Reklama

Wojna we wspomnieniach Juliana Króla

04/11/2018 17:06

– Łodygi ze słoneczników to były nasze karabiny – opowiada Julian Król o swoim wojennym dzieciństwie.


fot.Paweł Bugira
Julian Król i jego żona Cecylia z obrazem, który matka pana Juliana uratowała w ostatniej chwili z pożaru. Towarzyszył on później rodzinie przez całą wojenną tułaczkę i zajmuje ważne miejsce w domu do dziś.

Julian Król, rocznik 1934. Obecnie mieszka w Wybrzeżu koło Dubiecka, ale urodził się i pierwsze lata życia spędził w Tarnawce. W 1939 r. wieś znalazła się po stronie sowieckiej. Pierwszych chwil wojny nie pamięta dobrze, zna je głównie z opowiadań mamy. Ale rok 1941 i wkroczenie wojsk niemieckich na tę stronę Sanu ma już zakodowane w pamięci. – Był 22 czerwca. Pasłem krowy. Nade mną stanęło kilkanaście koni i żołnierze w zielonych mundurach i hełmach. Nie znałem się na tym, co to za wojsko. Coś do mnie szwargolili, ale ja się nic nie odzywałem – wspomina.

Reklama

Tego dnia sowieci uciekli z Tarnawki, a zbudowane [paywall]przez nich koszary zajęli Niemcy. – Zaczęły się kontyngenty i łapanki – mówi pan Julian. W jego wspomnieniach okupacja niemiecka była dużo gorsza od sowieckiej.

 

Żyd w szopie

– W sąsiedztwie mieszkało dwóch żydów. Jednego Niemcy wywieźli do Birczy, a drugi ukrył się u Królów. Przyszedł do nas spać w szopie. Mam nosiła mu jedzenie, a czasem nawet ja. Mały byłem i musiałem uważać, żeby pary nie puścić – opowiada.

Którejś niedzieli po mszy sołtys z Niemcami zatrzymali wszystkich ludzi przed kościołem. – Niemiec wyciąga papier i czyta: kto by żyda przechował i jakiejkolwiek pomocy mu udzielił – kara śmierci jemu i całej rodzinie – wspomina pan Julian. Gdy tylko wrócili do domu, w stogu siana mały Julek znalazł... żyda Giecla. – Dopiero co Niemiec to czytał, a on tam siedzi. Mama mówi: Giecyl, idź na razie za rzekę do lasu i będziesz widział, co się będzie działo. Potem przychodził do nas w nocy przez dwa, trzy tygodnie, a później zniknął. Nie wiem, co się z nim stało, czy się dał złapać, czy co – opowiada pan Julian.

Reklama

 

Dziecięce zabawy

Wszystkiego brakowało, więc zamiast różnych produktów trzeba było stosować zamienniki. Tak było choćby z cukrem. W Iskani Niemcy uprawiali buraki cukrowe, które obrabiali Polacy. – Nie było cukru, dlatego poszliśmy w pole w nocy i narwaliśmy trochę. Potem mam tarła je na tarce i suszyła. Kupowało się jeszcze cykorię i z tego była kawa – opowiada. 

Nie było zabawek, a czasy nie sprzyjały radosnemu dorastaniu. Dzieciństwo rządzi się jednak swoimi prawami i dzieci bawiły się czym miały i jak potrafiły. Jedną z ulubionych była zabawa w partyzantkę. Łodygi ze słoneczników służyły za karabiny, na sznurkach zakładali je na plecy i z dumą nosili. Był też komendant, który wydawał komendy. – Takie było dzieciństwo – mówi pan Julian.

Reklama

 

Nie Pantoła, tylko Toła

W 1944 r. na ziemię przemyską znowu wkroczyła armia radziecka. – Dobrze nas traktowali. Wiejską biedotę wręcz głaskali – zapewnia pan Julian. – Nie jestem za władzą stalinowską, ale hołd trzeba oddać tym żołnierzom sowieckim, którzy zginęli tu w Polsce. Oni sobie nie wybierali, czy chcą iść na front – dodaje.

Mężczyzna zaznacza, że dużo gorsze traktowanie czekało wyższe sfery, ludzi bogatych. Dochodziło nawet i do takich paradoksów: jeden z mieszkańców miał nazwisko Pantoła i dla jego własnego bezpieczeństwa zapisali go Toła. – Nie wolno było mówić „pan”, bo „pan” to była u nich śmierć – wyjaśnia J. Król.

Reklama

J. Król pamięta, że do wojny i w pierwszych latach okupacji Polacy i Ukraińcy mieszkali obok siebie zgodnie. Współpracowali, tworzyli rodziny. Zaczęło się to zmieniać w 1943 r. – Wtedy nastała nienawiść. A wcześniej dobrze żyli! – podkreśla.

Straszna była wojna, ale dramatyczne były też pierwsze lata powojenne. Gdy w innych rejonach Polski był już względny spokój, na naszych terenach wciąż trwały walki między Ukraińską Powstańczą Armią a polską partyzantką. – Spaliśmy po polach, nawet w jesieni. Bo jakby dom podpalili, to żeby siebie uratować przynajmniej – wyjaśnia.

Reklama

 

Strzelił, ale nie zabił

– 27 października 1945 r. siedzimy wieczorem w domu i z jakiegoś powodu nie idziemy spać. I nagle seria z karabinów od Iskani i Piątkowej. Ja z bratem skoczyliśmy do stajni odwiązać zwierzęta, a mama próbowała jakiś dobytek ratować. Zdążyła wynieś obraz Pana Jezusa i postawić koło jabłonki. Tam ją okrążyli i jeden mówi „strzelaj”. Ten drugi musiał być jakiś znajomy, bo strzelił w bok, a mama się przewróciła. On powiedział „zabita” i poszedł – wspomina pan Julian. Po wsi zostały tylko zgliszcza i sterczące kominy. Z wszystkich budynków stał tylko kościół.

Reklama

Królowie pojechali do Przedmieścia Dubieckiego. – Trafiliśmy do gospodarza Józefika. Było ich dużo w domu, ale mile nas przyjęli – opowiada. Ponieważ Julian nie miał butów, od córki gospodarza Ludwiki dostał drewniaki. Za to jest jej wdzięczny do dzisiaj. – Potem poszła do zakonu. Niedawno zmarła – opowiada. Później trafili do innego gospodarza – Maszczaka, a w grudniu wyjechali do pałacu w Nienadowej. Tam zamieszkali razem z 12 innymi rodzinami. – Biedusia była wielka – mówi pan Julian.

Tułaczka trwała do marca 1948 r. W końcu osiedli w Wybrzeżu. –Tu stała stara chałupa, a w Tarnawce nie było nic. Tu już zostaliśmy i żyjemy do dziś – mówi pan Julian.

Reklama

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Nieznajoma - niezalogowany 2018-11-10 16:52:06

    :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama