Nie każdego było stać na sylwestra w Zakopanem, gdzie ponoć padł rekord frekwencji. Zatem część rodaków witała Nowy Rok na rynkach większych miast, a tym, którzy mieszkają w miejscowościach, gdzie nie ma rynku, pozostawała remiza albo towarzyskie spotkanie.
Karol przyjechał z Niemiec na święta do rodzinnej wioski i po kilku dniach spędzonych z rodziną spotkał się w miejscowym barze z kilkoma znajomymi. Przy piwie opowiadał o ciężkiej pracy w „Reichu” i o tym, że się opłaca, czego dowodem miała być jego nowiutka toyota, którą tydzień temu sobie kupił. Kiedy już wyczerpał się temat saksów, padło sakramentalne pytanie: – Co robicie w sylwestra? Okazało się, że koledzy nie mają żadnych szczególnych planów. Wtedy Karol zaproponował, żeby zrobić sylwestra u niego, bo akurat rodzice wychodzą i dom będzie wolny. Umówili się, że każdy przyniesie jakieś szkło, a gospodarz zadba o barszczyk i bigosik. Ponadto każdy obiecał porozglądać się za dziewczynami, które dałyby się zaprosić. W niedzielę wieczorem trójka kolegów z pełnymi torbami zameldowała się u Karola. Miny mieli nietęgie, bo się okazało, że znajome dziewczyny miały już swoje plany i zostali skazani na męskie towarzystwo, ale to jeszcze nic. Ponieważ chcieli zainstalować się w nieużywanym pokoju na piętrze, przynieśli z garażu stary grzejnik i kiedy go włączyli, zgasło światło, bo jak się okazało, wywaliło bezpieczniki aż na słupie. Usiedli przy stole przy świecach i zaczęli spożywać, kląc przy tym, że mają pecha, bo muzyki nie mogą posłuchać, ani telewizji obejrzeć.Nie ma się co dziwić, że w tej sytuacji trunków szybko ubywało i jeszcze grubo przed północą gospodarz wraz z gośćmi byli nieźle zaprawieni. Jakoś dotrwali do Nowego Roku i chcąc godnie uczcić jego nadejście, wyszli na podwórko, żeby – jak tradycja nakazuje – odpalić fajerwerki. Jeden z kolegów zajął się pirotechniką, a reszta towarzystwa stała na ganku i podziwiała efektowne wybuchy. Jakoś tak wyszło, że jedna raca, zamiast poszybować w niebo, odbiła się od ściany garażu i tryskając ogniem, wylądowała pod tylnym kołem toyoty Karola. Któryś rzucił się ratować auto, ale nim znalazł kawałek kija, żeby odciągnąć płonącą racę, plastikowy zderzak i kawałek karoserii już powyginały się od ognia. Karol, widząc to, rzucił się z pięściami na pirotechnika, ale na szczęście pozostali koledzy nie dopuścili do rozlewu krwi. No i niech ktoś powie, że to nie był wyjątkowy sylwester.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze