Rzecz dzieje się w jednej z przemyskich kawiarni. Młody, wysoki, szczupły mężczyzna w okularach wyjmuje z kieszeni talię kart, kładzie je na dłoni i podnosi drugą rękę, a karty, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jedna za drugą unoszą się na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. – Jestem iluzjonistą – przedstawia się. – Koledzy nazywają mnie Butcher of Cards, co w języku angielskim znaczy rzeźnik kart.

fot.Jacek Szwic
Jakub prezentuje „anacondę”, jedną z bardziej efektownych sztuczek.
Jakub mieszka w Przemyślu. Ma siedemnaście lat, uczy się w technikum nr 4, na kierunku teleinformatycznym. – Bycie iluzjonistą nie jest[paywall] moją profesją. To pasja – wyjaśnia z uśmiechem, nie przestając się bawić talią kart. W kwietniu minie dwa lata, od kiedy zajmuję się iluzją. Przyznam, że zainspirowali mnie do tego koledzy z przemyskiej grupy „Triple Magic”. W tym, co robię, nie ma żadnej czarnej magii, żadnych oszustw. Iluzja polega na wywołaniu u widza wrażenia, że to, co widzi, jest pozornie sprzeczne z prawami fizyki. Można to osiągnąć poprzez zręczność, umiejętności manualne, manipulację, odpowiednie odwrócenie uwagi osób, którym prezentuje się sztuczki, czyli potrzeba trochę psychologii.
– To przede wszystkim godziny żmudnych treningów. Na początku poświęcałem na to kilka godzin dziennie – odpowiada Jakub na pytanie, jak dochodzi się do takich umiejętności.
– Oprócz tego podpatrywanie innych, kontakty z ludźmi, którzy się tym zajmują, uczenie się od nich, studiowanie specjalistycznych poradników. Zdarzało mi się brać udział w warsztatach „Magic session”, organizowanych w Krakowie i „Warsaw Magic Workshop”, na które zjeżdżają się iluzjoniści z całej Polski. Tam uczymy się nowych technik, ale każdy z nas stara się wypracować własny styl, własne sztuczki, których tajników raczej się nie zdradza. Do tego oczywiście dochodzi odpowiedni sprzęt, czyli karty. Mam dwanaście talii, na których pracuję, wszystkie pochodzą z amerykańskiej wytwórni, która produkuje karty najwyższej jakości, sklejone z trzech warstw, co zapewnia ich odpowiednią sprężystość i elastyczność. Żeby pokazać, na czym to polega, Jakub demonstruje, jak karty „przepływają” mu z jednej dłoni do drugiej, tworząc piękny wachlarz.
– Chętnie swoje sztuczki z kartami prezentuję w kawiarni lub na ulicy, co w kręgu iluzjonistów nazywane jest „close-upem”, czyli pokazywaniem z bliska, dla niewielkiego kręgu osób. Nie ukrywam, że mam dużą satysfakcję z tego, kiedy ludzie z podziwem patrzą na to, co robię z kartami. Obserwują kolejne sztuczki z niedowierzaniem i węszą jakieś oszustwo, którego oczywiście nie ma. Czasem, choć zupełnie się nie dopominam, zachwyceni nagradzają mnie drobnymi napiwkami, ale naprawdę największą radość mam z ich reakcji – dopowiada Jakub.
Na zakończenie pokazuje jeszcze kilka nieprawdopodobnych sztuczek karcianych, po czym, nie ukrywając zadowolenia z efektu, jaki osiągnął, chowa karty i żegna się.

fot.Jacek Szwic
Karty, jak zaczarowane, przepływają z ręki do ręki.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze