Franciszek Jabłoński, gospodarz ze Starego Dzikowa uważa, że padł ofiarą pomówień i spisku uknutego przeciw niemu przez sąsiadów Adama Barszczowskiego i Władysława Kozickiego.
Pan Franciszek samotnie prowadzi gospodarstwo rolne i hodowlę krów, owiec i koni. Jak to na wiosce bywa, czasem inwentarz wyrządzi komuś szkodę, ale zawsze stara się honorowo i polubownie załatwiać sprawę z poszkodowanymi. Zgłosił się do redakcji, ponieważ – jak twierdzi – od lat pada ofiarą pomówień i spisku sąsiadów. F. Jabłoński był już kiedyś bohaterem tekstu w naszym tygodniku, zatytułowanego "Najstarszy gospodarz w wiosce". Teraz ma nadzieję, że ludzie usłyszą prawdę o tym wszystkim, co się w niej dzieje.
– Oni od lat tak robią, poczuli łatwy zarobek, bo sąd im zawsze rację przyznaje i każe płacić, a skąd ja mam na to wszystko wziąć? Sąsiedzi nawet celowo moje bydło przeganiają na swoje pola, żeby szkody u nich wyrządziły, ja nie wierzę, że moje krowy czy konie potrafią latać! Przecież tyle pól mają dookoła, więc dziwne, że tylko na ich idą, a te pola oddalone są o 500 metrów od mojej łąki. To prawda, że dwa lata temu moje krowy weszły im w szkodę, ale[paywall] ja zaproponowałem po sto złotych, sąsiedzi chcieli więcej, więc wezwaliśmy rzeczoznawcę z Lubaczowa i on zarządził im po 400! Poprosiłem o nowego rzeczoznawcę. Sąd z Przemyśla przychylił się do mojej prośby, ale tamten nawet nie przyjechał zobaczyć, o co chodzi, tylko przysłał nakaz zapłaty 700 zł. Zapłaciłem, ale w lipcu 2015 roku znowu się zaczęło. Władysław Kozicki powiedział mi, że idzie na policję, bo moje krowy są na jego polu. Zapytałem, czy ma pewność, że to moje. Odpowiedział, że nie, ale jak te krowy zabierze, to zobaczy, kto po nie przyjdzie. Panie, ja mam sąsiadów dookoła, jakoś z nimi żyję, a ci dwaj cały czas kombinują, bo to łatwy pieniądz.

fot.Marcin Materniak
Obejście F. Jabłońskiego. Czy tak wygląda podwórko milionera?
– Potwierdzam, tak było – ripostuje W. Kozicki – tylko Jabłoński nie powiedział, że kiedy przyjechałem na miejsce z policją, to krów na moich grządkach już nie było, tylko zobaczyliśmy w oddali, jak on te krowy do siebie na łąkę pędzi, to czyje mogły być jak nie jego? Dwa lata temu też miałem taką sytuację, tylko że krowę zabrałem z pola i przywiązałem w stodole. Jabłoński odgrażał się i policją straszył, ale w końcu przyszedł w nocy i tę krowę zabrał. Rano, kiedy wszedłem do stodoły, znalazłem tylko obcięty sznurek. Potem już był spokój. Ja jemu nie zabraniam trzymać zwierząt, tylko niech ich pilnuje, bo samopas chodzą i tylko szkody robią – mówi.
– Krowę mi zabrał i nie chciał oddać – żali się pan Jabłoński. – Byłem na policji u nas i w Lubaczowie, nawet pani prokurator kazała mi pismo listem poleconym do pana Kozickiego wysłać, żeby tę krowę oddał. W końcu po tygodniu ktoś tę krowę wypuścił – dodaje.
– Szedłem z tymi końmi na łąkę. Dwa miałem uwiązane, a dwa szły z tyłu, luzem. Przejechał samochód i mi te z tyłu spłoszył. Przebiegły przez pszenicę Adama Barszczowskiego, ale tylko krajem, dosłownie dwa ślady w niej robiąc. To sąsiad z żoną specjalnie swoją uprawę zdeptali, żeby więcej szkód narobić – mówi F. Jabłoński.
– Proszę pana, co my z Jabłońskim tu mamy, z nim się nie da żyć – mówi A. Barszczowski. – Konie moją pszenicę wytłukły i tyle. Prawda, że dzień i noc na pastwisku stoją, ale jak głodne, to po całej okolicy chodzą. Jabłoński zawsze się awanturuje, że to nie jego wina i tak to niestety jest. Najgorsze jest to, że ma tę hodowlę zwierząt i wypuszcza je wszystkie razem, byki i krowy. Normalnie to strach koło jego domu chodzić, bo to głodne i agresywne. Miałem takie zdarzenie, że jego byki poturbowały rogami moją krowę. W wyniku tego zwierzę padło. Wezwałem policję, to Jabłoński wymyślił, że to ja z synem tę krowę udusiłem, żeby od niego odszkodowanie wyłudzić.
Rozprawa w sprawie przeciwko Jabłońskiemu, z powództwa Kozickiego i Barszczowskiego odbyła się 4 marca w Sądzie Rejonowym w Lubaczowie. Kluczowe okazały się zeznania świadków, między innymi kierownika Rejonu Dzielnicowych w Starym Dzikowie M. Małeckiego
– W obu sprawach byliśmy z interwencją u obwinionego, pan Jabłoński się przyznał i zgodził na wypłatę poszkodowanym odszkodowania, ale do dzisiaj się z tego nie wywiązał.– zeznał.
Wobec stawianych Franciszkowi Jabłońskiemu zarzutów niedopilnowania zwierząt sędzia przyznała rację poszkodowanym i nakazała wypłatę zadośćuczynienia. F. Jabłoński nie uznał swojej winy i zapowiedział apelację.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze