Przekonanie, że niektóre pokarmy działają niczym strzała kupidyna i mogą zbliżyć do siebie dwoje ludzi, istnieje od wieków. Wykorzystywane do przygotowywania potraw czy napojów mogą być naturalnymi metodami rozbudzania zmysłów i pożądania. Działają pobudzająco, również poprzez skojarzenia wzrokowe, zapachowe czy smakowe, a ich nazwa pochodzi od samej bogini miłości, Afrodyty. Dowiedz się, na jakie składniki postawić w walentynkową noc!
Pierwsze wzmianki o afrodyzjakach pochodzą z krajów o liberalnym podejściu do ludzkiej seksualności – starożytnych Chin, Indii, Egiptu czy Grecji. Egipcjanie za afrodyzjak uważali łagodną sałatę i koper włoski, Chińczycy – cynamon, żeń-szeń i imbir, Grecy – pietruszkę, orzechy włoskie i miód, a Rzymianie – pieprzną w smaku rukolę i aromatyczną kolendrę. Aztekowie wierzyli w libidotwórczą moc ziaren kakaowca, którymi miał się raczyć obficie sam król Montezuma tuż przed wkroczeniem do swojego haremu (dziś pewnie sięgnąłby po czekoladę). Co ciekawe, wzmianka o miłosnym ziele, pobudzającym zmysły korzeniu mandragory, pojawia się nawet w Starym Testamencie.
Zabawa w skojarzenia
W czasach Madame de Pompadour przekonania o rozbudzających libido właściwościach pokarmów wynikały zwykle ze skojarzeń, jakie budził ich wygląd. Za afrodyzjaki uważano warzywa i owoce o fallicznym kształcie (tj. szparagi, por, seler naciowy), ale też awokado, pulchne figi czy trufle. Mniej więcej w tym samym czasie rozniosła się po świecie wieść o niesamowitym działaniu owoców morza. Niezwykle popularnym afrodyzjakiem stały się ostrygi, które przed miłosnym podbojem tuzinami miał pochłaniać sam Giacomo Casanova, największy kochanek wszechczasów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze