Na 3 hektarach zieleni, w dawnych stajniach po pegeerze, w których niegdyś hodowano owce, a potem konie sportowe, zamieszkało barwne towarzystwo. Wielbłąd Sułtan pomrukuje zadowolony, wtórują mu kuzynki: lama Max i alpaka Stefania. Są kuce, owce, daniele. A to dopiero początek. W Rokszycach powstaje minizoo.
Pomysłodawcą jest Jacek Kądziołka. Zawodowo związany z gastronomią – pomaga prowadzić miejscowy dom weselny. Obiekt zlokalizowany jest na terenie o bogatej historii. – Od kiedy tu przyjechałem, słuchałem opowieści miejscowych o niegdysiejszych stajniach i hodowli koni. To ich podszepty zmotywowały mnie do wykorzystania dawnych, podupadających zabudowań na minizoo – opowiada.
Jacek wychowywał się na wsi, której oblicze było inne od dzisiejszego. – Ludzie w gospodarstwach mieli zwierzęta. Dziś to rzadki widok. Niekiedy przemknie kilka kurek trzymanych dla jajek i na tym koniec. Piękne altanki, przystrzyżone trawniczki – nowoczesność. To już nie ta wieś, którą pamiętamy[paywall]. Gdy 12 lat temu kupowałem działkę w Brylińcach, na polach widziałem krowy i konie. Dziś już ich nie ma – wspomina. – Ten brak przekonał mnie do ożywienia pustych stajen – dodaje.
W minizoo zamieszkali wielbłąd Sułtan, lama Max, alpaka Stefania, oślica Jaga. Są też kuce, czarna i biała owca, kozy miniaturki, daniele, pawie i bażanty.
– Wyszukiwałem zwierząt w całej Polsce. Wielbłąd przybył znad morza, odkupiłem go od człowieka, który likwidował cyrk. Już nie musi skakać przez przeszkody, u nas będzie miał spokojną starość. To naprawdę duże zwierzę. W zoo czy choćby podczas zagranicznych wycieczek nie zwraca się na to uwagi. Gdy jest sam, goście na jego widok mówią „wow” i robią krok w tył. Przejezdni zatrzymują się, by na niego popatrzeć. Sułtan budzi respekt – śmieje się J. Kądziołka.
Każdy z mieszkańców minizoo ma swoją zagrodę, a odwiedziny gości odbywają się pod okiem opiekuna. – Pilnujemy zwierząt dla obopólnego bezpieczeństwa. Na co dzień spędzam z nimi mnóstwo czasu. Jedzą z ręki, pozwalają się głaskać, są łagodne. Zależy mi, by to utrzymać, dlatego zwierząt nie będzie bardzo dużo – zaznacza pomysłodawca.
Z czasem jednak nieco ich przybędzie. Do towarzystwa dołączą ptaki ozdobne, króliki, świnki miniaturki czy strusie. Goście mogą zwierzęta głaskać i karmić. Przyjazd z własnymi warzywami i owocami jest mile widziany, jednak wcześniej należy zasięgnąć rady opiekuna.
To on podczas wizyty opowiada o każdym podopiecznym: o tym, jak żyje, gdzie się urodził, co lubi, a czego nie. – Chciałbym, aby to było takie interaktywne miejsce dla rodzin, gdzie mają czas dla siebie i zwierząt na łonie natury. Postój w tych zabieganych czasach, odskocznię od miasta, pracy – zaznacza J. Kądziołka.
Dzikie zwierzęta przyciągają uwagę przejezdnych. Nawet podczas naszej rozmowy z opiekunem ktoś puka w okienko, ponieważ zauważył wielbłąda. Przyjeżdżają mieszkańcy Birczy, Radymna czy Zadąbrowia.
– Odwiedzają nas ludzie z różnych stron. Poczta pantoflowa działa. Najczęściej to rodziny z dziećmi, dziadkowie, którzy ukochanemu wnusiowi chcą pokazać żywe zwierzaki – mówi Jacek. – I słusznie! Dzieci powinny przebywać ze zwierzakami. Dziś mają swoich pupili w telefonach, klikają, by ruszały głową, kontrolują animowane stworki. Tu mogą obserwować, jak zwierzę zachowuje się naturalnie. Na początku podskakują, gdy koń prychnie, są w szoku. Muszą się przełamywać. Zresztą nie tylko dzieci. Niedawno jedna z mam, gdy w końcu się odważyła dotknąć wielbłąda, z radości niemal omdlała. Inna dziewczynka przez cały pobyt nie potrafiła opuścić oślicy, nie ciekawiły jej inne zwierzaki. A wychodząc, powiedziała: to nie osioł, to aniołek! Te spotkania są piękne. Ludzie się wzruszają, dziękują, a potem wracają. A wieść o nas idzie w eter – dodaje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Będą maluchy miały uciechę i o to chodzi!
Gratuluje pomysłu.Zycze sukcesu
Będą maluchy miały uciechę i o to chodzi!