Reklama

Pomoc przyszła w ostatniej chwili

24/03/2018 18:15

Dwaj przemyscy policjanci podczas interwencji uratowali 74-letnią kobietę.

W piątek, 2 marca, dyżurny przemyskiej komendy odebrał zgłoszenie od pracownicy Polskiego Czerwonego Krzyża o tym, że jest bardzo zaniepokojona, bo jej podopieczna od dwóch dni nie daje znaku życia. Dyżurny wysłał na interwencję patrol w składzie: sierż. Krzysztof Długosz i mł. asp. Dariusz Hajnosz.

– Przyjechaliśmy na ulicę Sarbiewskiego pod wskazany adres i tam czekała już na nas pracownica Polskiego Czerwonego Krzyża, która powiedziała, że właścicielka domu, czyli jej siedemdziesięcioczteroletnia podopieczna,  która mieszka samotnie i nie ma w mieście żadnej rodziny, od dwóch dni nie odbiera telefonu i nie odpowiada na dzwonek domofonu – opowiadają policjanci.

– Zauważyliśmy, że w oknie na pierwszym piętrze delikatnie poruszyła się firanka. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje wewnątrz, ale to był dowód na czyjąś obecność. Trzeba było to sprawdzić. Bramka na posesję była zamknięta na klucz i na łańcuch, więc razem z kolegą przeskoczyliśmy przez nią. Drzwi wejściowe też były zamknięte. Obchodząc budynek dookoła, zauważyliśmy okno na parterze i nie chcąc wyłamywać drzwi, kolega je wypchnął, nie uszkadzając szyby. Weszliśmy do pokoju, a stamtąd do kolejnych pomieszczeń na parterze. Nigdzie nikogo nie było. Wtedy poszliśmy na piętro i usłyszeliśmy niezbyt głośne poszczekiwanie psa. Niestety drzwi do tego pomieszczenia były zamknięte i musieliśmy je wyłamać. 

Reklama

Weszliśmy do pokoju, w którym był bałagan i usłyszeliśmy jakieś głosy zza następnych drzwi. Też zamkniętych na klucz. Wyłamaliśmy je i w pomieszczeniu znaleźliśmy starszą kobietę leżącą pod oknem. Obok kręcił się nieduży pies. Kobieta była półprzytomna[paywall], nie było z nią kontaktu, tylko cicho jęczała:  „pomocy, pomocy”. Zadzwoniliśmy na pogotowie i udzieliliśmy jej pomocy przedmedycznej, układając ją w bezpiecznej pozycji. Potem, żeby umożliwić wjazd karetce, zdjęliśmy bramę z zawiasów. Lekarz pogotowia stwierdził silne odwodnienie i powiedział, że istniało duże zagrożenie życia. Kiedy kobietę zabierali do szpitala, zadzwoniliśmy jeszcze do straży miejskiej, żeby zajęli się psem – kończą opowiadać.

Niby normalna interwencja, ale obaj mundurowi (chociaż o tym nie mówią) pewnie gdzieś w głębi duszy czują satysfakcję i będą o niej pamiętać dłużej niż o innych, kiedy na przykład muszą uspokajać pijanego męża, który w obecności dzieci okłada żonę. W ich służbie takie sytuacje też się zdarzają.
JS
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości