Paweł Gradowski z Jarosławia walczy o tytuł Mistrza Kuchni w V edycji MasterChefa, kulinarnego programu realizowanego przez TVN. Jest kucharzem amatorem. Tak jak wszyscy uczestnicy programu.

– Kuchnią interesowałem się od najmłodszych lat. Przyglądałem się, jak gotuje babcia, mama. Podglądałem też ojca. Zawsze starałem się wtrącić coś swojego. Gotowanie to naturalna czynność wynikająca z potrzeby jedzenia – wspomina P. Gradowski. Pierwsze swoje danie przyrządził w wieku 12 lat. Był to ryż z kurczakiem i warzywami. Zapewnia, że wszystkim smakował.
Pochodzący z Kosienic, a obecnie mieszkający w Jarosławiu amator kuchni zajmował się w życiu różnymi sprawami. Z wykształcenia jest ekonomistą o specjalności rachunkowość bankowa. Grał w piłkę nożną i siatkówkę, a nawet prowadził klub sportowy. Jest[paywall] myśliwym, ale często, zamiast strzelby, poluje przy pomocy aparatu fotograficznego. Ostatnie cztery lata pracował w Niemczech na budowie. W wolnych chwilach gotował. Na własny użytek robi domowe wędliny i rozbudowuje pasiekę, która obecnie liczy 15 uli. – Chcę spróbować wszystkiego – podkreśla.
– Do programu startowałem już w IV edycji. Dostałem się wtedy do pierwszej 40. Kandydatów były tysiące. Na pierwszy casting pojechałem z już przyrządzonym daniem. Trzeba było je zaserwować. Sprawdzano też naszą wiedzę kulinarną, znajomość ziół, warzyw i owoców. Przyjechało mnóstwo ludzi wyłonionych w procastingach. To, że znalazłem się w czołówce, było dla mnie ogromnym sukcesem – wspomina. –Potem wystartowałem w piątej edycji. Wsparła mnie w tym żona. Wymarzony fartuch dostało 28 osób. Wśród nich byłem ja. Ogromna radość. Potem zostało nas czternastu. Finał coraz bliżej. Każdemu występowi towarzyszy stres i dużo emocji. Pracujemy pod presją czasu. Do ostatniej chwili nie wiemy, co nas czeka i z czym będziemy musieli się zmierzyć. Raz pracujemy wspólnie w drużynie. Innym razem indywidualnie – opowiada. Pamięta, jak przygotowywał sarninę. – Znam to mięso, ponieważ jestem myśliwym. Mój przepis na comber sarni marynowany w rumie można znaleźć na internetowej stronie programu – mówi.
– Program pomógł mi w podjęciu decyzji, by wrócić na stałe do Polski. Myślę nad tym, by swoją przyszłość związać z kuchnią. Podchodzę do tego spokojnie. Rozważam prowadzenie pokazów kulinarnych dla dzieci, które miały w życiu mniej szczęścia. Zawsze były mi bliskie dzieci niepełnosprawne, wychowankowie domów dziecka. To mnie cieszy i sprawia mi przyjemność – mówi P. Gradowski. – Chyba w końcu znalazłem swoje miejsce. Ten program potrafi zmienić życie. Żona mnie wspiera. Zawsze mogłem na nią liczyć, ale jest też wymagająca – dodaje. Finalista Masterchefa gotuje na co dzień w domu i musi się starać, bo efekty jego pracy są oceniane przez trzy kobiety. Żonę i dwie córki.
W programie chce pokazać tradycyjną staropolską kuchnię. Uważa, że kryje mnóstwo możliwości. – Poznałem sympatycznych, szczerych i fajnych ludzi. Niedążących za wszelką cenę do zwycięstwa. Myślę, że będziemy się kontaktować także po zakończeniu programu. Jurorzy też są sympatyczni, ale przy tym bardzo wymagający. Mają ogromną wiedzę kulinarną, a doświadczenie i znajomość kuchni Magdy Gesller to już bardzo wysoka półka.
– Dobrze mi szło, ale obawiam się, że mój czas w programie niedługo się skończy. Mimo tego uważam, że odniosłem sukces i co ważne znalazłem swoją drogę w życiu zawodowym. Chcę się związać z kuchnią – zapewnia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Dobrze mieć pozytywną pasję a do tego ktoś to docenia
Wygrał
Dobrze mieć pozytywną pasję a do tego ktoś to docenia