Nauczycielka języka angielskiego w Szkole Podstawowej nr 16 w Przemyślu jest chora na stwardnienie rozsiane. Ale nie załamuje się, mimo choroby, problemów z chodzeniem, nadal pracuje zawodowo, ponieważ chce się czuć potrzebna. Niedawno otrzymała od swoich uczniów miły prezent.
Pani Anna Jantz pracuje w „szesnastce” od kilkunastu lat. W 2015 r., w wieku 37 lat, zdiagnozowano u niej SM, czyli stwardnienie rozsiane. To nieuleczalna, przewlekła i postępującą choroba, w wyniku której dochodzi do uszkodzeń układu nerwowego. Około 10 lat szukała pomocy w różnych szpitalach specjalistycznych.
Nieustanne wizyty w szpitalach, rezonansy, badania, zmieniły na zawsze życie jej i jej najbliższych. Koszt leczenia, rehabilitacja, leki są niewyobrażalnie drogie. Ale mimo choroby, problemów z chodzeniem, nadal pracuje zawodowo. Chce się czuć potrzebna.
Kilka tygodni po rozpoczęciu nowego roku szkolnego uczniowie klasy III c w SP 16, wspólnie z wychowawczynią Jolantą Bobko i rodzicami, postanowili zrobić jej niespodziankę. Prezent, który będzie wspominać przez lata.
Uczniowie narysowali jej portrety. W dowolnej technice i z tych prac stworzyli specjalny album dla pani Ani. Do albumu dodali karteczkę z krótkim tekstem: „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają latać...”.
– Bez dwóch zdań tymi aniołami są ci uczniowie, rodzice oraz pani wychowawczyni. W tej klasie dzieci mają w sobie dużo empatii, wrażliwości oraz poczucia, że nie można być obojętnym wobec tragedii drugiego człowieka – powiedział nam jeden z rodziców i w imieniu swoich pociech zwraca się do wszystkich, którzy mogliby pomóc A. Jantz w walce z chorobą.
Na stronie internetowej www.dobryklik.pl utworzona jest zbiórka. Warto pomóc.
– Kiedy po urodzeniu syna słabłam coraz bardziej, zaczęłam się przewracać, skręcać nogi, wiedziałam, że coś jest nie tak, choć nikt mi wtedy nie wierzył. W międzyczasie pogłębiły się problemy ze wzrokiem, pojawiło się zamglone i podwójne widzenie... W końcu, podczas wizyty u neurologa, a pamiętam to jak dziś, był 18 sierpnia 2015 roku, dowiedziałam się, na co choruję. Szok, płacz, życie się dla mnie skończyło. Potem były wizyty w szpitalach, rezonanse, punkcje dolędźwiowe i inne badania. Potwierdzono SM. Gdyby nie mój syn, który skończył przedszkole, szedł po raz pierwszy do szkoły i potrzebował mamy, nie wiem, co bym wtedy zrobiła – opowiada pani Ania.
– Chociaż jestem poważnie chora i jest mi bardzo ciężko, nadal pracuję, płacę podatki i łączę rodzicielstwo z pracą zawodową. Niestety, nie gwarantuje to bezpieczeństwa i godnego życia. Zasiłek pielęgnacyjny od państwa wynosi nieco ponad 215 złotych. To ma mi wystarczyć na wszelkie wydatki związane z chorobą... Przepracowałam dotąd 17 lat na etacie i nadal pracuję na zniżce godzin, bo nie mam wyjścia, jest tyle opłat, że muszę. Poza tym chcę być między ludźmi, nie myśleć tylko o szpitalach i chorobie. Chcę się czuć potrzebna, przydatna jeszcze do czegoś. Potrzebuję pomocy w gotowaniu, sprzątaniu, dojazdach. W zasadzie wszystkie te rzeczy ktoś za mnie robi. Mieszkam na pierwszym piętrze w bloku bez windy, w mieszkaniu, które ciągle spłacamy. Marzę o przeprowadzce na parter, bo mam trudności z wyjściem z domu. Boję się, że niedługo będę tu uwięziona, jeśli się nie przeprowadzimy – powiedziała.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze