Reklama

20 lat minęło od największego sukcesu w historii przemyskiego sportu

08/04/2015 12:03

KOSZYKÓWKA. Aż nie chce się wierzyć, że to było tak dawno... Niebawem minie dokładnie dwadzieścia lat od zdobycia przez koszykarzy Polonii Przemyśl tytułu wicemistrzów Polski! To był największy jak do tej pory sukces w historii gier zespołowych w Przemyślu. Jednym z głównych autorów tego był bez wątpienia jego trener Tomasz Służałek. Jak po 20 latach wspomina tamte czasy?

Co zdecydowało o tym, że w sezonie 1993 – 1994 przyjął pan ofertę Polonii Przemyśl? Mogłoby się wydawać, że prowadzenie zespołu grającego w ówczesnej drugiej lidze było zajęciem poniżej aspiracji dość znanego szkoleniowca...

– Miałem wówczas przerwę w pracy, nie byłem zatrudniony przez żaden klub. W Przemyślu występował Justyn Węglorz, którego wiele lat prowadziłem w Zagłębiu Sosnowiec, a w tamtym sezonie wrócił do gry po poważnej kontuzji. Polonia miała silny skład, po którym spodziewano się, że będzie w stanie awansować do I ligi (obecnie ekstraklasa – przyp. autor). Jednak w styczniu 1994 roku zespół zajmował bodajże trzecie miejsce, wobec czego cel postawiony przed drużyną oddalał się. Wówczas skontaktowali się ze mną prezes Polonii Stanisław Gembarzewski i wiceprezes Józef Lewicki. Spotkaliśmy się w Przemyślu, przedstawiono mi cel – awans do I ligi, który bezpośrednio uzyskiwał tylko triumfator rozgrywek. Lubię trudne wyzwania, więc zdecydowałem się przyjąć ofertę. Przed rozpoczęciem pierwszego meczu w roli trenera, jaki rozgrywaliśmy we własnej hali, powitano mnie bardzo pozytywnie – gdy spiker wyczytał moje nazwisko podczas prezentacji, widzowie wstali i długo bili brawo. Moim asystentem został dotychczasowy pierwszy trener Mariusz Zamirski, w sztabie pozostał także nieżyjący już Andrzej Nanuś. Chciałem, aby zostali przy zespole, ich wiedza na temat zawodników była bardzo pomocna i świetnie mi się z nimi współpracowało. Kolejne spotkania wygraliśmy, pięliśmy się w górę tabeli i przy sprzyjających wynikach innych gier, ostatecznie zajęliśmy pierwsze miejsce w sezonie zasadniczym, co dawało atut własnego boiska w fazie play-off (każda runda była wówczas rozgrywana do dwóch zwycięstw – przyp. autor). Weszliśmy do finału, gdzie naszym rywalem był Start Lublin. Najpierw graliśmy na wyjeździe – po wywalczonym w Lublinie zwycięstwie znajdowaliśmy się już tylko o krok od awansu do I ligi, mając w perspektywie mecz na naszym parkiecie. Było to wielkie święto dla całego miasta, do hali przyszedł nadkomplet widzów. Wygraliśmy wyraźnie i zapanowała ogromna radość. Polonia pod moją wodzą przegrała tylko raz – w półfinale play-off.

Tymczasem rzeczywistość przerosła te wyobrażenia.

– Zgadza się. Nie sądziłem, że moja współpraca szkoleniowa z trenerem Zamirskim przyniesie tak znakomite efekty. W zespole była bardzo dobra atmosfera. Całe miasto żyło koszykówką. Hala była całkowicie wypełniona na każdym spotkaniu, kibice znakomicie nas dopingowali, będąc wręcz naszym szóstym zawodnikiem. Takiego wsparcia dla swojej drużyny jak w Przemyślu, nie było wówczas w żadnej innym mieście. Bardzo wiele osób przychodziło też na nasze treningi. Praca w takich warunkach była wielką przyjemnością.

Reklama

Zanim rozpoczął się sezon ligowy, Polonia wystartowała w Pucharze Koraca. Czy uważa Pan, że ta decyzja była słuszna?

– Jak najbardziej. Sam namawiałem władze klubu, aby zgłosić się do tych rozgrywek. Po przejściu pierwszej rundy, graliśmy z Arisem Saloniki. Mecz w Przemyślu był znakomity, mocno przeciwstawiliśmy się tej bardzo utytułowanej drużynie. Doskonale pamiętam do dziś – jak zapewne wielu kibiców Polonii – że kiedy byliśmy na fali i wyszliśmy na prowadzenie, nagle w hali zgasło światło, więc sędziowie przerwali grę na około 10 minut. Ostatecznie przegraliśmy różnicą 6 punktów, a trzeba przypomnieć, że Aris należał w tamtym czasie do europejskiej czołówki. Na rewanż pojechaliśmy bez kontuzjowanego Thomasa, a mimo to udało nam się wygrać dwoma punktami! Do sensacyjnego awansu zabrakło niewiele, w końcówce Królik nie trafił rzutów wolnych. Po zakończeniu spotkania kibice rzucali w nas monetami, a działacze Arisu nie pojawili się na pomeczowej kolacji. Byli bardzo rozczarowani, bo nie sądzili, że jakaś mało znana drużyna z Polski potrafi zwyciężyć na ich boisku.

Reklama

Kolejne zwycięstwa ligowe powodowały, że Polonia szybko usadowiła się w ścisłej czołówce tabeli. Czy działacze postawili wówczas przez Panem zadanie walki o medal albo nawet tytuł mistrzowski?

Jak wspomniałem – początkowo lokalne media sceptycznie podchodziły do naszego startu w I lidze. Natomiast działacze nie wtrącali się do budowy składu ani nie ingerowali w to, co się dzieje w zespole. Wszystko na spokojnie ustalałem z prezesem Gembarzewskim i wiceprezesem Lewickim. Podpowiadałem im też trochę w zagadnieniach organizacyjnych, bo pod tym względem wyglądaliśmy gorzej niż wyniki drużyny. Jako przykład podam, że bodajże na pierwszy wyjazd mieliśmy wybrać się bardzo starym autobusem, może nawet 30-letnim. Amerykanie byli tak zdumieni, że tylko do niego weszli i zaraz wyszli. Staliśmy się postrachem dla wszystkich rywali. Choćby tak cenione wówczas ekipy, jak Śląsk Wrocław, Stal Stalowa Wola, Stal Bobrek Bytom czy Lech Poznań musiały pogodzić się z wysokimi porażkami w naszej hali. W drugiej rundzie sezonu zasadniczego ten sam los spotkał jednego z faworytów, czyli Mazowszankę Pruszków. Byliśmy niepokonani u siebie, odnosiliśmy również ważne wygrane na wyjazdach, dzięki czemu cały czas plasowaliśmy się na pierwszym lub drugim miejscu. Po zwycięstwie w Przemyślu z Nobilesem Włocławek zapewniliśmy sobie pozycję lidera przed fazą play-off. Taki rezultat osiągnięty przez beniaminka ekstraklasy był sporym zaskoczeniem dla wielu osób interesujących się polską koszykówką.

Reklama

Wówczas Polonia stała pod ścianą, gdyż aby zachować realne szanse na tytuł, musiała wygrać dwie kolejne potyczki, do których doszło w hali przy ul. Mickiewicza. Jednak już w pierwszej z nich zdecydowanie lepsi okazali się rywale. Kibice zareagowali wówczas bardzo negatywnie, oskarżając pana i zawodników o sprzedanie meczów.

– Przemyśl jest specyficznym miastem. Balon nadmuchany był tak mocno, że w pewnym momencie wszyscy w mieście spodziewali się wyłącznie zdobycia mistrzostwa. Tonowałem te nastroje, ale niewiele to dało, bo oczekiwania były już maksymalne. Po dwóch porażkach ktoś puścił plotkę, że podobno widziano, jak koszykarze wybierali samochody, które mieliby dostać w zamian za odpuszczenie walki! Dochodziło do niemiłych sytuacji – zawodników wyzywano na ulicy, a ja zostałem wprost zapytany przez jedną z sąsiadek, za ile sprzedałem te mecze, zniszczono też moje auto. To był kompletny nonsens, mający, niestety, swoje odzwierciedlenie przy okazji trzeciego i czwartego spotkania. Przy wyjściu do prezentacji kibice Polonii obrzucili jajkami swoją drużynę! Dla moich graczy ta sytuacja była sporym szokiem. Nie mogli uwierzyć, że w tak ważnym momencie fani odwrócili się od nich. Zrobili przecież wiele dobrego podczas całego sezonu, zostawili tyle serca. Przegraliśmy trzeci mecz, w czwartym udało nam się odnieść wygraną, ale w Pruszkowie znów lepsza była Mazowszanka i to ona zdobyła tytuł. Zamiast cieszyć się po zdobyciu wicemistrzostwa Polski, w mieście zapanowała żałoba. Było to dla mnie niepojęte! Życzę, aby kiedykolwiek w Przemyślu powtórzony został taki sukces.

Reklama

Czy otrzymał pan ofertę pozostania w Polonii na kolejny sezon?

– Nie doszło do żadnych konkretnych rozmów z władzami klubu na ten temat. Działacze nie zrobili nic, aby mnie zatrzymać – dopiero po fakcie dowiedziałem się, że byli już wcześniej dogadani z Teodorem Mołłowem. Uważam, że gdybym trenował ten zespół w następnym sezonie i pozostaliby także wszyscy zawodnicy – a wyrażali taki zamiar – Polonia zdobyłaby tytuł. Nie chcę komentować tej sytuacji. Może być mi jedynie przykro, że tyle zrobiłem dla drużyny – pomogłem w awansie do ekstraklasy, gdzie następnie jako beniaminek zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski – i nie dano mi szansy, aby kontynuować pracę.

Reklama

Jak ważne było dla Pana zdobycie wicemistrzostwa Polski w 1995 roku, biorąc pod uwagę inne osiągnięcia w bogatej karierze trenerskiej?

– Cenię ten wynik bardzo wysoko. Awansowaliśmy do ekstraklasy, a gdy wiele osób wróżyło nam bardzo trudną walkę o utrzymanie, zdobyliśmy srebrny medal. Większym sukcesem były tylko dwa tytuły mistrzowskie zdobyte z Zagłębiem Sosnowiec – w 1985 i 1986 roku. Tamten zespół prowadziłem jednak przez 10 lat, od III ligi, a w Przemyślu w dużo krótszym okresie udało się zbudować drużynę, która była w ścisłej czołówce.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    mk - niezalogowany 2015-09-03 10:59:36

    Pamiętam , mecze Polonii  były pokazywane w tv . Przemyśl miał swoje przysłowiowe"5" minut . Czy wróci?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama