Gdyby nie wciąż rozłożony parasol ochronny nad Przemyskimi Niedźwiadkami, gdyby nie fakt, że wciąż trzeba im wiele rzeczy wybaczyć, uzbroiwszy się w cierpliwość, po spotkaniu we Wrocławiu z rezerwami superligowego Śląska należałoby napisać, że tak meczów nie wolno przegrywać! Bo pojedynek w słynnej „Kosynierce” był absolutnie do wygrania.
Szkoda drugich 20 minut gry. Bardzo. Bo wówczas beniaminek popełnił zbyt wiele błędów własnych, nie wynikających z presji rywala, zbyt wiele prostych sytuacji rozstrzygał po prostu źle, zbyt wielki bałagan panował w defensywie, zbyt wiele rzutów wolnych nie znalazło drogi do kosza rywala, aby Przemyskie Niedźwiadki mogły odnieść trzecie zwycięstwo z rzędu. Choć… Choć i te przypadłości finalnie nie musiały przynieść porażki.
Wrocławianie to chyba jedyny zespół, który nie może w tej lidze przeciwstawić Niedźwiadkom fury doświadczenia i parkietowego cwaniactwa. To młodzi zawodnicy, którzy dopiero uczą się wchodzić w duży basket. Podobnie jak team Daniela Puchalskiego. To zespół, w którym elementem dominującym jest młodzieńcza fantazja, bezkompromisowość z elementami indywidualnego szaleństwa. Tym cechami wygrał trzy mecze na trzy rozegrane w tym sezonie. W pierwszych 20 minutach przemyślanie byli w stanie ukrócić ich werwę do minimum. Co prawda I kwarta minimalnie i szczęśliwie padła łupem gospodarzy, ale w II ćwiartce wyższość w kulturze gry należała do Niedźwiadków. Znakomite wejście w tą część (3:11) pozwoliło szybko odskoczyć na 18:26. Zespołowość przeważała nad indywidualnymi popisami wrocławian. Ci knocili finalizację akcji. Mieli 0/12 zza linii 6,75 m. Nie lepiej wyglądała skuteczność spod kosza. Pojedyncze zrywy zawodników drugiej planu ekipy Łukasza Grudniewskiego, czyli Michała Sitnika i Przemysława Kociszewskiego nie mogły dać efektów. Gościom udało się wyeliminować Jamondę Bryanta jr., który częściej przesiadywał na ławce niż kreował grę. W 18. min miejscowi na moment odzyskali prowadzenie (29:28), ale finisz przemyślan był znakomity. „Trójki” Ediego Sinadinovicia i Michała Chraboty oraz akcja 2+1 Macieja Puchalskiego dała 7-punktowe prowadzenie po I połowie.
Do 25. min Niedźwiadki były w stanie inicjatywę utrzymać (44:46) Potem, niestety, zaczęły pojawiać się błędy, które nie powinny. Bo nie wynikały z prezencji wrocławian, a własnych zaniedbań. Notoryczne przegrywanie indywidualnych pojedynków, „pudła” z linii rzutów wolnych i głupie faule, po których m.in. w 29. min swój udział w meczu zakończył Max Egner, na skraju byli Rafał Serwański i Sebastian Rompa, a faul niesportowy odgwizdany został M. Puchalskiemu. Przez decydującymi 10 minutami rezerwy Śląska wygrywały 62:59.
Niedźwiadki jednak nie dawały za wygraną. Cały czas były blisko rywala. Niezłą zmianę w IV kwarcie dał Łukasz Uberna. To po jego trzech rzutach osobistych w 37. min wynik brzmiał 75:71. Cóż z tego, skoro w obronie było słabo. Bardzo słabo… Na 81 sekund przed końcem wydawało się, że jest po zawodach. Gospodarze prowadzili 82:75. Ale „trójkę” trafił Ł. Uberna, udaną dobitką popisał się S. Rompa i na 30 s przed finałem wszystko było jeszcze do wygrania. Na 10 s przed końcem tylko jeden z dwóch rzutów osobistych wykorzystał L. Bryant jr. (83:80). Ostatnia akcja przemyślan była jednak trochę… nieprzemyślana. Ł. Uberna nie miał pozycji do oddania rzutu za 3 pkt. Rzucił, bo rzucił… Piłka nie wpadła do kosza i wrocławianie mogli cieszyć się z czwartego z rzędu, ale najtrudniej wywalczonego, zwycięstwa w sezonie.
Sędziowali: Mikołaj Kozubiński, Marcin Olejnik i Karol Jaroński (wszyscy z Poznania). Widzów: 143.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze