„Na Rudołowską nutę”, czyli folklor ocalany przez ludzi [ZDJĘCIA]


W tym roku obchodzą 44. rocznicę istnienia. Ale zarzewia niesformalizowanej grupy trzeba szukać już w latach 60. XX wieku. To wówczas Helena Gołąb, będąc szefową koła gospodyń wiejskich w Rudołowicach w gminie Roźwienica, organizowała różne okolicznościowe uroczystości, okraszane przyśpiewkami, skeczami i śmiesznymi scenkami z życia wsi. To wówczas rodziła się miłość – i odpowiedzialność zarazem – do tego, co ludowe i godne „ocalenia od zapomnienia”. 12 lat temu powstała książka „Na Rudołowską nutę” – opis przyśpiewek ludowych, okolicznościowych tańców, zwyczajów i obrzędów gromadzonych przez ponad pół wieku. Prawdziwa skarbnica lokalnej tradycji i dziedzictwa kulturowego.


Rozmowa z kierownikiem artystycznym Stowarzyszenia Miłośników Tradycji Ludowych „Familia” w Rudołowicach Jolantą Kiełt, córką założycieli Zespołu Pieśni i Tańca „Familia” Heleny i Wiktora Gołębiów.

Zespół Pieśni i Tańca „Familia” powstał w 1982 roku. Pani jest w nim od początku istnienia. Jak to możliwe?

– Byłam i wcześniej – w grupie, która nie miała jeszcze nazwy. Spotykaliśmy i prezentowaliśmy swoje umiejętności podczas różnych festynów i innych imprez. Jestem najmłodszym dzieckiem założycieli zespołu. Po nadaniu oficjalnej nazwy w skład zespołu wchodziły dzieci, krewni, znajomi rodziców. Moja najstarsza siostra Maria ma ośmioro dzieci i wszystkie były lub są członkami zespołu. Ja mam siedmioro i także wszystkie przez krótszy i dłuższy czas były w formacji. Wtedy były zupełnie inne czasy. Wszyscy ciężko pracowali, ale potem mieli dla siebie czas. Cieszyliśmy się z tego. Byliśmy jedną wielką rodziną. Teraz jest to niemożliwe.

Czy wówczas było łatwiej prowadzić taki zespół? Mobilizować członków? Ludzie byli bardziej zaangażowani, zainteresowani taką formą spędzania czasu?

– Zdecydowanie. Dzisiaj musimy chodzić, prosić, zachęcać. Przed laty było dwa razy więcej chętnych niż miejsc w zespole czy strojów. Próby były zazwyczaj w piątki, o godzinie 18. Pamiętam jak niektórzy pędzili na nie prosto z pola.

Z czego wynikała ówczesna popularność takich zespołów? Z autentyczności, dbania o tradycję, chęci zachowania w pamięci jedynych w swoich rodzaju tańców, obrzędów?

– Celem tej grupy było zbieranie i zachowywanie wszelkich elementów dla potomności. Jeździli po różnych wioskach i rozmawiali, obserwowali. Wielką rolę odegrał w tym między innymi pan Anatol Łuc. Moja mama nie znała nut, była po siedmiu klasach, ale wszystko zapisywała w zeszytach. Dzięki temu powstała książka „Na Rudołowską nutę”. Ludzie potrzebowali tego, czekali na dożynki, festyny, spotkania opłatkowe. Czekali na nas. Pierwszym choreografem w zespole był Stasiu Zgryźniak. Nie mieliśmy pięknych strojów, o których marzyliśmy. Mieliśmy takie, jakie uszyły nam mama i znajoma krawcowa. Ale dla nas zaszczytem było je nosić[paywall].

Na 25-lecie zespołu otrzymaliście dofinansowanie na wykonanie oryginalnych, XVIII-wiecznych wzorów gorsetów przeworskich. Występowały w nich wszystkie mężatki w zespole. Była Pani z tego dumna?

– Mamy te gorsety do tej pory. Wówczas, prawie 20 lat temu, leżały jak ulał. Bo wówczas były konkretne gospodynie. Teraz mamy wiele szczypiorków, na które one nie pasują, bo są za duże. Musieliśmy je przerabiać. Ale widzę, że młodzież chce wracać do tych starych, kraciastych przeworskich spódnic i cieszę się za tego. Cieszę się, że nie zależy im już na tym, aby stroje jak najbardziej się błyszczały i były bardzo kolorowe. Problemem jest brak męskich głosów, ale pracujemy nad tym.

Kiedy był najlepszy czas dla zespołu?

– Różnie to bywało. Występowaliśmy w całej Polsce, ale i wiele koncertowaliśmy za granicą. W radiu i telewizji. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy u ojca świętego Jana Pawła II na audiencji osobistej w Watykanie. Zdobyliśmy wiele prestiżowych nagród i wyróżnień. Grupa reprezentacyjna liczyła maksymalnie 35 osób. Teraz jest już znacznie trudniej. Cieszymy się na każdy występ. Choć mamy młodszą grupę, dzieci nie bardzo zainteresowane są tego typu wyjazdami. Obecnie grupa reprezentacyjna liczy 24 osoby, grupa młodzieżowa 20.

Był taki moment, że zespół znalazł się na krawędzi? Że mógł przestać istnieć?

– Tak. Takich sytuacji było kilka. I czasami wracają. Bo kiedy odchodzi kilku muzyków, a nie ma nikogo, aby ich zastąpić, to pojawia się wyrwa, którą trudno wypełnić. Ale dajemy radę.

Czy nie uważa Pani jednak, że po latach zastoju, powoli wraca się do tradycji, dbania o dziedzictwo kulturowe?

– Świat goni, tradycje, folklor, lokalne obrzędy, stare zawody spychane są na margines, ale… Tak, zauważam, że coraz więcej osób jest już zmęczonych tym pędem. Rodzice to widzą i coraz częściej przyprowadzają swoje dzieci na zajęcia. Próbują zainteresować czymś innym.

Czym dla Pani jest tradycja?

– Oj, to trudne pytanie. Można o tym opowiadać latami. Byłam nauczona, aby wszystko co polskie, ludowe, lokalne zachowywać i przekazywać kolejnym pokoleniom. I to przekazywałam moim dzieciom. Robimy wszystko, aby to nie zginęło. Musimy znaleźć odpowiedni balans między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Bez historii i tradycji nie ma przyszłości. Jeżeli młodzi ludzie pójdą zupełnie z istniejącym prądem, to zatracą tożsamość. Zachęcam młodych, aby póki mają jeszcze babcie i dziadków, poświęcili trochę wolnego czasu i posłuchali ich.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/08/2026 16:16

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Najnowsze wiadomości