot wydobywający się z głębi grobu. Przerażony, zamiast natychmiast odkopać grób, pobiegł do miejscowego proboszcza, aby go spytać o radę. Ten jednak odesłał go do żandarmerii. Grabarz istotnie zamierzał się tam udać. Jednak po drodze spotkał strażnika skarbowego i opowiedział mu o tym wydarzeniu. Obaj udali się czym prędzej na cmentarz, wyciągnęli trumnę i otworzyli wieko. Straszny widok przedstawił się ich oczom: nieboszczyk leżał z prawą rękę podłożoną pod głowę, twarz miał wykrzywioną cierpieniami, ubranie poszarpane, a ciało pokaleczone i pogryzione. Nie żył. Scena ta została przedstawiona na powyższej ilustracji.
Rzekome zmartwychwstanie nieboszczyka w Żurawicy i Maćkowicach stały się wówczas przyczynkiem do napisania przez znawców medycyny kilku rozpraw naukowych na temat śmierci klinicznej. Brak widocznych oznak życia u człowieka (bicie serca, tętno, oddychanie, krążenie krwi) według ówczesnej wiedzy traktowano równoznacznie z jego śmiercią biologiczną.
Tłumaczono, że w stanie śmierci pozorowanej mogła być zachowana jednak aktywność mózgu, dlatego pochowany mógł wyzionąć ducha dopiero w grobie. Nawet dziś nauka tego nie wyklucza. Niewykluczone, że oglądacz bydła postawił złą diagnozę. Inni lekarze uważali, że ciało nieboszczyka wróciło do „życia” w efekcie tzw. syndromu Łazarza, który polega na powrocie krążenia w martwym ciele. Jest to odruch rdzeniowy, a mózg nie bierze w tym udziału.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze