Zaczęło się od telefonu. Miła pani poinformowała o ogólnopolskim programie „Zdrowa Polska”, w którego ramach prowadzone są badania organizmu. Co było ważne – badania są bezpłatne i nie trzeba czekać w kolejce. Jako termin zaproponowała środę, siódmego marca, godzinę siedemnastą i miejsce – hotel Accademia. Poprosiła o imię i podała kod, z którym należało się zgłosić na badania. Na drugi dzień przed południem dwa razy zadzwonił telefon i automatyczna sekretarka przypomniała godzinę, na którą trzeba przyjść na badanie.
Punktualnie o siedemnastej w sali konferencyjnej hotelu Accademia było piętnaście osób chętnych na badania. Jedenaście pań i czterech panów. Przy wejściu młody mężczyzna zapisywał nazwisko, imię i wiek, po czym kierował do jednego z trzech stanowisk diagnostycznych, każde osłonięte były banerem z logo programu „Zdrowa Polska”.
Diagności pytali o rozrusznik serca, następnie instruowali, że trzeba odłożyć zegarek, zdjąć buty i skarpetki, położyć stopy na dwa kawałki miedzianej blachy, podłączone do urządzenia wielkości małego pudełka na buty, które z kolei było podpięte do laptopa. W ręce należało[paywall] ująć dwie miedziane elektrody, a diagnosta w chirurgicznych rękawiczkach na dłoniach zakładał na czoło badanego opaskę z elektrodami i włączał aparat. Następnie przez minutę przez ciało badanego płynął prąd o bezpiecznej dla człowieka częstotliwości. Na koniec diagnosta przecierał elektrody płynem antyseptycznym i zapraszał następną osobę.
Kiedy już wszyscy byli przebadani, do akcji przystąpił młody mężczyzna, który przedstawił się imieniem i nazwiskiem i powiedział, że jest terapeutą. Wykład zaczął od informacji o tym, że według Światowej Organizacji Zdrowia na świecie już dziewięćdziesiąt procent ludności zarażonych jest pasożytami, czyli bardzo paskudnymi patogenami, które dosłownie rujnują nasz organizm.
Są one przyczyną alergii, schorzeń neurologicznych, psychiatrycznych, różnych odmian raka, chorób serca, płuc, przewodu pokarmowego, stawów itd. Po prostu żaden organ nie jest bezpieczny. Żeby zilustrować zagrożenia, terapeuta, ostrzegając, że będzie to drastyczny widok, wyświetlał na ekranie zdjęcia kliniczne różnych pasożytów, począwszy od tasiemca i glisty ludzkiej, po jakiegoś robala, który wychodzi z oka. Faktycznie na mniej odpornych takich kilkanaście slajdów mogło zrobić wrażenie. Terapeuta tłumaczył, że niestety dzisiejsza medycyna nie doszukuje się przyczyny danego stanu chorobowego i leczy tylko objawy, co wynika ze zmowy lekarzy i koncernów farmaceutycznych.
– A państwo chyba nie chcecie, żeby w waszych organizmach żyły te straszne pasożyty? – pytał retorycznie.
Kiedy już wszyscy wiedzieli, co im grozi, terapeuta opowiedział, że już w latach trzydziestych amerykański wynalazca Royal Raymond Rife wykrył, że patogeny można niszczyć prądem niskiej częstotliwości i zbudował potężne urządzenie, za pomocą którego wyleczył prawie dziesięć tysięcy ludzi. Jednak na skutek spisku lekarzy urządzenie i jego cała dokumentacja zostały spalone. Na szczęście nie zapomniano o tym wynalazku i oto istnieje aparat mający takie właściwości, jak urządzenie Rifa, tyle że dzisiaj ma wielkość pilota do telewizora. Wystarczy usiąść wygodnie w fotelu przed telewizorem, nastawić aparat według instrukcji na jedną ze stu kilkudziesięciu częstotliwości (każda niszczy inny rodzaj pasożytów), ująć w dłonie elektrody, a prądy będą systematycznie zabijać żyjące w nas świństwa.
– Prawda, jakie to proste? –przekonywał terapeuta i na dowód pokazał krótkie filmiki, na których ktoś w białym fartuchu, przedstawiający się jako lekarz, mówił o skuteczności tej metody. Terapeuta wyjaśnił, że chętni, którzy chcą z niej skorzystać, mogą zgłaszać się do programu, ale limit jest ograniczony tylko do trzech osób. Podał też miesięczny koszt korzystania z urządzenia, który wynosi 149 złotych, ale –jak dodał –może je przecież użytkować cała rodzina, a nawet znajomi. Zaznaczył tylko, że terapia, aby była w pełni skuteczna, musi być konsultowana z centralą programu i prowadzona systematycznie co najmniej przez rok, bo dopiero po takim okresie bioprądy zniszczą wszystkie patogeny. Kiedy pytano go szczegóły, powiedział, że dokładnych informacji udzielą diagnostycy indywidualnie tym, którzy zdecydują się na udział w programie. Zgłosiły się dwie pary (małżeństwa).

Takimi widokami straszono przebadanych.
Dopiero na koniec wykładu, który trwał ponad godzinę, każdy przebadany dostał wyniki wydrukowane na kilku stronach. Był tam podany współczynnik dysbalansu, czynnik etiologiczny (w procentach) i prawdopodobieństwo diagnozy, czyli lista schorzeń, które mogą wystąpić u statystycznego osobnika w średnim wieku, a także cała masa medycznych określeń niezrozumiała dla kogoś, kto nie miał do czynienia z medycyną. Wtedy jeden z panów był bardzo zdziwiony, kiedy, czytając wyniki, dowiedział się, że ma dziewięć procent lentivirusa, czyli HIV, a na dodatek, że ma porażony wyrostek robaczkowy, choć przed laty chirurg pozbawił go tej części ciała.
Wszystko wyjaśniała informacja wydrukowana na dole kartek z wynikami. Okazało się, że aparat Am Scan, którym wszyscy byli diagnozowani, jest urządzeniem elektronicznym jedynie do pomiaru stanu samopoczucia oraz stanu pola elektromagnetycznego. Nie posiada funkcji diagnozowania i nie stanowi wyrobu medycznego w rozumieniu ustawy o wyrobach medycznych, a metoda diagnostyczna, o której mówił terapeuta, nie jest uznawana przez medycynę akademicką.
Od początku spotkania nie padła nazwa firmy, która je zorganizowała, nie było jej też na kartkach z wynikami. Natomiast na podanej stronie internetowej, opatrzonej logo „Zdrowa Polska”, znajdziemy dokładne, tylko o wiele obszerniejsze informacje o metodzie BRT, o której mówił terapeuta. Są tam nawet te same ilustracje. Na dodatek, po porównaniu wyników badań wyszło, że u dwóch osób różnej płci i w różnym wieku są one niemal identyczne. Rodzi to podejrzenie, że diagności mieli już gotowe karty z wynikami, do których tylko dodrukowywali imię, nazwisko i wiek badanego.
Po co więc to wszystko, te zabiegi socjotechniczne ze straszeniem, bezwartościowe pseudomedyczne badania? Odpowiedź jest jedna. Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o kasę. Oczywiście od strony prawnej trudno się do tego przyczepić. Ludzie są dorośli, nikt ich do niczego nie zmuszał i nie dawał gwarancji, że kiedy zapłacą za możliwość korzystania z metody BTR, miną wszelkie dolegliwości, których powodem mogą być patogeny.

fot.Jacek Szwic
Aparat użyty do badań.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Ludzie im starsi , tym bardziej naiwni. Nie mogą zrozumieć ,ze nie ma nic za darmo . Takie telefony było i będą . Po prostu gdy odbierasz taki telefon , natychmiast mówisz " dziękuje" , a jeżeli ktoś jest namolny , przerwać rozmowę i tyle .
POGONIĆ ICH ! nie przyjmować w Przemyślu ..!
Ludzie im starsi , tym bardziej naiwni. Nie mogą zrozumieć ,ze nie ma nic za darmo . Takie telefony było i będą . Po prostu gdy odbierasz taki telefon , natychmiast mówisz " dziękuje" , a jeżeli ktoś jest namolny , przerwać rozmowę i tyle .
POGONIĆ ICH ! nie przyjmować w Przemyślu ..!