W rocie ślubowania, które składają funkcjonariusze Straży Granicznej, w punkcie określającym obowiązki pogranicznika w czasie służby i poza nią, nie ma mowy o sytuacji, w jakiej znaleźli się plutonowy Łukasz Janiec i jego kolega – kapral Bogdan Brzuzan z placówki w Korczowej.

fot.serwis BiOSG
Plutonowy Łukasz Janiec.
– To było rankiem trzeciego grudnia. Wracaliśmy z kolegą z nocnej zmiany – opowiada plutonowy Janiec.
– Ja mieszkam w Leżajsku, a kolega w Giedlarowej. Około ósmej pięćdziesiąt przejeżdżaliśmy przez Tryńczę i zobaczyliśmy gęsty dym i płomienie wydobywające się z komina i niewielkiego domu. Dymu było tak dużo, że[paywall] musieliśmy zwolnić. Wyglądało to na pożar. Zatrzymaliśmy auto na poboczu i weszliśmy na posesję. Zapukaliśmy do drzwi, żeby sprawdzić, czy ktoś jest w domu i czy nie zagraża mu niebezpieczeństwo. Nikt nie otworzył, więc zapukaliśmy jeszcze mocniej w drzwi i okno. Dopiero wtedy otworzyła nam starsza kobieta. Wewnątrz też było dużo dymu. Kobieta wyglądała na oszołomioną i widać było, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje. Kolega wyciągnął ją na zewnątrz, żeby się nie zaczadziła i przejrzeliśmy wszystkie pomieszczenia, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie ma w nich jeszcze kogoś. Na szczęście nie było. Wtedy wezwaliśmy straż pożarną i pogotowie. Przyjechali strażacy i zajęli się gaszeniem, a lekarz osiemdziesięcioletnią kobietą, która po kilku minutach przebywania na świeżym powietrzu poczuła się dobrze i odmówiła pomocy. To cała historia – kończy plutonowy Janiec.
W listopadzie na ręce komendanta BiOSG, pułkownika Piotra Patli, wpłynęły podziękowania od ojca nastolatka, któremu funkcjonariusze z placówki w Wojtkowej udzielili pierwszej pomocy po wypadku, któremu uległ. Chłopak, kierując samochodem, wpadł w poślizg i rozbił auto. Kiedy funkcjonariusze natknęli się na niego, był w szoku. Nie wiedział, gdzie jest ani dokąd idzie. Potem się okazało, że błąkał się w odległości pół kilometra od domu.
Funkcjonariusze udzielili mu pierwszej pomocy, następnie udało się im ustalić numer telefonu do jego rodziców i powiadomić ich o sytuacji syna. Parę miesięcy wcześniej ich koledzy z tej samej placówki pomogli motocykliście, który zasłabł na leśnej drodze w okolicy Arłamowa , a na dodatek zepsuł mu się motocykl. Mężczyzna przyznał, że jest poważnie chory i sam nie był w stanie naprawić dwuśladu. Poskarżył się też, że żaden z mijających go kierowców nie zareagował i nie zatrzymał się, dopiero funkcjonariusze pomogli i historia skończyła się happy endem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze