Uczymy się grać po to, aby być piękniejszymi ludźmi

11/10/2026 13:10

Rozmowa z Magdaleną Betleją, skrzypaczką, nauczycielem w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych im. Artura Malawskiego w Przemyślu i Zespole Państwowych Szkół Muzycznych im. Fryderyka Chopina w Jarosławiu prezesem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu.


Trudno o twój oficjalny biogram. Czy to wynika z braku potrzeby nadmiernego akcentowana kariery artystycznej, czy w ten sposób chronisz swoją prywatność?

– Z pewnością nie chodzi o ochronę prywatności. Mam świadomość, że jestem osobą publiczną i przyjmuję to ze wszystkimi konsekwencjami. Mój biogram można znaleźć w folderach wielu wydarzeń, w których brałam udział jako muzyk, wykładowca czy juror. To prawda, że w internecie niewiele o sobie piszę, ale po prostu nie czuję takiej potrzeby, nie chcę epatować swoją osobą. Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, czym zajmuję się na co dzień. Zresztą to, co zapisane na papierze, a tym bardziej w sieci, często niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Wolę, by mówiła za mnie moja praca.

O czym marzyła Magda, gdy miała siedem lat? Chciałaś być aktorką, modelką, tancerką, alpinistką, a może strażaczką? Czy raczej od razu wiedziałaś, że zostaniesz skrzypaczką?

– O tym, że zostanę skrzypaczką, wiedzieli przede wszystkim moi rodzice. To oni zapisali mnie na skrzypce do szkoły muzycznej w Przemyślu, a później także moją siostrę Agnieszkę, z którą moje życie, również to muzyczne, splata się od dzieciństwa aż do teraz. Nie przypominam sobie, by rodzice pytali mnie o zdanie. Ta decyzja zapadła w sposób zupełnie naturalny. Muzyka była w naszym domu obecna od zawsze, za sprawą taty i muzyków, którzy często nas odwiedzali. Jako dziecko byłam przekonana, że wszyscy ludzie na świecie grają na jakimś instrumencie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek chciała być kimś innym. Nie marzyłam jednak o tym, by zostać gwiazdą. Po prostu chciałam grać na skrzypcach. I to właśnie skrzypce stały się moim światem.

Wspomniałaś o tradycjach rodzinnych.

– Tata Stanisław Kucab był wybitnym pedagogiem akordeonu. Wykształcił wielu znakomitych muzyków, którzy dziś są ważnymi postaciami i zajmują ważne stanowiska w świecie kultury. Mnie i mojej siostrze przekazał miłość do muzyki, ale także kreatywność i zmysł organizacyjny. Sam był znakomitym organizatorem, czego najlepszym przykładem są początki Festiwalu Muzyki Akordeonowej w Przemyślu. Wspominamy ten czas jako okres, którego duch wypełniał cały nasz dom: nieustanne spotkania, ludzie, długie rozmowy. To właśnie stamtąd wyrasta nasze dzisiejsze porozumienie, kiedy wspólnie organizujemy życie muzyczne w Przemyślu.

Pamiętasz pierwszy koncert w swoim wykonaniu?

– Pierwszego koncertu nie pamiętam, ale za to doskonale pamiętam swój pierwszy egzamin. W szkole muzycznej zdaje się je regularnie, a ja miałam wtedy siedem lat. To był mój pierwszy artystyczny stres: trzeba zagrać przygotowany program, a komisja ocenia to wykonanie. Zupełnie inaczej przeżywałam popisy i koncerty, zwykle przed rodzicami, rodziną i znajomymi. Te sprawiały mi ogromną radość. Jako dziecko wyobrażałam sobie, że muzyk wychodzi na scenę po to, by się pochwalić, popisać, zabłysnąć. Z perspektywy czasu wiem też, jak ważne jest, by nauka dziecka w szkole muzycznej nie stawała się spełnianiem oczekiwań czy niezrealizowanych marzeń rodziców. Dziś moje rozumienie roli muzyka jest zupełnie inne.

Czyli…

– Rola muzyka nie polega na popisywaniu się na scenie. Muzyk przekazuje słuchaczom zamysł kompozytora, a wraz z nim także część siebie: swoje emocje, wrażliwość, wewnętrzne wibracje. Jest pośrednikiem między tym, co nadprzyrodzone, a tym, co ludzkie. Tak właśnie dziś to postrzegam.

Jakie wydarzenie artystyczne uważasz za najważniejsze w swojej karierze?

– Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że każde wydarzenie artystyczne było dla mnie na tyle ważne, że nie potrafię wskazać jednego, najważniejszego. Dotyczy to także tych, które nie do końca się udały albo potoczyły się inaczej, niż zakładałam. One również czegoś mnie uczyły, były lekcją na przyszłość i pozwalały mi się rozwijać. Podobnie nie umiałabym wskazać najważniejszego utworu, najwspanialszego muzyka czy najlepszej książki. Wartościowanie w świecie sztuki jest niezwykle trudne, ryzykowne, a właściwie niemożliwe. Nie ulega jednak wątpliwości, że wspólne koncerty z wielkimi artystami kształtowały i wciąż kształtują mnie jako skrzypaczkę. Miałam szczęście spotkać na swojej drodze wielu wybitnych muzyków, którzy byli i nadal są moimi mentorami, a zarazem przyjaciółmi i partnerami w kameralistyce.

Osobisty rozwój artystyczny to także udział innych osób. Kto miał największy wpływ na twoje instrumentalne umiejętności?

– Miałam ogromne szczęście do wspaniałych nauczycieli. Nie tylko uczyli mnie techniki gry, ale dawali mi też ogromne wsparcie mentalne. Być może właśnie dzięki temu wciąż gram na skrzypcach. Nauczanie techniki powinno bowiem iść w parze z wrażliwością na kryzysy ucznia i umiejętnością wskazywania mu różnych dróg wyjścia z trudności. Takie wsparcie otrzymałam od mojego pierwszego nauczyciela, Andrzeja Gurana. Później spotkałam równie ważnych pedagogów na licznych kursach mistrzowskich. Podczas studiów w Akademii Muzycznej w Krakowie trafiłam pod opiekę wspaniałej profesor, nieżyjącej już niestety Ariadny Lwowicz-Pawłowskiej. To ona utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam dar do pracy pedagogicznej, choć jako młoda studentka wcale nie chciałam zostać nauczycielką.

Twoja artystyczna droga wyraźnie dzieli się na trzy dziedziny: kameralistkę, pedagogikę i promowanie kultury muzycznej. Jesteś prezesem najstarszego w mieście, a pewnie jednego z najstarszych w kraju, bo liczącego 164 lata, Przemyskiego Towarzystwa Muzycznego. Która z tych dziedzin sprawia Ci największą radość?

– Na co dzień się nad tym nie zastanawiam. Pogodzenie tych trzech dziedzin nie jest łatwe, zwłaszcza że dochodzi do tego życie rodzinne i związane z nim obowiązki. W tym miejscu chciałabym złożyć ukłon mojej rodzinie i bliskim, a zwłaszcza mojemu mężowi, dziękując za wsparcie w każdej postaci i towarzyszenie mi w drodze artystycznej. Gdybym jednak musiała wybierać, powiedziałabym, że dziś największą radość daje mi praca pedagogiczna. Wciąż rozwijam się w tym kierunku. Wieloletnia praca z młodzieżą procentuje coraz większą pewnością, opartą na doświadczeniu i obserwacji. Ogromną satysfakcję odczuwam, gdy moi uczniowie kontynuują naukę w akademiach muzycznych i uniwersytetach, a potem stają się niezależnymi, wspaniałymi muzykami. Gdy czytam o ich dokonaniach, czuję się, jakby ktoś otwierał szampana i wznosił toast za wyjątkowe wydarzenie. Działalność w Przemyskim Towarzystwie Muzycznym i funkcję prezesa traktuję natomiast jako służbę. Ogromnie cieszy mnie, że od tylu lat realizujemy Przemyską Jesień Muzyczną, przed nami już jej czterdziesta trzecia edycja, która rozpocznie się już 22 października i potrwa do 22 listopada. Na trwałe w historię miasta wpisały się także Wiosenne Kursy Mistrzowskie. Od ponad stu lat Towarzystwo Muzyczne dba o kulturę muzyczną Przemyśla. Mieszkańcy mogą tu słuchać, spotkać się oraz uczyć od wybitnych autorytetów, instrumentalistów z kraju i z zagranicy. Ale chyba najważniejsze jest to, że w Towarzystwie spotykają się wspaniali ludzie, którzy chcą razem tworzyć i działać. Nie z obowiązku, lecz dlatego, że sprawia im to radość i daje poczucie spełnienia w dziedzinie edukacji kulturalnej. Jeśli zaś chodzi o działalność artystyczną, to najbardziej lubię grać kameralnie. Chyba nigdy nie marzyłam o karierze solistki. Kameralistyka zawsze pociągała mnie najbardziej, bo opiera się na współpracy. Kocham życie, lubię ludzi, a spotykam ich na swojej drodze artystycznej bardzo wielu. Lubię tworzyć wspólnie z innymi. Swoich podopiecznych z wielką przyjemnością i starannością uczę pracy zespołowej, a szczególną uwagę przywiązuję do współpracy, komunikacji i wzajemnego szacunku. Mam nadzieję, że przyda im się to w życiu, bo głęboko wierzę, że umiejętności zdobyte w kameralistyce rozwijają zdolność do pracy w zespole także w zupełnie innych dziedzinach.

Droga do sukcesu artystycznego bywa kręta, wyboista. Okupiona czasem ciężką pracą na lekcjach instrumentu. Wielki sukces odnoszą nieliczni. Jak rozumiesz sukces i czy trzeba być Henrykiem Wieniawskim, aby czerpać satysfakcję i radość z koncertowania?

– Zdecydowanie nie. Często mylimy sukces z nagrodami i wyróżnieniami zdobywanymi na konkursach. Dla mnie, i nie tylko dla mnie, sukces na drodze artystycznej to przede wszystkim wytrwałość i umiejętność pokonywania trudności. Profesor Shinichi Suzuki twierdził, że gry na instrumencie można nauczyć każdego. Nie należy już na starcie przesądzać, czy ktoś ma predyspozycje, czy nie, bo to zweryfikuje życie. Każdy człowiek ma natomiast prawo rozpocząć naukę: każde dziecko i każdy dorosły, niezależnie od wieku. To piękna filozofia, którą zgłębiałam przez ostatnie trzy lata. Jej sednem jest indywidualne podejście do każdego ucznia i podążanie za tempem jego rozwoju. Każdy z nas jest inny i na różnych etapach życia ma inne możliwości. Zadaniem pedagoga jest to dostrzec, pomóc rozwinąć drzemiący w dziecku potencjał, towarzyszyć mu i go wspierać. Dziś uczę gry na skrzypcach metodą Suzuki wszystkich chętnych, od trzylatków po osoby dojrzałe. Metoda ta opiera się na naturalnym sposobie, w jaki przyswajamy język ojczysty, czyli na naśladowaniu i powtarzaniu. Nieodłączną częścią nauki jest zabawa i zdobywanie wiedzy poprzez skojarzenia. Ważne jest też eliminowanie stresu: rezygnacja z ocen, egzaminów i konkursowych porównań. Profesor Suzuki podkreślał, że uczymy się grać na skrzypcach po to, by rozwijać się duchowo i stawać się piękniejszymi ludźmi.

Wyobraź sobie taką sytuację, przychodzi do Ciebie na jedną z pierwszych lekcji siedmiolatka lub siedmiolatek i pyta: pani profesor, a po co ja mam godzinami ćwiczyć grę na instrumencie? Co mi to da? Co odpowiadasz, bo zakładam, że jednak dość często słyszysz takie pytania?

– Nigdy nie usłyszałam takiego pytania od ucznia. Dzieci go nie zadają. Zaczynają naukę z poczucia obowiązku albo z fascynacji grą innych: kolegów czy artystów, których miały okazję usłyszeć. To raczej rodzice, zapisując dziecko do szkoły muzycznej, zastanawiają się, co mu to da i jaka czeka je przyszłość. Zawsze odpowiadam im po prostu: nie uczymy się po to, by błyszczeć na scenie czy celująco zdawać egzaminy. Robimy to dla pełniejszego, osobistego rozwoju. Uczymy się po to, by stawać się piękniejszymi ludźmi. A jeśli z tego wyniknie coś więcej, to tym lepiej.

Twój największy sukces jako pedagoga?

– Znów odpowiem nieco przekornie. Nagrody i wyróżnienia zdobywane przez moich uczniów na konkursach, a mają ich na koncie wiele, nie są moimi największymi sukcesami jako pedagoga. Prawdziwym sukcesem jest dla mnie przeprowadzenie ucznia przez trudny czas czy kryzys, zmotywowanie go do dalszej pracy albo wspólne rozwiązanie problemu, z którym się zmaga.

Twój największy sukces jako osoby odpowiadającej za PTM.

– Największym sukcesem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu jest to, że od 164 lat nieprzerwanie istnieje i działa. Wciąż przyjeżdżają i chętnie do nas wracają artyści z całej Europy, a nawet z dalszych zakątków świata, a także ludzie, którzy po prostu kochają muzykę. To zasługa wielu pokoleń. Nadal udaje się nam znajdować osoby gotowe pomagać i angażować się w wolontariat. Działają zespoły instrumentalne i chóralne. Wspieramy się nawzajem i wspólnie realizujemy kolejne projekty. Warto pamiętać, że PTM przetrwało niejedną dziejową zawieruchę: zabory, pierwszą i drugą wojnę światową, czasy powojenne, a dziś musi odnaleźć się w realiach wolnego rynku. Znakomicie opisał to Jerzy Zajączkowski w swojej książce poświęconej Towarzystwu Muzycznemu za czasów Ludwika d'Army Dietza. Sukcesem jest również to, że po raz czterdziesty trzeci organizujemy Przemyską Jesień Muzyczną. To zasługa nie jednej osoby, lecz całego zespołu ludzi kreatywnych, oddanych muzyce i przekonanych, że pielęgnują dziedzictwo kulturowe nie tylko naszego miasta.

Czym dla ciebie jest muzyka?

– Muzyka to moje życie. Pulsuje we mnie nieustannie, niezależnie od tego, czy tego chcę. Trudno mi ująć to inaczej niż jako przeznaczenie, czegoś, od czego nie sposób uciec i od czego zresztą nigdy nie próbowałem uciekać, choć czasem wybieram ciszę. Jest dla mnie także głębokim doświadczeniem duchowym, przestrzenią, w której dotykam czegoś większego niż ja sama. Właśnie to staram się przekazywać innym. W muzyce odnajdujemy siebie.

Dziękuję za rozmowę

Artur Wilgucki  

Magdalena Betleja – skrzypaczka, kameralistka, pedagog klasy skrzypiec Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych w Przemyślu, prezes Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu. Absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie. Umiejętności instrumentalne doskonaliła na licznych kursach mistrzowskich w Polsce i za granicą. W latach 1994-1999 była członkiem Europejskiej Orkiestry Młodzieżowej pod patronatem Sir Yehudi Menuhina. Wśród jej wychowanków są laureaci prestiżowych konkursów instrumentalnych w Polsce i za granicą. Jako kameralistka współpracowała z wieloma wybitnymi artystami oraz orkiestrami, a na stałe jest członkiem Przemyskiego Kwartetu Smyczkowego i Przemyskiej Orkiestry Kameralnej. Od roku 2005 jest dyrektorem artystycznym Międzynarodowego Festiwalu Przemyska Jesień Muzyczna oraz prezesem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu. Prowadzi liczne polskie i międzynarodowe projekty propagujące muzykę klasyczną, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości kompozytorów polskich. Za swą działalność artystyczną i edukacyjną wielokrotnie nagradzana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, marszałka województwa podkarpackiego, prezydenta miasta Przemyśla i inne instytucje kulturalne.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

 

   

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/10/2026 13:10

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki