Pogoda sprzyja wypadom za miasto, a trzeba przyznać, że dookoła Przemyśla jest co oglądać. Choćby malownicze ruiny fortów Twierdzy Przemyśl. Jeżeli ktoś zapędzi się do Bolestraszyc, na fort XIII San Rideau (fr. Kurtyna Sanu), we wnęce tylnej ściany zburzonych koszar może zauważyć ciemną postać. Nie przez przypadek jakiś anonimowy autor właśnie tam namalował sylwetkę przygarbionego, zarośniętego człowieka. Z tym miejscem związana jest tajemnicza historia, która zaczęła się w 1926 roku.
Wtedy w czasopiśmie „Naokoło Świata” ukazał się specjalny artykuł W. Kohutnickiej „Tajemnica fortu nr 13”. Autorka przytacza w nim historię, którą ponoć usłyszała w pociągu, jadąc z Przemyśla do Warszawy. Latem 1923 roku na forcie trwały prace rozbiórkowe, podczas których odzyskiwano cenny wówczas złom. Robotnicy materiałami wybuchowymi kruszyli mury i rozbierali ruiny. Kiedy oczyścili korytarz na parterze, zobaczyli we wnęce żelazne drzwi. Takie niespodzianki zdarzały się często, więc zdjęli je z zawiasów i jeden z nich, przyświecając sobie lampą, samotnie zszedł schodami w głąb.
Nagle pozostali robotnicy usłyszeli[paywall] jego stłumiony, pełen grozy krzyk. Myśląc, że ich kolega wpadł w jakąś czeluść, których w ruinach nie brakowało, pobiegli mu na pomoc. Znaleźli go leżącego na schodach bez czapki, z rozwichrzonymi włosami. Twarz miał bladą i wykrzywioną w strasznym grymasie, w ręku kurczowo ściskał zbitą latarkę. Wyniesiony na powietrze i ułożony na trawie, zemdlał. Kiedy go docucono, wyjęczał: – Jakie to straszne, jakie to straszne. Uznano, że postradał zmysły i odwieziono go do szpitala. Jednak ciekawość przeważyła i kierownik robót wraz z czterema pracownikami zeszli do podziemia, by zbadać, co tak przeraziło młodego robotnika.
Kohutnicka tak to opisała: „(..) chłodna mgła gęstniała z każdym stopniem stromych schodków, po których stąpali gęsiego z latarkami w rękach. Na dole ciągnął się długi korytarz, z szeregiem drzwi po obu stronach. Po ich otwarciu stwierdzili, że były to małe celki, nisko sklepione, o potężnych, betonowych ścianach. Wiało z nich pustką, w jednej tylko leżał zardzewiały kociołek i trochę zgniłej słomy. Jakie było przeznaczenie tych pomieszczeń – wówczas jeszcze nie wiedziano. Korytarz kończył się obszerną halą ze studnią. Stąd wybiegały dwa korytarze, tworząc łącznie z poprzednim literę Y. Robotnicy przeszli do jednego z nich. Tu rozkład był nieco inny, a sale większe, pełne zwojów kolczastego drutu i armatnich łusek. Powietrze było tu jeszcze cięższe, pachniało zgnilizną i amoniakiem. Po obu stronach korytarza było czworo drzwi. W pierwszej sali, najobszerniejszej ze wszystkich, stał szereg stelaży z resztkami prowiantów, całą masą puszek od konserw, butli, skrzynek i worków ze spleśniałymi sucharami. Wszystko to, zmieszane razem i cuchnące, walało się w straszliwym nieładzie, jakby po pogromie. Wśród tych rupieci uganiały się szczury wielkości kotów.
W drugim pokoju znajdowały się resztki starego umundurowania i pościeli. Trzecie drzwi były zamknięte. Po ich wyłamaniu, gdy we dwóch weszli do wnętrza sali, zaciekawieni, co tu zastaną, zdrętwieli z przerażenia. W krwawym blasku latarni, na tle szarego betonu, pośrodku beczek, skrzyń i śmieci, stała mara okropna, upiorna, nagi kościotrup, obrośnięty masą splątanych siwych włosów. Nie wiedząc, z kim mają do czynienia, ze zjawą, żywym człowiekiem czy jakimś potworem, nie mogli złapać tchu, ani wykrztusić jednego słowa. Dopiero po chwili, gdy z następnej sali nadeszli pozostali robotnicy, krzycząc, że znaleźli w niej ludzki szkielet, upiór na głos ludzki drgnął, podniósł ręce do uszu, skrzywił się, zaczął rytmicznie chwiać się w prawo i w lewo, wydając przy tym chrapliwe jęki.
Przybyli robotnicy, dostrzegłszy upiora, z wrzaskiem rzucili się do panicznej ucieczki: za ich przykładem poszli pozostali. Po wyjściu na zewnątrz fortu i uspokojeniu się kierownik robót powiadomił o dokonanym odkryciu policję. (…) Fort został otoczony przez posterunki wartownicze. W niespełna kwadrans ekspedycja wywlokła na światło dzienne owo „monstrum”, trzymając je mocno, żeby nie uciekło. Był to nie upiór, lecz żywy człowiek, tak słaby, że ledwie trzymał się na nogach. Drżał całym ciałem, oczy miał zamknięte, przy każdym dźwięku chwytał się za uszy i jęczał, widocznie cierpiąc bóle. Mówić już nie mógł, wydawał tylko stłumione śpiewne dźwięki i jakieś szmery. Na próżno biedził się sędzia śledczy, usiłując dowiedzieć się jego imienia, nazwiska i wieku. Odwieziono go do szpitala, gdzie tejże nocy skonał”.
Podobno znaleziono wtedy zeszyt, w którym jeden z nieszczęśników prowadził zapiski w języku rosyjskim. Wynikało z nich, że jednym z uwięzionych w kazamatach był sztabskapitan o nazwisku Nowikow. Mogli więc być to rosyjscy jeńcy, o których załoga fortu zapomniała podczas poddawania twierdzy i wysadzania fortów w marcu 1915 roku. Według legendy przez osiem lat żywili się zapasami zostawionymi przez Austriaków, co raczej jest niemożliwe, gdyż Twierdzę poddano między innymi z powodu braku żywności. Jan Różański (1923-2005) – pasjonat i popularyzator historii Przemyśla – przytaczał tę historię w wydawnictwach poświęconych Twierdzy Przemyśl, ale pomimo poszukiwań w archiwach nie znalazł potwierdzenia jej prawdziwości. W 1984 roku Grzegorz Królikiewicz na kanwie tej opowieści nakręcił film „Fort XIII”, a niedawno ktoś przypomniał legendę, malując postać na ścianie fortu.

fot.Jacek Szwic
Fort XIII jest chętnie odwiedzany przez turystów i pasjonatów militarnych historii.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze