Z początku wojny w Ukrainie przez Przemyśl przeszła ogromna fala migracyjna. Miasto stało się nowym domem dla wielu osób z doświadczeniem uchodźczym, którzy najczęściej zatrzymują się w ośrodkach różnych organizacji i fundacji. Jedną z nich jest ośrodek Fundacji Open Heart, który prowadzi Barbara Sługocka. Ośrodek przyjął ponad 10 tysięcy osób.
Kiedy powstała Fundacja Open Heart i skąd właśnie taka nazwa?
- Ośrodek został otwarty w Przemyślu 28 grudnia ubiegłego roku. Jednak pomoc uchodźcom świadczyliśmy już od początku wojny (od 24 lutego 2022 roku) w Radymnie. Z pracą kojarzyło się nam zawsze otwarte serce dla ludzi w potrzebie. To nasze credo.
Fundacja prowadzi ośrodek. Czym on jest i jak wygląda jego funkcjonowanie?
- Jest to głównie ośrodek dla uchodźców, ale to przede wszystkim miejsce otwarte dla wszystkich. Gdyby zwrócili się do nas Polacy w potrzebie, to też byśmy ich przyjęli. Ale w tej chwili mieszkają w nim osoby z Ukrainy, które przybyły do Polski w związku z wojną i są w bardzo trudnych sytuacjach.
Jakie trzeba spełniać kryterium, żeby zamieszkać w ośrodku i jak długo mogą przebywać w nim uchodźcy?
- Drzwi ośrodka są otwarte. Mieszkać w moim ośrodku mogą nawet osoby spoza Ukrainy, nie zwracamy uwagi na narodowość, wiek i płeć. Jeżeli jest taka potrzeba, to każdemu pomagamy. Co do terminu zamieszkania, odgórnie jest przyjęte trzy miesiące. Ale jeżeli sytuacja wymaga dłuższego mieszkania, to takie osoby po prostu zostają. Często są to osoby, które nie mogą się usamodzielnić, na przykład (choć nie tylko) osoby starsze, które już nie znajdą sobie mieszkania.
Jak to się zaczęło?
- Zebraliśmy grono znajomych, wynajęliśmy budynek, pustostan typu hotelowego. Przygotowaliśmy go, posprzątaliśmy. Mieszkańcy Radymna i okolic pomogli nam go umeblować.
Co Panią zainspirowało, zmotywowało do tego, żeby zająć się pomocą na rzecz uchodźców?
- Dla mnie to nie było pytanie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i nie wiemy, co nas w przyszłości czeka. Pomoc innym to zwykły odruch człowieczeństwa... Widziałam cierpienie tych ludzi, głównie to były kobiety z dziećmi, które nie miały gdzie się podziać, była wśród nich straszna panika... Zebraliśmy się po prostu razem i zaczęliśmy tym ludziom pomagać.
Czym się Pani zajmowała przed wojną?
- Pracowałam jako krawcowa, prowadząc działalność jednoosobową. Byłam również i dalej jestem sołtysem w mojej miejscowości.
Pamięta Pani ten pierwszy dzień wojny, jak to wyglądało?
- Pamiętam bardzo dobrze. Rano dostałam powiadomienie na telefon, a ja później już dzwoniłam po resztę ekipy. W pierwszym dniu załatwiliśmy przez lokalne sklepy i lokalnych przedsiębiorców środki czystości, i zaczęliśmy porządkować ten budynek, przygotowywać go dla ludzi. W sumie byliśmy pierwszym ośrodkiem dla uchodźców w okolicy za przejściem granicznym w Korczowej.
Ile ludzi dostało schronienie u Państwa od momentu otwarcia do dzisiaj?
- Trudno byłoby podać konkretną liczbę, bo były to tysiące osób. Na początku wojny było bardzo dużo ludzi, którzy potrzebowali gdzieś się umyć, wyspać, zjeść coś, a potem jechali dalej. Łącznie na pewno nie mniej niż dziesięć tysięcy.
Często Pani mówi "moja ekipa". Kim są ci ludzie?
- Na początku wojny było bardzo dużo chętnych wolontariuszy, za co im bardzo dziękuję, był to bardzo intensywny czas. W tym momencie zespół tworzą członkowie Fundacji. Czyli pani Ania, pani Agnieszka, pani Marzena i ja. Poznałyśmy się na początku wojny. Z czasem okazało się, że możemy polegać na sobie. Pani Marzena i pani Agnieszka pojechały akurat teraz na zakupy ziemniaków dla ośrodka.
Ile kupujecie na raz?
- Z pięć worków.
Przepraszam, dwie kobiety przywożą i przenoszą to same?
- Tak. Radzimy sobie same.
Wracając do serca otwartego dla wszystkich. Ze swojego doświadczenia wiem, że inne ośrodki dla uchodźców często mają większe ograniczenia niż Open Heart. Na przykład, przyjmują tylko kobiety z dziećmi lub osoby do pewnego wieku, często też bywa, że ośrodki nie chcą przyjmować Romów, a wiem, że Pani ośrodek też im pomaga. Jest to dość ciekawe, przede wszystkim dlatego, że temat Romów jest bardzo trudny ze względu na specyfikę romskiej sytuacji i zauważalną ksenofobię. Jak to jest pomagać tym, od których często jest społeczeństwo odwrócone, jak to jest pomagać tym, których nikt nie chce?
W moim ośrodku przyjmujemy wszystkich w potrzebie, w tym przyjmujemy osoby pochodzenia romskiego, całe rodziny, jeżeli potrzebują i mamy wolne miejsca w ośrodku. Mieszkają u nas wszyscy: Romowie, również rodowici Ukraińcy, też całe rodziny, na przykład mąż z żoną i z dzieckiem. Ostatnio przyjechała romska rodzina: mąż z żoną i dzieckiem. Pan choruje na nowotwór, będzie potrzebował intensywnego leczenia tutaj u nas w szpitalu.
Mówiąc o Romach, jak Pani udaje się dogadywać z grupą, która jest czasami jest dość zamknięta ze względu na dyskryminację i odrzucenie społeczne, jak Pani umie sobie z tym radzić?
- Były takie momenty, że na przykład romskie rodziny tu u nas przyjęte były przez kilka dni takie wycofane i troszkę nieufne na początku, ale tak jak mówię: my wymagamy tylko, żeby się nawzajem szanowali i też ich szanujemy, i to w pewnym momencie procentuje. Trzeba przede wszystkim odnosić się do każdego człowieka jak do człowieka.
Pracuje Pani z uchodźcami wojennymi, których losy są naznaczone wojną. Jak wyglądają ich sytuację takie najcięższe? Kto jest beneficjentem pomocy Open Heart?
- Zamieszkuje u mnie dość długo starsza kobieta, która ma niepełnosprawnego syna w wieku 40 lat. Zanim do nas trafiła, bardzo długo nie mogła znaleźć nigdzie miejsca. Nie mieli gdzie mieszkać i gdzie leczyć syna, a wymagał stałej hospitalizacji, w tej chwili jest pod opieką w specjalnym ośrodku. Bardzo ważne jest dla nas, że ta pani w każdej chwili sobie spokojnie może odwiedzać swego syna wiedząc, że tutaj mieszka i rodzina jest razem. Co może być gorsze od rozłąki z dzieckiem, nawet dorosłym, potrzebującym opieki specjalistycznej. Syn nie chodzi w ogóle, dopiero w tej chwili po rehabilitacji zaczął stawiać pierwsze kroki. Także mieszkała u nas mama z dzieckiem z chorobą psychiczną. (…). Z jej strony w tej kryzysowej sytuacji było dużo obaw co do leczenia psychiatrycznego, gdyż jest to temat bardzo stygmatyzowany. Ale po pewnym okresie udało nam się porozumieć, dziecko otrzymało leczenie i przyniosło to bardzo dużą poprawę. W tej chwili mieszkają w Polsce i dziecko nawet zaczęło uczyć się troszkę i funkcjonuje normalnie, a miało takie ataki, że po prostu nawet nasi psycholodzy, którzy nam tutaj pomagali, nie radzili sobie z nim. Ale zaufanie to podstawa. Nie odwracać się od tego, co nie jest najłatwiejsze, nie zostawiać człowieka samego i to się udało.Mieszka u nas też mężczyzna, który potrzebuje teraz intensywnej chemioterapii. Zaczynamy więc to leczenie, początek długiej drogi. Staramy się mu pomóc. Przyjmowaliśmy nawet pewną kobietę w trakcie porodu do ośrodka, zabraliśmy ją z dworca, gdzie była kilka dni. Ledwie zdążyliśmy wyrobić PESEL i zaczął się poród. Urodził się piękny zdrowy chłopaczek.
Z jakimi trudnościami i wyzwaniami w działalności z uchodźcami mierzy się Pani tak na co dzień najczęściej? I jakie problemy ma Pani najczęściej w ośrodku?
- Takim największym problemem jest, jak przyjeżdżają ludzie, matki z dziećmi i one nie mają nic. Nie mają żadnych zasobów finansowych ze sobą, żadnych oszczędności, ubrań na zmianę dla dzieci. I z perspektywy czasu zauważam, że są bardzo z tego powodu wycofane z życia, załamane w jakiś tam sposób. No wiadomo, że chodzi nie tylko o komfort jaki się ma, jakieś zasoby. Jeśli masz pieniążki przy sobie, to nie musisz prosić o pampersy, o środki higieniczne, prawda… A to jest poniżające. Taką osobę, która odczuwa różnice między sobą i innymi matkami, trudno zachęcić do integracji, do wyjścia. Uderza to w godność człowieka.
Ja mówię o Pani trudnościach, a Pani mówi o trudnościach podopiecznych…
- Jeśli o mnie chodzi… Ja się nie skarżę. Mam wspaniały zespół, z którym cudownie się pracuje i jak ja sobie z czymś nie dam rady, dziewczyny zawsze coś doradzają albo znajdą najlepsze rozwiązanie. Coś mi poradzą na to i na to, i wtedy wspólnie razem rozwiązujemy jakieś, jeżeli są, problemy. Jak widzą, że jestem przemęczona, to wyganiają mnie na dzień wolnego, żeby odpocząć.
Jak to jest działać teraz, kiedy dużo charytatywnych organizacji międzynarodowych opuściło Przemyśl, a wielcy gracze po trochę zostawiają tę arenę. Czy odczuwa się to wśród takich lokalnych aktywistów jak Pani, czy jest wyczuwalna ta różnica?
- Tak, jest o wiele trudniej i coraz gorzej. Niestety, jeżeli nie nawiążą z nami konkretnej współpracy i nie podejmą decyzji, też o pomocy finansowej dla takich małych organizacji jak nasza, to nasza działalność stanie pod znakiem zapytania. W sumie jest jedna organizacja, która wspierała nas finansowo w celu utrzymania beneficjentów. Mam nadzieję, że podejmą decyzję, żeby nas w jakiś sposób wspierać, choć tutaj fizycznie już nie działają. Bo niestety niewiele zostało już nam środków.
Jakiej pomocy potrzebuje Pani ośrodek najwięcej, gdyby znaleźli ludzie chętni pomóc, czego przede wszystkim potrzebujecie?
- Najtrudniejszą kwestią jest bezpośrednie finansowanie ośrodka. Mamy dużo osób, natomiast zapewnić im dach nad głową i wyżywienie możemy tylko do końca marca ze względu na to, że po prostu na razie tyle mamy środków, z których utrzymujemy budynek, płacimy czynsz, media, gaz, wodę. Jest to bardzo kosztowne, kupujemy także wyżywienie i zaspokajamy podstawowe potrzeby naszych podopiecznych. Co do innych potrzeb, to w tej chwili taką bardzo ważną i podstawową sprawą są kursy językowe. Jednak lekcje polskiego powinny trwać cały czas, w takim miejscu jest rotacja ludzi i po prostu te podstawy języka powinny być przekazywane cały czas. Chętnie podejmę współpracę z organizacją, która mogłaby charytatywnie organizować kursy dopasowane do specyfiki ośrodka. Potrzebują tego i nasi dorośli, i nasze dzieci.
Jak Pani widzi przyszłość ośrodka w razie, gdyby udało się kontynuować jego działanie. Słyszałam o pięknych projektach integracji, które ma Pani już zaplanowane. Jakie widzi Pani kierunki rozwoju ośrodka?
- Jak zrobi się troszeczkę cieplej, mamy zamiar wyjść z nowym projektem, coś w rodzaju szyciarni-kawiarni. W tym projekcie chcemy uwzględnić starsze osoby. Starsze osoby z Ukrainy i seniorzy, seniorki z Przemyśla. To starsza społeczność, która niestety jest często tak jakby odizolowana od aktywnego trybu życia reszty społeczeństwa. Starsza pani, która uwielbia na przykład dziubać i szyć coś tam, ależ z różnych przyczyn nie ma możliwości, może sobie przyjść do nas na herbatę, na kawę, na ciasteczko i coś sobie przy okazji zrobić...
To wspaniały pomysł! Czyli oprócz tej całej działalności ośrodka, Open Heart zajmuje się też szerokim spektrum integracji, tworzeniem nowych działań, które są pomocne w życiu na zewnątrz.
