– Łodygi ze słoneczników to były nasze karabiny – opowiada Julian Król o swoim wojennym dzieciństwie.

fot.Paweł Bugira
Julian Król i jego żona Cecylia z obrazem, który matka pana Juliana uratowała w ostatniej chwili z pożaru. Towarzyszył on później rodzinie przez całą wojenną tułaczkę i zajmuje ważne miejsce w domu do dziś.
Julian Król, rocznik 1934. Obecnie mieszka w Wybrzeżu koło Dubiecka, ale urodził się i pierwsze lata życia spędził w Tarnawce. W 1939 r. wieś znalazła się po stronie sowieckiej. Pierwszych chwil wojny nie pamięta dobrze, zna je głównie z opowiadań mamy. Ale rok 1941 i wkroczenie wojsk niemieckich na tę stronę Sanu ma już zakodowane w pamięci. – Był 22 czerwca. Pasłem krowy. Nade mną stanęło kilkanaście koni i żołnierze w zielonych mundurach i hełmach. Nie znałem się na tym, co to za wojsko. Coś do mnie szwargolili, ale ja się nic nie odzywałem – wspomina.
Tego dnia sowieci uciekli z Tarnawki, a zbudowane [paywall]przez nich koszary zajęli Niemcy. – Zaczęły się kontyngenty i łapanki – mówi pan Julian. W jego wspomnieniach okupacja niemiecka była dużo gorsza od sowieckiej.
– W sąsiedztwie mieszkało dwóch żydów. Jednego Niemcy wywieźli do Birczy, a drugi ukrył się u Królów. Przyszedł do nas spać w szopie. Mam nosiła mu jedzenie, a czasem nawet ja. Mały byłem i musiałem uważać, żeby pary nie puścić – opowiada.
Którejś niedzieli po mszy sołtys z Niemcami zatrzymali wszystkich ludzi przed kościołem. – Niemiec wyciąga papier i czyta: kto by żyda przechował i jakiejkolwiek pomocy mu udzielił – kara śmierci jemu i całej rodzinie – wspomina pan Julian. Gdy tylko wrócili do domu, w stogu siana mały Julek znalazł... żyda Giecla. – Dopiero co Niemiec to czytał, a on tam siedzi. Mama mówi: Giecyl, idź na razie za rzekę do lasu i będziesz widział, co się będzie działo. Potem przychodził do nas w nocy przez dwa, trzy tygodnie, a później zniknął. Nie wiem, co się z nim stało, czy się dał złapać, czy co – opowiada pan Julian.
Wszystkiego brakowało, więc zamiast różnych produktów trzeba było stosować zamienniki. Tak było choćby z cukrem. W Iskani Niemcy uprawiali buraki cukrowe, które obrabiali Polacy. – Nie było cukru, dlatego poszliśmy w pole w nocy i narwaliśmy trochę. Potem mam tarła je na tarce i suszyła. Kupowało się jeszcze cykorię i z tego była kawa – opowiada.
Nie było zabawek, a czasy nie sprzyjały radosnemu dorastaniu. Dzieciństwo rządzi się jednak swoimi prawami i dzieci bawiły się czym miały i jak potrafiły. Jedną z ulubionych była zabawa w partyzantkę. Łodygi ze słoneczników służyły za karabiny, na sznurkach zakładali je na plecy i z dumą nosili. Był też komendant, który wydawał komendy. – Takie było dzieciństwo – mówi pan Julian.
W 1944 r. na ziemię przemyską znowu wkroczyła armia radziecka. – Dobrze nas traktowali. Wiejską biedotę wręcz głaskali – zapewnia pan Julian. – Nie jestem za władzą stalinowską, ale hołd trzeba oddać tym żołnierzom sowieckim, którzy zginęli tu w Polsce. Oni sobie nie wybierali, czy chcą iść na front – dodaje.
Mężczyzna zaznacza, że dużo gorsze traktowanie czekało wyższe sfery, ludzi bogatych. Dochodziło nawet i do takich paradoksów: jeden z mieszkańców miał nazwisko Pantoła i dla jego własnego bezpieczeństwa zapisali go Toła. – Nie wolno było mówić „pan”, bo „pan” to była u nich śmierć – wyjaśnia J. Król.
J. Król pamięta, że do wojny i w pierwszych latach okupacji Polacy i Ukraińcy mieszkali obok siebie zgodnie. Współpracowali, tworzyli rodziny. Zaczęło się to zmieniać w 1943 r. – Wtedy nastała nienawiść. A wcześniej dobrze żyli! – podkreśla.
Straszna była wojna, ale dramatyczne były też pierwsze lata powojenne. Gdy w innych rejonach Polski był już względny spokój, na naszych terenach wciąż trwały walki między Ukraińską Powstańczą Armią a polską partyzantką. – Spaliśmy po polach, nawet w jesieni. Bo jakby dom podpalili, to żeby siebie uratować przynajmniej – wyjaśnia.
– 27 października 1945 r. siedzimy wieczorem w domu i z jakiegoś powodu nie idziemy spać. I nagle seria z karabinów od Iskani i Piątkowej. Ja z bratem skoczyliśmy do stajni odwiązać zwierzęta, a mama próbowała jakiś dobytek ratować. Zdążyła wynieś obraz Pana Jezusa i postawić koło jabłonki. Tam ją okrążyli i jeden mówi „strzelaj”. Ten drugi musiał być jakiś znajomy, bo strzelił w bok, a mama się przewróciła. On powiedział „zabita” i poszedł – wspomina pan Julian. Po wsi zostały tylko zgliszcza i sterczące kominy. Z wszystkich budynków stał tylko kościół.
Królowie pojechali do Przedmieścia Dubieckiego. – Trafiliśmy do gospodarza Józefika. Było ich dużo w domu, ale mile nas przyjęli – opowiada. Ponieważ Julian nie miał butów, od córki gospodarza Ludwiki dostał drewniaki. Za to jest jej wdzięczny do dzisiaj. – Potem poszła do zakonu. Niedawno zmarła – opowiada. Później trafili do innego gospodarza – Maszczaka, a w grudniu wyjechali do pałacu w Nienadowej. Tam zamieszkali razem z 12 innymi rodzinami. – Biedusia była wielka – mówi pan Julian.
Tułaczka trwała do marca 1948 r. W końcu osiedli w Wybrzeżu. –Tu stała stara chałupa, a w Tarnawce nie było nic. Tu już zostaliśmy i żyjemy do dziś – mówi pan Julian.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
:)