W wieku 38 lat zmarł ks. Jan Kaczkowski. Od kilku lat zmagał się z nowotworem mózgu. - Po kapłaństwie, najważniejsze co mi się przytrafiło to choroba – mawiał.
1 czerwca 2012 r. dowiedział się, że ma glejaka IV stopnia, czyli najcięższą odmianę raka mózgu. – Nie wiążę tego z jakąś interwencją Pana Boga – mówił do uczestników Franciszkańskiego Spotkania Młodych w Kalwarii Pacławskiej w lipcu ubiegłego roku. – Nie wykluczając cudu, glejak prawdopodobnie zabije mnie w jakiejś przestrzeni czasu. I ja doskonale wiem, jak to będzie wyglądało, bo ja takich ludzi mam na co dzień – opowiadał.
Przyznał wówczas, że kiedyś bardzo się tego bał. Zastanawiał się, co będzie mógł z siebie dać innym, gdy już nie będzie mógł sprawować swojej posługi, a później będzie kompletnie nieprzytomny. – Kiedyś mówiło się, że ktoś jest w stanie wegetatywnym. Bioetyka rozwija się i teraz używa określenia „nieustalony lub minimalny stopień świadomości”. Dlatego nie wolno mówić o nikim, że jest warzywkiem – zaznaczył.
Napisał kilka książek. Najpopularniejsza to „Życie na pełnej petardzie”. - Ani choroba, ani starszy wiek, ani nawet bycie w agonii nie zwalnia nas z żadnych obowiązków moralnych, ani z powinności etycznych – wyjaśniał, co oznaczają te słowa.
Ks. Kaczkowski urodził się lipca 1977 r. W 2002 r. przyjął święcenia kapłańskie. Pracował w archidiecezji gdańskiej. Założył hospicjum w Pucku. Kilka lat później dowiedział się o swojej chorobie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
[*] niech Ci ziemia lekką będzie !!!
Wyjątkowa Osobowość, przykład dla wielu duchownych, nie wyłączając hierarchów.
Co mnie obchodzi śmierć jakiegoś klechy,co? wuj jemu do żopy