- Tak, chcemy właśnie w tym kierunku teraz bardzo mocno działać. Zauważyłam w pewnym momencie takie duże zahamowanie wśród uchodźczyń, coś, co blokuje je, żeby wyjść do kawiarni na herbatę. No teraz jest zima no i jest ciężko, ale mimo wszystko ta blokada jest wewnętrzna. I chcemy stworzyć taką przestrzeń, i jak już będę miała dopięte wszystko na ostatni guzik, to będziemy działać w tym kierunku bardzo mocno, zapraszać jeszcze społeczność lokalną, starsze panie, które będą mogły sobie posiedzieć, pogadać. Wiem, że mamy bardzo dużą społeczność, która mieszka tutaj od lat i która mówi po ukraińsku, więc tutaj też nie będzie żadnego problemu z komunikacją. Jest to projekt łączący, będziemy na przykład zatrudniać w tym projekcie wolontariuszkę, która ma na imię Valentina, z mniejszości narodowej, wspaniała osobę, która już mam dużo pomaga, jest swego rodzaju liderem, nadaje się cudownie. Bardzo dobrze szyje i jest bardzo komunikatywna. Jest to Romka i cudownie komunikuje się nawet z osobami z Polski.
Pani Barbaro, może Pani opowiedzieć o jakichś historiach uwieńczonych sukcesem w Pani pracy z uchodźcami, które Panią inspirują. Coś, co się udało?
- Głównie jestem dumna tutaj z rodzin, którym pomogłam, które w tej chwili mieszkają w Polsce, które nie miały nadziei na początku, a jednak cudownie funkcjonują w tej chwili. Na przykład matka z dwiema córkami, która mieszkała u nas bardzo długo, prawie rok; znaleźliśmy jej pracę i mieszkanie nad morzem. Tam podjęła pracę, dziewczyny poszły do szkoły. Dzieci odnoszą ogromne sukcesy w szkole, mają bardzo dobre oceny, jestem właśnie dumna z ich determinacji, że dały sobie radę. To najbardziej cieszy, że te rodziny, które przyjeżdżały do nas załamane i bez żadnych perspektyw w życiu, żyją teraz wspaniale. Tak samo jest też w innym mieście w Polsce, też duża rodzina, bardzo duża, nie mieli gdzie mieszkać, przejechali z Ukrainy do Jarosławia. Była tam babcia, mama, tato i chyba z tego, co pamiętam, pięcioro dzieci, zostali zostawieni sami sobie. Wtedy policjanci wsadzili ich w taksówki i zapłacili za taksówki i oddelegowali do naszego ośrodka. Rodzina miała dużą traumę, bo przyjechała po naprawdę ciężkim ataku na swoją miejscowość. No cóż.. Małżeństwo szybko podjęło pracę, nawet pracowali w Światowej Kuchni (World Central Kitchen). Później szef, który prowadził punkt w Korczowej w Młynach tej światowej kuchni (nie pamiętam, jak się nazywał), również pomagał im znaleźć mieszkanie, pomagał w notarialnych sprawach wynajęcia mieszkania, i wszystko się udało. Takie przypadki są bardzo inspirujące i to po prostu wielka radość. To sprawia największą satysfakcję, że ci ludzie, którzy zostali sami sobie na ulicy po prostu, teraz mają mieszkanie, żyją, pracują, dzieci się uczą, to jest piękne.
Widzę na Facebooku, Pani cały czas się szkoli i rozwija, że uczestniczy w różnych spotkaniach dla liderek i menedżerek.
- Tak, mamy organizowane spotkania dzięki IOM i organizacji UNHCR. Są poruszane bardzo ważne tematy psychologiczne i inne aktualne, na przykład ochrona dzieci, prawa dzieci, prawa uchodźców. Od początku odkąd zaczęłam prowadzić ośrodek po prostu czuję się zobowiązana do tych szkoleń i poszerzenia wiedzy na ten temat.
Wiem, że Pani samodzielnie opiekuje się trójką dzieci. Poza tym Pani jest sołtysem swojej wsi i nawet przed wojną prowadziła Pani jednoosobową działalność gospodarczą. To jest naprawdę dużo, a teraz do tego wszystkiego zajmuje się Pani też fundacją i ośrodkiem. Jak udaje się Pani to wszystko łączyć, jak to jest?
- Uważam, że tutaj pod kątem łączenia wychowywania dzieci, pracy jako sołtys i prowadzenia ośrodka dla uchodźców, jest to tylko i wyłącznie kwestia organizacji, jest ciężko, jest mało czasu, ale jak coś sprawia satysfakcję, to odczuwa się radość z tego, co się robi. Faktycznie brakuje czasu troszeczkę dla samej siebie, na odpoczynek… Jak dla każdej matki, która ma troje dzieci. Ale jak mówię: to tylko i wyłącznie kwestia organizacji swojego czasu i motywacji. No i w sumie jak robimy coś, co kochamy, to nie męczy.
Pani Barbaro, jest Pani bardzo silną kobietą z dużym ogniem w sercu i widzimy, że radzi sobie Pani z mnóstwem wyzwań w świecie, który wciąż jest bardzo wymagający dla kobiet, zwłaszcza tych, które wybierają drogę liderki, chcą coś osiągnąć. Jakie mogą być Pani porady, zalecenia dla młodych kobiet, które zaczynają taką drogę, które wybierają sobie drogę aktywności społecznej, chcą coś osiągnąć, rozwijać się, zajmować się czymś, co ma w sobie większy sens, jak pomoc ludziom. Co by Pani doradziła przede wszystkim takim młodym początkującym osobom?
- No powiem tak, że tego typu praca z ludźmi to jest też moja pierwsza praca i tak na podstawie własnego doświadczenia i z biegiem czasu powiem, że najważniejszą sprawą jest współpracować z innymi. Nie bądźcie tacy, że „ja wiem najlepiej”, to jest wykluczone po prostu. Zawsze szanować czyjeś zdanie, próbować, wdrażać różne rozwiązania, bo naprawdę czym więcej głów, tym lepiej. Jak czegoś nie wiemy, to trzeba się pytać. Pytać, dowiadywać się, przysłuchiwać się. Nie istnieje lider, który wie wszystko, który najlepiej zna się na wszystkim. Trzeba mieć podstawową umiejętność w życiu: słuchać. Pytać, współpracować z innymi doświadczonymi osobami. Ja na przykład w moim wieku, mając tyle lat, ile mam, słucham młodszych, którzy już pracowali w pomocy humanitarnej bez względu na to, czy ma dwadzieścia lat czy sześćdziesiąt. Doświadczenie tych, którzy długo pracują w pomocy humanitarnej, z ludźmi w traumie, jest bardzo cenne. Uczcie się wszystkiego i nie bójcie się wyzwań.
Rozmawiały: Aisza Kupman, Julia Beretska
Серце, відкрите для всіх
Як чотири польки роблять великі справи на прикордонні
ПЕРЕМИШЛЬ, РАДИМНО, КОРЧОВА
З початком війни в Україні через Перемишль пройшла величезна міграційна хвиля. Місто стало новим домом для багатьох людей з досвідом біженства, які зазвичай зупиняються в центрах різних організацій та фондів. Одним з таких центрів є осередок Фундації Відкрите серце, яким керує Барбара Слугоцька. Центр прийняв понад 10 000 осіб.
Коли було створено Фундацію Open Heart і чому саме така назва?
- Осередок відкрито в Перемишлі 28 грудня минулого року. Однак допомогу біженцям ми надавали від початку війни (з 24 лютого 2022 року) в Радимно. Наша робота завжди нам асоціювалася з відкритим серцем для людей, що потребують допомоги. Це наше кредо.
Яким критеріям потрібно відповідати, щоб потрапити до центр і як довго біженці можуть там перебувати?
- Двері центру відкриті. У моєму центрі можуть жити навіть люди з-за меж України, ми не звертаємо уваги на національність, вік чи стать. Якщо є потреба, допомагаємо всім. Щодо терміну проживання, то прийнято вважати, що це три місяці. Але якщо ситуація вимагає більш тривалого проживання, то такі люди просто залишаються. Часто це люди, які не можуть стати самозарадними, наприклад (але не лише) люди похилого віку, які вже не можуть знайти собі житло.
Як все починалося?
- Ми зібрали компанію друзів, винайняли вільний будинок готельного типу. Підготували його, прибрали. Умеблювати його нам допомагали мешканці Радимна та околиць.
Що Вас надихнуло, мотивувало займатися допомогою біженцям?
- Для мене це не було питанням. Ми всі люди і не знаємо, що нас чекає в майбутньому. Допомагати іншим - це нормальна людська реакція.... Я бачила страждання цих людей, в основному це були жінки з дітьми, яким нікуди було йти, серед них панувала страшна паніка.... Ми просто зібрались разом і почали допомагати цим людям.
Чим Ви займалися до війни?
- Я працювала кравчинею, мала власну справу. Також була і залишаюся старостою мого села.
Ви пам'ятаєте той перший день війни, яким він був?
- Дуже добре пам'ятаю. Вранці мені прийшло повідомлення на телефон, а пізніше я вже телефонував решті команди. У перший же день ми домовилися через місцеві магазини та місцевих підприємців про засоби гігієни, почали приводити будівлю до ладу і готувати її для людей. Загалом, ми були першим центром для біженців на території за прикордонним переходом Корчова.
Скільки людей отримали у Вас прихисток з моменту відкриття і до сьогоднішнього дня?
- Важко назвати конкретну цифру, тому що це були тисячі людей. На початку війни було дуже багато людей, яким потрібно було десь помитися, поспати, щось поїсти і тоді вони їхали далі. Загалом, напевно, не менше десяти тисяч.
Ви часто кажете "моя команда". Хто ці люди?
- На початку війни було дуже багато охочих волонтерів, за що я їм дуже дякую, це був дуже напружений час. На даний момент команда складається з членів Фундації. Тобто пані Аня, пані Агнешка, пані Мажена і я. Ми познайомилися на початку війни. З часом зрозуміли, що можемо покладатися одна на одну. Пані Мажена і пані Аґнєшка щойно пішли купувати картоплю для осередку.
Скільки купуєте за раз?
- Приблизно п'ять мішків.
Вибачте, дві жінки самі все привозять і переносять?
- Так. Ми самі даємо собі раду.
Повертаючись до серця, відкритого для всіх. З власного досвіду знаю, що інші центри для біженців часто мають більше обмежень, ніж Open Heart. Наприклад, вони приймають тільки жінок з дітьми або людей до певного віку, часто трапляється, що центри не хочуть приймати ромів, а я знаю, що Ваш центр також допомагає і їм. Це досить цікаво, головним чином тому, що тема ромів є дуже складною через специфіку ромської ситуації та ксенофобію, яка відчувається в суспільстві. Як це - допомагати тим, від кого суспільство часто відвертається. Як це - допомагати тим, кого ніхто не хоче?
- У моєму центрі ми приймаємо всіх хто цього потребує, в тому числі людей ромського походження, цілими сім'ями, якщо вони цього потребують і у нас є вільні місця в осередку. Розміщуємо в себе всіх: і ромів, і корінних українців, і цілі сім'ї, наприклад, чоловіка з дружиною і дитиною. Нещодавно приїхала ромська сім'я: чоловік з дружиною і дитиною. Чоловік хворий на рак і потребує інтенсивного лікування в нашій лікарні.
Говорячи про ромів, як Вам вдається порозумітися з групою, яка іноді є досить закритою через дискримінацію та соціальне відторгнення?
- Бувають наприклад моменти, коли ромські сім'ї, яких ми приймали тут, спочатку кілька днів були відстороненими і трохи недовірливими. Але, як я вже казала, ми вимагаємо від них лише поваги один до одного і також поважаємо їх, це в якийсь момент приносить свої результати. Перш за все потрібно ставитися до кожної людини, як до людини.
Ви працюєте з біженцями від війни, доля яких призначена війною. Якою є їхня ситуація? Хто є бенефіціарами допомоги Open Heart?
- У мене вже досить довго мешкає літня жінка, що має неповносправного сина віком близько 40 років. До того як вона потрапила до нас, вона дуже довго не могла ніде знайти собі місця. Їй не було де жити, не було де лікувати сина, а він потребував постійної госпіталізації. Зараз він перебуває у спеціалізованому центрі. Для нас дуже важливо, щоб ця жінка могла спокійно відвідувати сина в будь-який час, знаючи, що він живе тут і сім'я разом. Що може бути гіршим, ніж розлука з дитиною, навіть дорослою, яка потребує спеціалізованого догляду. Син зовсім не ходить, він тільки зараз почав робити перші кроки після реабілітації. Також у нас проживала мама з дитиною, що має психічне захворювання. (...). З її боку в тій кризовій ситуації було багато побоювань щодо психіатричного лікування, оскільки це дуже стигматизована тема. Але через деякий час нам вдалося порозумітися, дитина отримала лікування і це принесло дуже велике покращення. Зараз вони живуть у Польщі і дитина вже навіть почала трохи вчитися та нормально функціонує, а раніше у неї були такі напади, що навіть наші психологи, які допомагали нам тут, не могли з нею впоратися. Ключове - це довіра. Не відвертатися від того, що не є найпростішим, не залишати людину наодинці і це спрацьовує.Також у нас живе чоловік, який зараз потребує інтенсивної хіміотерапії. Починаємо лікування, це початок довгого шляху. Намагаємося йому допомогти. Ми навіть приймали в центрі одну жінку в процесі пологів, забрали її зі вокзалу, де вона перебувала кілька днів. Ми ледве встигли оформити для неї номер PESEL, як почалися пологи. Народився гарний здоровий хлопчик.
З якими труднощами та викликами Ви найчастіше зустрічаєтесь у своїй роботі з біженцями? І які проблеми найчастіше виникають в осередку?
- Найбільшою проблемою є та,коли люди приїжджають, мами з дітьми, і вони не мають нічого. Не мають з собою жодних коштів, жодних заощаджень, жодного змінного одягу для дітей. І з висоти часу я помічаю, що вони дуже відірвані від життя через це, певним чином зламані. Відомо, що йдеться не лише про комфорт, якісь ресурси. Якщо в тебе є власні гроші, ти не мусиш просити памперси, засоби гігієни, так... Бо це принизливо. Таку особу, котра відчуває різницю між собою та іншими матерями, важко заохотити до інтеграції, до виходу на вулицю. Це завдає удару по гідності людини.
Я говорю про Ваші труднощі, а Ви говорите про труднощі Ваших підопічних....
- Що стосується мене... Я не скаржуся. У мене чудова команда, з якою приємно працювати і якщо у мене щось не виходить, дівчата завжди дадуть пораду або знайдуть найкраще рішення. Вони дають мені поради щодо того чи іншого, а потім ми разом працюємо над вирішенням проблеми, якщо вона є. Якщо вони помічають, що я перевтомилася, то роблять мені на вихідний, щоб перепочити.
Як вам працюється зараз, коли багато міжнародних благодійних організацій покинули Перемишль, а великі гравці потроху сходять з цієї арени? Чи відчувається це серед місцевих активістів, таких як Ви? Чи різниця є відчутною?
- Так, набагато важче і стає все гірше. На жаль, якщо вони не налагодять з нами конкретної співпраці і не приймуть рішення, в тому числі про фінансову підтримку таких невеликих організацій, як наша, то наша діяльність буде під питанням. Загалом, є лише одна організація, яка підтримала нас фінансово, щоб допомогти утримувати бенефіціарів. Сподіваюся, що вони приймуть рішення в якийсь спосіб нас підтримати, навіть якщо вони вже не будуть тут фізично працювати. Тому що, на жаль, у нас залишилося не так багато ресурсів.
- Якої допомоги, на Вашу думку, найбільше потребує центр? Якби знайшлися люди, які б хотіли допомогти, що Вам потрібно в першу чергу?
- Найскладнішим питанням є безпосереднє фінансування центру. Людей у нас багато, але ми можемо забезпечити їх дахом над головою і їжею тільки до кінця березня, з огляду на те, скільки грошей залишилось у нас на даний момент, які ми витрачаємо на утримання будівлі, оплату оренди, комунальних послуг, газу і води. Це дуже затратно. Ми також купуємо продукти харчування і задовільняємо базові потреби наших мешканців. Що стосується інших потреб, то на даний момент дуже важливими і базовими є мовні курси. Однак уроки польської мови повинні тривати перманентно, в такому місці відбувається ротація людей і тому ази мови потрібно викладати постійно. Буду рада співпрацювати з організацією, котра могла б на благодійних засадах організувати курси, пристосовані до специфіки центру. Цього потребують і наші дорослі, і наші діти.
Яким Ви бачите майбутнє центру, якщо він зможе продовжити свою діяльність. Я чула про чудові проекти з інтеграції, котрі Ви вже запланували. Які шляхи розвитку Ви бачите для осередку?
- Коли трохи потепліє, ми плануємо новий проект, щось на кшталт швейної кав'ярні. У цей проект хочемо залучити старших людей. Літніх людей з України та літніх людей з Перемишля. Це старша спільнота, яка, на жаль, часто є ізольованою від активного способу життя решти суспільства. Наприклад літня пані, котра любить щось в'язати чи шити, але з різних причин не має можливості це робити, може прийти до нас на чай, на каву, на печиво і при нагоді зробити щось для себе....
Це чудова ідея! Тобто, на додаток до всіх цих видів діяльності осередку, Open Heart також займається широким спектром інтеграції, створенням нових видів діяльності, корисних для життя за межами центру.
- Так, ми хочемо зараз дуже активно працювати в цьому напрямку. У певний момент я помітила, що серед жінок-біженок є велике заціпеніння, щось, що блокує їх від того, щоб вийти в кав'ярню випити чаю. Зараз зима і це зробити складніше, але попри все ця блокада все одно внутрішня. І ми хочемо створити такий простір, і як тільки я зроблю останні штрихи, будемо дуже багато працювати в цьому напрямку, запрошувати туди також і місцеву громаду, старших жінок, які зможуть посидіти і поспілкуватися. Я знаю, що у нас дуже велика громада, яка живе тут роками і розмовляє українською мовою, тому тут також не буде проблем зі спілкуванням. Це проект єднання. Наприклад, ми залучимо до нього волонтерку, її звати Валентина, вона з національної меншини, чудова людина, яка мені вже дуже допомагає, вона є своєрідним лідером і дуже добре підходить для цього. Чудово шиє і є дуже комунікабельною. Вона ромка і чудово спілкується навіть з людьми з Польщі.
Пані Барбаро, розкажіть будь ласка, про історії успішної роботи з біженцями, які вас надихають. Щось, що вдалося зробити?
- Найбільше пишаюся сім'ями, яким я допомогла, які зараз живуть у Польщі, які на початку не мали жодної надії, але зараз чудово функціонують. Наприклад, мама з двома доньками, яка жила у нас дуже довго, майже рік. Ми знайшли їй роботу і квартиру на березі моря. Вона влаштувалася там на роботу, дівчатка пішли до школи. Діти дуже успішно навчаються в школі, у них дуже хороші оцінки, я просто пишаюся їхньою цілеспрямованістю, тим, що їм все вдалось. Найбільш приємно, що ті сім'ї, котрі прийшли до нас розбитими і без жодних життєвих перспектив, зараз живуть чудовим життям. Те ж саме в іншому місті в Польщі, також велика сім'я, дуже велика, їм не було де жити, вони приїхали з України до Ярослава. Там була бабуся, мати, батько і, здається, наскільки я пам'ятаю, п'ятеро дітей, вони залишилися самі на себе. Поліцейські посадили їх у таксі, заплатили за таксі і відправили до нашого центру. Сім'я була дуже травмована, тому що вони приїхали після сильної атаки на їхнє село. Що ж. Подружжя швидко влаштувалося на роботу, вони навіть працювали у Всесвітній Кухні (World Central Kitchen). Пізніше бос, який керував пунктом Корчова в Млинах цієї Всесвітньої кухні (не пам'ятаю його імені), також допомагав знайти їм помешкання, допоміг з нотаріальними питаннями щодо оренди квартири, і все вдалось. Такі випадки дуже надихають і це просто величезна радість. Найбільше задоволення дає те, що ці люди, які залишилися просто на вулиці, тепер мають квартиру, вони живуть, вони працюють, їхні діти вчаться, це чудово.
Я бачу у Фейсбуці, що Ви постійно навчаєтсь і розвиваєтесь, відвідуєте різні зустрічі для жінок-лідерок і управлінців.
- Так, у нас є зустрічі, організовані завдяки IOM та УВКБ ООН. Там порушуються дуже важливі психологічні та інші актуальні теми, наприклад, питання захисту дітей, права дітей, права біженців. З самого початку, відколи я почала керувати осередком, відчуваю, що просто зобов'язана проходити ці тренінги і поширювати знання з цієї тематики.
Знаю, що Ви самостійно виховуєте трьох дітей. Крім того, ви є старостою свого села, і навіть до війни були приватним підприємцем. Це дуже багато, а тепер на додачу до цього, ще й керуєте фундацією та осередком. Як Вам вдається все це поєднувати, як це відбувається?
- Вважаю, що під кутом поєднання виховання дітей, роботи старостою та управління центром для біженців, є виключно справою самоорганізації, це важко, часу мало, але коли щось приносить результат, відчуваєш радість від того, що ти робиш. Насправді, трохи не вистачає часу на себе, на відпочинок... Як і у кожної мами, яка має трьох дітей. Але, як кажу, це просто питання організації свого часу і мотивації. А загалом, коли ми займаємося улюбленою справою, вона не втомлює.
Пані Барбаро, Ви дуже сильна жінка з великим вогнем у серці, і ми бачимо, що Ви маєте справу з багатьма викликами у світі, який все ще дуже вимогливий до жінок, особливо до тих, котрі обирають шлях лідерки, котрі хочуть чогось досягти. Що б Ви могли порадити, рекомендації для молодих жінок, які починають такий шлях, які обирають шлях громадського активізму, які хочуть чогось досягти, розвиватися, займатися чимось таким, що є сенсовним, наприклад, допомагати людям. Що б ви порадили саме таким молодим початківцям?
- Скажу так, такий вид роботи з людьми також є моїм першим досвідом, тому, виходячи з особистого досвіду і з плином часу, я б сказала, що найважливіше - співпрацювати з іншими. Не будьте такими, як "я знаю найкраще", про це не може бути й мови. Завжди поважайте чужу думку, пробуйте, впроваджуйте різні рішення, бо так дійсно є - чим більше голів, тим краще. Якщо чогось не знаємо, маємо запитати. Питайте, дізнавайтеся, слухайте. Не існує лідера, котрий знає все, котрий би все знай найкраще. Потрібно мати базову життєву вмілість: слухати. Запитувати, співпрацювати з іншими досвідченими людьми. Я, наприклад, у своєму віці, маючи стільки років , скільки маю, слухаю молодших людей, які вже працювали в гуманітарній допомозі. Без огляду на те, чи їм двадцять, чи шістдесят років. Досвід тих, хто довго працює в гуманітарній допомозі, з людьми в стані травми, є дуже цінним. Вчіться всьому і не бійтеся викликів.
Інтерв'ю проводили: Айза Купман, Юлія Берецька
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze