Ciężkie czasy nastały dla przestępców, bo teraz za byle co można dostać taki wyrok, jak kiedyś za zarżnięcie wujka. Może nie jest aż tak źle, jak na przykład w Arabii Saudyjskiej, gdzie niedawno, na mocy wyroku sądu, wychłostano saudyjskiego księcia, ale niektórzy już drżą, żeby im minister nie złożył wniosku o kasację wyroku. Wyjątkiem jest 48-letni Mieczysław M., który się nie bał, bo odsiedział już tyle wyroków, że każdy następny to mały pikuś.
Odpuka się rok czy dwa i jeszcze w zakładzie karnym zdrowie podratują. Natomiast bał się nie tyle wymiaru sprawiedliwości, co kolegów z miasta, którym wywinął paskudny numer, uznawany w tym światku za jeszcze gorszy niż kapowanie. Mijał dzień za dniem, a Mietek chodził po ulicach w czapce nasuniętej na oczy i rozglądał się na boki, czy przypadkiem w pobliżu nie kręci się któryś ze znajomych. Dobrze wiedział, że takie spotkanie mogłoby w najlepszym razie skończyć się złamanym nosem albo poobijanymi nerkami, więc powoli wpadał w lęki graniczące z paranoją. Taki stan jest podwójnie groźny dla kogoś, kto żyje tak jak Mietek, bo praktycznie uniemożliwia funkcjonowanie. Do tej pory mógł liczyć na to, że w razie potrzeby któryś ze znajomych poratuje i postawi browara albo zaprosi na pół litra. Teraz, nie mając żadnych dochodów, cierpiał katusze. Głód mu nie groził, gdyż mieszkał z matką, która nie odmawiała synowi miski zupy, ale już na papierosy albo gorzałkę nie dawała pieniędzy. W tej sytuacji, po kilku tygodniach prawie zupełnej abstynencji, zdesperowany do ostateczności zrobił skok, prawdopodobnie najgłupszy w swoim życiu.
Po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkał, był warsztat mechaniki samochodowej. W niedzielę przed południem Mietek zaopatrzony w kawał żelaznego pręta zakradł się na podwórko kamienicy i nie przejmując się tabliczką informującą, że obiekt jest monitorowany, wyważył zamek w drzwiach warsztatu. Do znalezionej torby zapakował kilka elektronarzędzi i nie bawiąc się w zacieranie śladów, wrócił do domu, żeby schować łupy do piwnicy. Nazajutrz, kiedy szedł na bazar z wkrętarką w reklamówce, zaczepił go dzielnicowy i zapytał, co ma w torbie. Mietek nie kręcił, nie szedł jak inni w zaparte, tylko od razu wypalił: – Przyznaję się, to moja robota i możecie mnie zamknąć, co też się stało i teraz przez rok będzie miał spokój.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze