Jeśli wierzyć legendom, lochy czy podziemne korytarze w Kańczudze powstały jeszcze w czasie najazdów tatarskich. Można więc szacować, że mają jakieś 500 lat. O tym że są, wskazuje przebieg awarii sieci wodociągowej. Zazwyczaj bywa tak, że podczas pęknięć rur woda szybko bucha na powierzchnię. W Kańczudze jest inaczej. Woda ujście znajduje pod ziemią. W podziemnych korytarzach. Czasami wypłukuje ziemię spod budynków, powodując osunięcie gruntu. Pierwszy wypadek zanotowano już w 1966 roku. Czy jest szansa na ich zagospodarowanie?
Prawdopodobnie historia podziemnych korytarzy w Kańczudze rozpoczyna się w momencie zobowiązania mieszkańców miasteczka przez ówczesnego dziedzica tzw. klucza kańczudzkiego Mikołaja Pileckiego do tworzenia środków obrony – otaczania go murami obronnymi i wałami.
Wszystko oczywiście przez najazdy Tatarów.
Ze względu na małą liczbę mieszkańców do pracy zobowiązani zostali także okoliczni chłopi oraz służby dworskie. Do roboty zaangażowanych było tysiące rąk, drążono również głębokie lochy, a ziemię wykorzystano do budowy wałów.
Pewne jest, że Kańczuga, a szczególnie środek miasta, podkopana jest w różnych kierunkach: w kierunku plebani, kościoła, pod ogrodami wzdłuż[paywall] wałów od północy i południa oraz w poprzek. Tak, aby korytarze łączyły obie strony.
Dawne opowiadania (niesprawdzone) – przekazywane z pokolenia na pokolenie – mówiły, że lochy kopane były do kościoła św. Magdaleny, następnie północną stroną do św. Barbary oraz Sieteszy, do zamku w Chodakówce. Pierwsze wały gotowe były w 1540 r.
Tak opasane miasteczko zaczęło się rozwijać i powstawały z gruzów dawne domy, nowe przybywały w bardzo szybkim tempie, a mieszkańcy zachęceni opieką dobrego dziedzica z ochotą wracali do dawnych rzemiosł. Wały ograniczały rozwój przestrzenny, więc z czasem zaczęto rozbudowywać się poza ich obrębem.
Ciekawe spostrzeżenia na ten temat można przeczytać na facebookowej grupie „Łopuszka Wielka i Medynia Kańczudzka”. Pierwszym, który zainteresował się lochami, był ksiądz Jan Kudła, proboszcz miejscowej parafii.
W 1889 r. odręcznie napisał „Historię Miasteczka Kańczuga”. Jeden rozdział poświęcił lochom. Można tam przeczytać m.in.:
„(...) Co do lochów, to trudno oznaczyć, skąd właściwie wychodziły. To tylko pewna, iż Kańczuga, a szczególnie środek miasta, cały nimi podkopany. Pewna i to, że najwięcej było ich w Rynku, bo jeszcze do dzisiaj starożytne kamienice, jak pana Kellermana i dwie inne w rękach żydowskich się znajdujące, mają ogromne piwnice w różnych kierunkach biegnące. Opowiadają o nich mieszczanie, że dawniej były bardzo długie, że jedne z nich łączyły się z chodnikami zamkowymi, gdzie dzisiejszy folwark, drugie szły do kaplicy św. Magdaleny, trzecie za miasto w kierunku ku Sieteszy, do zamku w Chodakówce. Faktem jest, że jeszcze dzisiaj niektóre piwnice są bardzo długie i głębokie, a w całej swej długości niedostępne z powodu zabijającego powietrza (...)”.
Członkowie wspomnianej grupy z kolei napisali m.in.:
„(...) Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku przebudowywano drogę obok kościoła. Podczas kopania natrafiono na podziemny korytarz. Wychodził z kościelnych piwnic i prowadził ku Rynkowi. Ludzie mogli tam wejść i popatrzeć. Loch zasypano i na pewien czas sprawa przycichła (...).
Uboga w wodę kańczucka gleba chroni te podziemne korytarze. Mogłyby spokojnie istnieć i następne 500 lat, gdyby nie wodociągi, a właściwie ich awarie. Zwykle jest tak, że podczas pęknięć rur woda szybko pojawia się na powierzchni. W Kańczudze jest inaczej. Woda znajduje ujście w lochach. Powoli wypłukuje ziemię spod budynku i po pewnym czasie powoduje osunięcie gruntu.
Pierwszy wypadek zanotowano w 1966 r. W internacie w Rynku zwalił się strop jednej z sypialni. Ściana skrzydła budynku odsunęła się od głównej. Budynkowi groziło zawalenie. Zaniepokojone władze gminne powołały komisję.
Przyjechał spec od podziemi. Znalazł otwór wielkości 0,5 na 0,7 metra, wszedł do środka. Przeszedł 20, 30 metrów. Były tam również inne korytarze, na kilka metrów. W kolejnych latach wydarzyło się kilka mniejszych awarii.
W 1983 r., podczas remontu chodnika przy głównym skrzyżowaniu, uszkodzono wodociąg. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Podłoga i ściany pobliskiego domu zapadły się. Właściciel postanowił zbadać podziemia. Sam wywiózł ogromne ilości mułu. Na głębokości 4 metrów natrafił na sklepienie. Było ze starych cegieł, większych od dzisiejszych. Odkrył korytarz szeroki na 3 metry i wysoki na 2,20 i 2,40. Miał ok. 12 m długości. Od niego odchodził boczny korytarz.
Potem dziura pojawiła się w domu handlowym. W kamienicy przy ul. Św. Barbary też zrobiła się dziura w podłodze i pozapadały się wewnętrzne ściany. W 1993 r. dziura zrobiła się w środku pokoju w budynku przy ul. Mickiewicza. Miała ok. 4 metry głębokości (...)”.
W 2010 roku podczas przebudowy drogi Łańcut – Kańczuga, przy remoncie głównego skrzyżowania zrobił się kolejna sporych rozmiarów wyrwa. Dużo ludzi to widziało. Podczas prac w jednym miejscu w dziurę wpadła koparka.
W sumie jest kilka wejść, ale i wyjść, które znajdują się w prywatnych domach. Z dużym prawdopodobieństwem jedno z wejść, względnie wyjść może być m.in. w piwnicach domu po byłym pubie Grota.
Większość mieszkańców Kańczugi coś słyszała o tych korytarzach, względnie lochach. Mówią, że mogłaby być to bardzo ciekawa atrakcja turystyczna.
– Praktycznie z każdej kamienicy, która jest zabudową centrum miasta, wychodzą korytarze w stronę plant. Wszystko wskazuje na to, że podziemne korytarze ciągną się setkami metrów pod plantami oraz między kamienicami. Gdyby udało się to jakoś zagospodarować, byłaby wielka atrakcja.
Ale odrestaurowanie i zabezpieczenie dwupoziomowych korytarzy to nie lada wyzwanie, wiąże się to z ogromnymi nakładami finansowymi. Oprócz miasta, funduszy z Unii Europejskiej musiałoby się w to włączyć wielu inwestorów. Jak dla mnie jest to nierealne – powiedział jeden z nich.
Burmistrz miasta i gminy Kańczuga Andrzej Żygadło także wie...
– Wiem, że są, ale nie mamy w żaden sposób tego zewidencjonowanego. Nie wiemy, jak przebiegają, jak są głębokie i jak długie. Gdzie może być wejście, gdzie wyjście.
Kiedy byłem młodym chłopakiem, po szkole średniej, a było to około 1990 roku, na głównym skrzyżowaniu, tam, gdzie teraz są kwiaciarnie, wypadła spora dziura. Pracowałem wówczas w firmie budowlanej i zalewaliśmy ją betonem. Nie bardzo mi się chce wierzyć, aby prowadziły aż do zamku w Chodakówce. To byłby jakiś hardcore. Ukształtowanie terenu w stronę Sieteszy raczej wyklucza drążenie korytarzy aż tak daleko – uważa.
– Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jaką byłoby to atrakcją, gdyby udało się to zagospodarować. Kwoty są niewyobrażalne. Nie do uniesienia dla gminnego budżetu przez wiele lat. Musielibyśmy zacząć od szeregu badań, aby mieć punkt wyjściowy. Pewnie, że to kusi, ale muszę patrzeć realnie – podsumował A. Żygadło.

fot.ze zbiorów własnych
– Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jaką byłoby to atrakcją, gdyby udało się to zagospodarować. Ale wiem też, jakie ogromne pieniądze by to kosztowało – powiedział burmistrz miasta i gminy Kańczuga Andrzej Żygadło.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze