Gdyby policzyć wszystkie medale różnej rangi, w których „maczał” palce, jest zdecydowanie najbardziej utytułowanym wychowawcą i trenerem w Przemyślu. Pewnie będzie trochę zły na poniższe stwierdzenie, bo nie lubi widnieć na afiszu, ale jest absolutnie w pierwszym szeregu najzacniejszych sportowych działaczy w historii nadsańskiego miasta. Swoją sportową miłość podzielił między futbol a lekkoatletykę. I wciąż nie ma dość! Takich osób z pasją i charyzmą jest coraz mniej…
Kiedy i jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem?
– Mieszkam na parafii Czuwaju, a w okresie mojego dorastania nie było innej opcji jak sport. Najwcześniej jak można było zapisałem się do klubu i trenowałem piłkę nożną. Zimą wiele czasu spędzałem na lodowisku, próbując z rówieśnikami gry w hokeja. Moimi pierwszymi trenerami byli popularny Zdzichu Wiącek oraz Sławek Lewandowski[paywall]. W Szkole Podstawowej numer 14 wychowanie fizyczne miałem ze Sławkiem Kłymińskim oraz Wojciechem Rubinkowskim, którzy od najmłodszych lat zaszczepiali we mnie sportowego bakcyla.
Jest Pan absolwentem II LO. Jaka wówczas była Pana ulubiona dyscyplina? Jaką Pan uprawiał? Kto był Pana idolem?
– W liceum kontynuowałem przygodę ze sportem. Moim wzorem był profesor Roman Dombrowski i to dzięki niemu obrałem kierunek wychowania fizycznego. W liceum reprezentowałem szkołę we wszystkim co się dało: piłce nożnej, koszykówce, siatkówce, piłce ręcznej i lekkoatletyce. W tym czasie brałem również udział w zawodach podnoszenia ciężarów u Bolesława Ekierta. Wciągnąłem się do sekcji koszykówki oczywiście u profesora Domborwskiego w Czuwaju. A graliśmy wówczas w III lidze, jeżdżąc po Małopolsce i Śląsku. Miałem problem z wyborem wiodącej dyscypliny. Piłka nożna była w sezonie letnim, a od jesieni zaczynały się treningi koszykarskie w hali.
Skończył Pan AWF w Białej Podlaskiej. Uczył Pan wychowania fizycznego w szkole. Czy przysposobienie pedagogiczne pomogło Panu w dalszej pracy w sporcie?
– Naturalną koleją rzeczy były studia na AWF-ie. Wybrałem Białą Podlaską. Tam zrobiłem specjalizację trenerską po egzaminie z piłki nożnej u trenera Ryszarda Kuleszy. Dalej kontynuowałem przygodę ze sportem, grając w tamtejszym AZS-ie w piłkę nożną i koszykówkę. Pamiętam, że w meczu pokazowym w koszykówkę między AZS Biała Podlaska a Startem Lublin przy hali pełnej publiczności pilnowałem pierwszego czarnoskórego koszykarza w Polsce, czyli Kenta Washingtona i po kilku moich przechwytach trener zmienił krycie na strefowe. Podczas ostatniego roku studiów byłem grającym trenerem piłki nożnej w Kolejarzu Małaszewicze. Wracając do pytania: uważam, że przygotowanie pedagogiczne w moim fachu jest potrzebne, ale najważniejsze jest powołanie do zawodu wuefisty i trenera. Sukcesy osiągają przede wszystkim pasjonaci.
Nim przyszła miłość do lekkoatletyki, zajmował się Pan trenerką piłki nożnej. Pracował Pan m.in. w Polonii Przemyśl czy Żurawiance Żurawica. Futbol był Pana pierwszą sportową poważną randką? Co uważa Pan za swój największy sukces w tej dyscyplinie?
– Po powrocie do Przemyśla prowadziłem zespoły seniorskie Czuwaju i Polonii na poziomie trzeciej ligi oraz Żurawiankę Żurawica i Vikinga Orły. Równocześnie wychowałem kilka roczników piłkarzy, szkoląc ich od młodzika do juniora. Ewenementem były mecze pomiędzy Polonią i Czuwajem, w których prowadziłem jednocześnie juniorów w jednym klubie, a młodzików w drugim. Oczywiście każdy z nich był dla mnie najważniejszy. Moje zespoły młodzieżowe były w czołówce rozgrywek wojewódzkich. Najbardziej znanymi moimi wychowankami są Maciek Dołęga i Piotrek Badowicz.
20 lat temu powstał UKS „Tempo 5” Przemyśl. Dlaczego zmienił Pan futbol na lekkoatletykę?
– UKS Tempo 5 założyliśmy wspólnie z żoną w 2002 roku w okresie tworzenia UKS-ów. Celem było pozyskanie sprzętu sportowego. Był to okres powstawania gimnazjów. Ja pracowałem w Szkole Podstawowej numer 4 i „podsyłałem” do Gimnazjum numer 5 najzdolniejszą młodzież, szkoląc jednocześnie nadal zespoły piłkarskie. Po kilku latach sukcesy lekkoatletów wymagały większego wysiłku organizacyjnego. Zakończyłem wówczas treningi piłkarskie w Orłach i skupiłem się na lekkoatletyce.
Nie jest codziennością, że małżeństwa zajmują się tym samym. Praca z żoną w jednym klubie to…?
– Uważam, że z żoną tworzymy udany duet. Praktycznie od początku pracujemy razem, wychowując wiele pokoleń przemyskiej młodzieży. Myślę że najważniejsze jest to, iż oboje lubimy to, co robimy.
Pan zajmuje się grupami naborowymi, wyszukuje talenty, które są potem szlifowane już pod kątem konkretnej konkurencji. To trudne? Jak Pan „poznaje”, że z tej dziewczyny czy tego chłopca może wyrosnąć dobry lekkoatleta?
– Staram się być obecnym na wszystkich szkolnych zawodach lekkoatletycznych i tam wyławiać najzdolniejszą młodzież. Myślę, że jako klub lekkoatletyczny jesteśmy ostatnio dostrzegani w środowisku przemyskim. Coraz więcej rodziców przyprowadza swoje pociechy na treningi. W pierwszym okresie szkolenia dominują zajęcia ogólnorozwojowe z akcentem na motorykę i koordynację ruchową. Po przejściu do kategorii młodzika, dzieci trafiają do grup szkolenia specjalistycznego w bloku konkurencji, w której wykazują największe predyspozycje.
Przemyśl długo nie miał żadnej lekkoatletycznej bazy, a mimo to Wasi podopieczni święcili triumfy w grupach młodzieżowych. Jak to się robi?
– Owszem baza szkoleniowa jest potrzebna, ale najważniejsze w procesie treningowym jest zaangażowanie trenera, a najbardziej zawodnika. Największa grupa naszych zawodników wychowała się na bazie małych sal gimnastycznych w Szkole Podstawowej numer 4 oraz Gimnazjum numer 5. Obecnie korzystamy ze stadionu lekkoatletycznego, który umożliwia realizację procesu treningowego w pełnym zakresie. Szkoda tylko, że od tego roku korzystanie z obiektu jest odpłatne, podobnie jak korzystanie ze wszystkich orlików w mieście.
Wiadomo, że obecnie sport to spore koszty. Jakie są proporcje między pieniędzmi przeznaczanymi na sport a talentem zawodnika? W Przemyślu, choć nie tylko, brakuje pieniędzy na sport. Gdyby były znacznie większe, to…?
– Obecnie w sporcie obowiązuje zasada: im wyższy poziom sportowy, tym większe potrzeby finansowe. Aktualnie mamy grupę zawodników prezentujących wysoki poziom sportowy, należących do czołówki krajowej, medalistów mistrzostw Polski. Trenują od pięciu do sześciu razy tygodniowo. Trzeba im zapewnić odpowiednie warunki treningowe. Do tego potrzebna jest odpowiednia baza. Korzystamy odpłatnie z hali POSiR. Aby zawodnicy się rozwijali, muszą rywalizować z najlepszymi, co pociąga za sobą kolejne koszty w postaci wyjazdów. Udział w obozach przy obecnych stawkach to następny wydatek. Czołowi zawodnicy uczestniczą w cyklu obozów sportowych, do których dopłacają. Tu też działa zasada: im wyższy poziom zawodnika, tym więcej dopłaca do swojego szkolenia. A przecież to oni w największym stopniu promują miasto Przemyśl na stadionach całej Polski i im należy się największe wsparcie. Trzeba wspomnieć, że przy takich obciążeniach, kontynuują naukę, co przecież także wymaga sporo wyrzeczeń. Również praca trenerów w wymiarze większej ilości jednostek treningowych wymaga odpowiedniego wynagrodzenia.
Sam nic by Pan nie zrobił. Chyba wielkie słowa uznania należą się grupie trenerów z UKS Tempo 5, czyli: Pana żonie, Marii Sugier, Leszkowi Wojciechowskiemu czy Markowi Radochońskiemu…
– Aktualnie w naszym klubie szkolimy około 50 adeptów „królowej sportu”. Zajęcia prowadzi czterech trenerów. Grupę rzutów Leszek Wojciechowski, skoki wysokie Marek Radochoński, sprinty, biegi średnie i płotki Maria Sugier oraz grupę naborową ja. Myślę, że każdy z nas dorzuca swoją cegiełkę do wysokiej pozycji klubu na lekkoatletycznej mapie Polski.
Pana zdaniem: największy do tej pory sukces przemyskiego lekkoatlety, który wyszedł spod Waszych skrzydeł?
– Wielokrotną medalistką w barwach naszego klubu, która zdobywała laury seniorskie w AZS-ie Warszawa jest Weronika Wyka. Ale należy wyróżnić też zawodników, którzy aktualnie reprezentują Tempo 5. W ubiegłym roku do reprezentacji kraju na mistrzostwa Europy juniorów do Jerozolimy powołano dwie nasze zawodniczki – Annę Kicińską, zdobywczynię brązowego medalu w dysku oraz Julię Szczepanik w biegu na 400 metrów przez płotki. Po ostatnich mistrzostwach Polski juniorów do będącej w kadrze narodowej Ani Kicińskiej dołączy skoczek wzwyż Patryk Pelc, którego rekord życiowy to 210 centymetrów. Począwszy od 2008 roku nasi podopieczni wywalczyli w zawodach rangi mistrzostw Polski juniorów, juniorów młodszych i młodzików około 30 medali. Po maturze, co dotyczy całego przemyskiego sportu, nasi wychowankowie wyjeżdżają na studia, a niektórzy kontynuują swoje kariery sportowe w innych ośrodkach. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać ich w Przemyślu.
Dlaczego się Panu chce jeszcze chcieć? Nie przemyka Panu przez głowę myśl, żeby już odpocząć od tego wszystkiego?
– Od zawsze byłem bardzo aktywnym nauczycielem i trenerem. Z wieloma pomysłami i innowacjami. Nie wyobrażam sobie nicnierobienia. Obecnie, oprócz pracy szkoleniowej, udzielam się jako działacz społeczny. Pełnię funkcję prezesa UKS „Tempo 5” , wiceprezesa do spraw organizacyjnych Podkarpackiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki i przewodniczącego przemyskiej Rady Sportu.
Czego życzyć?
– Z pewnością zdrowia. Jeśli to będzie, nie zamierzam spocząć na laurach.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze