O początkach działalności Przemyskiej Kongregacji Kupieckiej, stojących przed nią aktualnie wyzwaniach i bolączkach lokalnych przedsiębiorców w dobie galopującej inflacji rozmawiamy z prezesem organizacji Ryszardem Miłoszewskim.
Czym zajmuje się Kongregacja i czy jej obecne cele są takie same, jak w momencie powstania stowarzyszenia?
– Nasze cele się nie zmieniły. Za to na przestrzeni ostatnich 20 lat przybyło nam spraw do załatwienia. Zakładając organizację, byliśmy przemyskim oddziałem terenowym Krakowskiej Kongregacji Kupieckiej. Taki stan trwał do 2008 roku, po czym przekształciliśmy się w Przemyską Kongregację Kupiecką i jesteśmy członkiem zbiorowym organizacji krakowskiej.
Cały czas utrzymujemy bliskie stosunki z Krakowem i z wielu ich pomysłów czy inicjatyw korzystamy. Ale historia naszej organizacji sięga jeszcze 1934 roku, kiedy to powstało pierwsze tego typu stowarzyszenie pod nazwą Lwowskiej Kongregacji Kupieckiej odział terenowy w Przemyślu. Prezesował mu Franciszek Głowacz. Wówczas zrzeszało ono około 150 członków. Dziś jest ich niespełna 60.
Czy to znak czasów i tego, że na lokalnym rynku ubywa firm, a prowadzenie handlu jest coraz trudniejsze?
– Firm jest rzeczywiście mniej. Wielu mniejszym przedsiębiorcom nie udało się przetrwać, co widać po pustych lokalach sklepowych, których w Przemyślu nie brakuje. W obecnych czasach bardzo ciężko jest zarobić przysłowiową złotówkę. To przekłada się na spadek liczby członków Kongregacji. 10 – 12 lat wstecz nasza organizacja skupiała ponad setkę przedsiębiorców.
Czym konkretnie się zajmujecie?
– Na początku naszym celem była walka z konkurencją w postaci hipermarketów. Przegraliśmy ją. Obecnie staramy się[paywall] pomagać przedsiębiorcom w prostych sprawach, jak na przykład uzyskanie stosownych zgód i pozwoleń, choćby na parkowanie pod sklepem celem wyładunku towaru. Swego czasu wywalczyliśmy zniesienie opłat parkingowych w soboty. Kilka spraw w interesie lokalnych przedsiębiorców udało się przeforsować w urzędzie miasta. Są to wprawdzie drobne rzeczy, ale kiedy złotówek brakuje, okazują się niezbędne. Staramy się być łącznikiem między władzami miasta a sklepikarzami. Działamy też charytatywnie, organizując pomoc dla domów dziecka czy spokojnej starości i różnego typu organizacji.
Czas pandemii dla drobnych przedsiębiorców był szczególnie trudny...
– Bardzo wielu z nich zmuszonych zostało zamknąć interesy. Wielu nie udało się wrócić na rynek. Ludzie nie wiedzieli, jaka czeka ich przyszłość i jak wyglądać będzie handel. I tak mamy szczęście, że nasza organizacja się utrzymała. Wiele podobnych w tym okresie przestało istnieć.
Jak w tej chwili wygląda sytuacja lokalnych handlowców?
– Koszty prowadzenia działalności bardzo wzrosły. Są mocno odczuwalne dla prowadzących biznesy. Uzyskiwany dochód jest więc coraz niższy. Niektórzy, mówiąc kolokwialnie, „jadą na oparach”, żeby utrzymać się na rynku. Dziś, w czasach drożyzny, każdy klient szuka możliwości zaoszczędzenia paru groszy. Markety oferują promocje, na które mały sklepikarz nie zawsze może sobie pozwolić, chcąc przetrwać i zarobić na siebie i wypłaty dla pracowników. Lekko nie jest.
Jakie inne bolączki zgłaszają Wam – jako kongregacji – przedstawiciele lokalnych branż?
– Problem jest jeden, za to najważniejszy: mało kupujących i spadek obrotów. Ludzie mają mniej, więc mniej wydają, a każdą złotówkę oglądają dwa razy.
Czego należałoby Wam życzyć na kolejne lata działalności?
– Życzylibyśmy sobie lepszych relacji na linii przedsiębiorcy – władze miasta i tego, żeby zarządzający miastem drobnych kupców chcieli wysłuchać. Mamy przykład Krakowa, gdzie ta współpraca działa lepiej. Chcielibyśmy, żeby rozmowy na tematy dotyczące lokalnych przedsiębiorców były bardziej konstruktywne. Bo przecież każdy sklep, każdy lokal usługowy to miejsca pracy, a więc realna korzyść dla miasta i mieszkańców. W mieście wiele lokali stoi pustych, bo wysokie czynsze wykańczają przedsiębiorców. Świętej pamięci prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc miał na to sposób. Pusty lokal przez pierwsze 6 miesięcy przedsiębiorca mógł użytkować za darmo albo wnosząc opłatę w wysokości 30 procent stawki. Kiedy zaczął na siebie zarabiać, miasto opłaty podnosiło. U nas o takich rozwiązaniach, stanowiących zachętę do prowadzenia działalności, niestety nikt nie chce słyszeć.
Dziękuję za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze