W Lubaczowie przy ulicy Hotelowej mieści się jeden z najstarszych zakładów fotograficznych w mieście. Swoją świetność przeżywał w latach osiemdziesiątych. Niemal każdy mieszkaniec ma w swoich albumach wykonaną tu fotografię. Miejsce leży trochę na uboczu i wciąż ma klimat starego atelier. O jego historię zapytaliśmy właściciela Janusza Zająca.
Ma Pan sporo aparatów analogowych, czy nadal Pan ich używa?
– Używałem, ale obecnie klientów mam mniej, a fotografia cyfrowa zabija tę klasyczną, analogową. Chociaż gdyby było zapotrzebowanie na taki rodzaj zdjęć, w każdej chwili mogę je zrobić. Mam cały sprzęt w ciemni.
Jak radzi Pan sobie na rynku wobec tak dużej konkurencji?
– Jest ciężko. Dawniej mieliśmy dużo zleceń od fotografów amatorów. Zdarzało się, że w tamtym czasie było nawet sto filmów dziennie do wywołania. A to też były ciężkie czasy. W „Fotoopyku” u pani Pamułowej trzeba było płacić ludziom za to, że stali w kolejce. Wtedy dostawaliśmy jedną rolkę filmu na zakład i co z tym można było zrobić? Jeden film to jedno wesele… Teraz to już każdy ma w domu aparat, niektórzy nawet telefonami zdjęcia robią.
W ten sposób kolejne magiczne miejsce w Lubaczowie powoli odchodzi w niepamięć. Zakład Pana Zająca wciąż jest atrakcją dla miłośników fotografii analogowej, bo sprzęt,y które się w nim znajdują, pomimo upływu czasu nadal są marzeniem wielu profesjonalistów jak i fotoamatorów. Szkoda tylko, że nie rozwinęła się moda na portrety zrobione na kliszy, bo jak to powiedział kiedyś słynny krakowski fotograf Jerzy Pirecki: „… klisza wywołana i utrwalona poleży sto lat, a jak pliki jpeg nie wiadomo…”.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze