16 lutego od godziny 12.00 na drodze między Makową, Arłamowem i skrętem do Trójcy w kierunku Rybotycz pracownicy Zakładów Usług Leśnych rozpoczęli protest. Zablokowali wjazd i wyjazd z obu odcinków wspomnianych odcinków drogi. Protest jest legalny. Do kiedy potrwa? – Do skutku – usłyszeliśmy od protestujących.
Ciężki sprzęt, biało - czerwone flagi, transparenty, włączane klaksony. Z każdą minutą rósł korek po obu stronach blokady. W korku utknęli także goście Hotelu Arłamów. Pracownicy ZUL zdecydowali się na taka formę protestu, ponieważ jak sami mówili dziennikarzom tylko w ten sposób ich głos być może usłyszą rządzący.
– Precz z ekoterroryzmem. Gospodarujemy zgodnie z prawami przyrody. Zajmijcie się swoi podwórkiem. Nic o nas bez nas. – to tylko niektóre z postulatów załganych przez protestujących. Główną przyczyną protestu pracowników ZUL jest obawa o swoje miejsca pracy. Na głos jednego z kierowców, że spieszy się do pracy, jedna z pikietujących osób odpowiedziała: a my walczymy o swoje miejsca pracy.
Reklama
Dwa tygodnie temu w Życiu Podkarpackim pisaliśmy w tekście pod tytułem:
„ 8 stycznia br., podczas konferencji prasowej w Warszawie, minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska poinformowała, że Ministerstwo Klimatu i Środowiska zarządziło wstrzymanie lub zredukowanie wyrębów przewidzianych w tym roku w polskich lasach. Decyzja ta dotyczy 10 najcenniejszych lokalizacji i została wprowadzona na pół roku.
– Czas wyprowadzić piły z części polskich lasów, zwłaszcza te, które cięły najcenniejsze obiekty przyrodnicze. Pracujemy nad systemowym rozwiązaniem, w którym znajdzie się więcej obszarów i które będzie konsultowane z przedstawicielami Lasów Państwowych, samorządami i lokalnymi społecznościami – powiedziała.
Decyzja ministerstwa obejmie m.in. Puszczę Augustowską, Świętokrzyską, Knyszyńską, Romincką, Borecką oraz reliktową Puszczę Karpacką i Bieszczady. Ograniczeniem wyrębów zostały objęte starodrzewy w wieku od 100 do 200 lat, lasy wodochronne oraz górskie, jak w przypadku lasów wokół Iwonicza-Zdroju i Rymanowa-Zdroju. Obszar ten stanowi 1,3 procent polskich lasów. To pierwszy krok do wyznaczenia 20 procent terenów leśnych, które zostaną wyłączone z wycinki. To realizacja jednej z obietnic wyborczych zwycięskiej koalicji podczas wyborów parlamentarnych 15 października ub.r. i części umowy koalicyjnej.
Wiele obszarów, na których ograniczono pozyskanie drewna, to planowane parki narodowe, obszary Natura 2000, obszary chronionego krajobrazu, leśne kompleksy promocyjne.
Te wszystkie wyjaśnienia, argumenty, powody są zrozumiałe. Tyle, że gdzieś zgubił się w tym wszystkim człowiek. Pracownik lasów, który zarabiał tam na chleb. Tą jedną decyzją setki osób straciły lub stracą pracę, a co za tym idzie środki do życia. O tym 17 stycznia br. mówili obecni na spotkaniu w Urzędzie Miasta i Gminy Bircza starostowie, burmistrzowie, wójtowie, radni, przedsiębiorcy leśni i mieszkańcy, reprezentujący pięć powiatów południowo-wschodniej części Podkarpacia.
– Czym innym jest strategia bioróżnorodności, przyjęta przez Unię Europejską, która ma wejść w życie w 2030 roku, a czym innym temat związany z tym, co się stało kilka dni temu. A stała się rzecz bezprecedensowa. Pani minister ogłosiła, że zostaje w trybie natychmiastowym wstrzymana prowadzona i zaplanowana gospodarka leśna w kilku lokalizacjach w całej Polsce. Między innymi są to tereny Pogórza Przemyskiego i nadleśnictw Bircza, Fredropol i Ustrzyki Dolne. Ochrona przyrody jest bardzo istotna, ale musi być prowadzona przemyślanie – uważa burmistrz miasta i gminy Bircza Grzegorz Gągola.
Reklama
– Z dnia na dzień, z doniesień medialnych, dowiedzieliśmy się o wstrzymaniu lub zredukowaniu wycinki drzew przewidzianej w tym roku. Dodam, że nic nie było konsultowane z samorządami. I co się stało? Z dnia na dzień ludzie, którzy pracowali w lasach, a więc drwale, pilarze, osoby zajmujące się pielęgnacją drzewa w zakładach usług leśnych, zostali pozbawieni pracy. W naszym birczańskim nadleśnictwie problem dotknął dwunastu leśnictw. Każde musiało wstrzymać pracę, więc z automatu około pięćdziesiąt osób zostało pozbawionych pracy i zarobku. Oni pracują na akord, więc jeśli niczego nie wypracują, nie dostaną wynagrodzenia – dodał G. Gągola.” – pisał Mariusz Godos z Życia Podkarpackiego.
W rozmowach z protestującymi w Arłamowie pracownikami ZUL dominowało niedowierzanie do zapewnień strony rdzawej.
– Oni ciągle tylko dużo gadają, a my potrzebujemy zarabiać na chleb. Ekolodzy protestowali, protestowali i pojechali do swoich domów i zajęć. My tutaj na miejscu zostaliśmy bez pracy i perspektyw. – usłyszeliśmy od protestujących. Z nieoficjalnych informacji wynika, że do protestujących pracowników ZUL mają dołączyć inne branże gospodarki leśnej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze