Fotoreporter /wspomnienie o Robercie Pawłowskim/

27/09/2026 13:09

W Muzeum Historii Miasta Przemyśla czynna jest wystawa zdjęć znanego przemyskiego fotoreportera Roberta Pawłowskiego (1949 – 2007). Eksponowane fotografie pokazują życie w mieście i na wsi na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i pochodzą ze zbiorów negatywów Pawłowskiego, które Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej zakupiło od jego rodziny. Wystawa jest okazją, żeby przypomnieć sylwetkę autora reportaży.

Roberta poznałem w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pamiętam, jak przyjechał do Jarosławia na zebranie klubu fotograficznego „Atest 70”, który w owych czasach działał bardzo prężnie. Wiedzieliśmy, że Robert pracuje jako fotoreporter dla prasy i fotografuje na wszystkich ważniejszych oficjalnych wydarzeniach i meczach. Wiedzieliśmy też, że wcześniej działał w „kółku fotograficznym” w Wojewódzkim Domu Kultury w Przemyślu. To wystarczyło. Nie potrzebował innych rekomendacji i został przyjęty do „Atestu 70”. Na doroczną wystawę przyniósł, duże jak na owe czasy, czarno-białe, perfekcyjne powiększenia. To był reportaż, chyba z jakiegoś wiejskiego festynu albo innych dożynek. Ostre, dynamiczne kadry, przerysowania. To było coś nowego. Inny sposób fotografowania. W tym czasie w fotografii (tej bardziej ambitnej) modny był kreacjonizm i większość kolegów uciekała od realizmu, poszukując nowych form wyrazu. Robert z racji zawodu dotykał życia (często wypudrowanego na potrzeby władzy), ale to, co pokazał na wystawie, dalekie było od narzuconych przez cenzurę standardów i ówczesnej propagandy.

Na pełnych obrotach

Fotografiami Roberta zachwycił się Jurek Jawczak ze Związku Polskich Artystów Fotografików, który często przyjeżdżał z Rzeszowa do Jarosławia i w „Ateście 70” w kwestiach fotografii był autorytetem. Często przywoził zachodnie albumy i magazyny poświęcone fotografii. Właśnie wtedy Robert poznał twórczość Roberta Capy, legendarnego fotoreportera wojennego Agencji „Magnum”. Później często powtarzał motto Capy: „Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to nie byłeś dostatecznie blisko”. Wiele razy mówił, że chce fotografować jak Capa, co z czasem urosło do anegdoty wśród kolegów. Pewnie dlatego ogromnym zaskoczeniem było, kiedy Robert na którąś z kolejnych wystaw przyniósł nie reportaż, tylko akty. Było to już ładnych kilka lat po głośnej krakowskiej wystawie „Wenus” i nikogo, oprócz cenzora, nie zgorszył. W tej dziedzinie Robert mógł się wykazać na plenerach fotograficznych w Słonnym. Profesjonalne modelki, znani artyści, twórcza atmosfera. Pawłowski na pełnych obrotach realizował (niespełnione) marzenia o Związku Polskich Artystów Fotografików. Kolejny etap jego twórczości to plastyczno-fotograficzne eksperymenty. Wtedy towarzysko związał się ze środowiskiem plastycznym skupionym wokół przemyskiego Biura Wystaw Artystycznych. Z poprzedniej pracy w drukarni, gdzie prowadził ciemnię fotograficzną, znał proces grafizacji, tajniki rastrów i korzystał z tych doświadczeń, a komputerów wtedy jeszcze nie mieliśmy. Pamiętam całą serię portretów jego małej córki, której twarz przetwarzał wielokrotnie, żeby osiągnąć zamierzone efekty graficzne, które prezentował w przemyskim BWA. Trzeba przyznać, że Robert miał fantazję, czasem iście ułańską, co było widać w jego zdjęciach, ale naprawdę najlepszy był w fotoreportażu.

Fragment wystawy w Muzeum Historii Miasta Przemyśla.    

Reportaż życia

Wreszcie nadeszły lata osiemdziesiąte, dużo się działo i Robert był w swoim żywiole. Dwudziestego maja 1980 roku, po samotnym rejsie dookoła świata powrócił Przemyślanin, kapitan Henryk Jaskuła. Na ląd miał zejść dzień wcześniej, ale na polecenie partyjne uroczystość powitania przesunięto o jeden dzień. Na nadbrzeżu, na trybunie zgromadziła się cała partyjna wierchuszka i tłum fotoreporterów. Robert też tam był i nacisnął spust w momencie, kiedy Jaskuła na pokładzie „Daru Przemyśla” rozłożył szeroko ręce i powiedział pamiętne słowa: „Polsko kochana, Twój syn powrócił”. Tak powstało ikoniczne zdjęcie i związana z nim anegdota, którą autor często opowiadał. Robert nie grzeszył wzrostem i na trybunie wciśnięty w tłum fotoreporterów nie miał szans na dobre ujęcie, ale nadrabiał to sprytem. Jakimś cudem dopchał się tuż za rząd oficjeli czekających na powrót Jaskuły. Miał już w wizjerze jacht i bohatera, ale w momencie, kiedy Jaskuła rozłożył ręce, jakiś wojewoda albo ktoś równie ważny podniósł się z krzesła i Robertowi nagle przed obiektywem wyrosła jego głowa. – Miałem długi obiektyw i trzepnąłem nim gościa w czachę, aż przysiadł, a ja zdążyłem strzelić kilka klatek. Dużo ryzykowałem, ale było tylu fotoreporterów i ogromne zamieszanie, więc gościu nie zorientował się, kto mu przywalił – opowiadał Robert. W Przemyślu przyjazd kapitana Jaskuły fetowano z wielkim rozmachem. Robert wyczuł moment i fotografował jak najęty. Obwieszony sprzętem był wszędzie. Dużo tych reporterskich zdjęć, a także portrety, jakie robił Jaskule w jego mieszkaniu, zostało wykorzystanych w wielu wydawnictwach, między innymi w książkach „Nad jaskułowym gniazdem” i „Witaj Polsko kochana” autorstwa redaktora Mieczysława Nyczka. To był duży sukces Roberta, zaryzykuję, że chyba wtedy zrobił reportaż życia. W wielu kręgach stał się bardziej rozpoznawalny, co ułatwiało mu pracę reporterską. Już nie musiał sięgać do torby po legitymację prasową.

Odłożył aparat na półkę

Nastał stan wojenny. Robert na jakiś czas musiał swój sprzęt zdeponować w szafie pancernej w redakcji. Kiedy już trochę poluzowało, w 1982 roku Jurek Jawczak namówił Roberta i mnie na wspólną wystawę. Miała tytuł „Bez blendy”. We wstępie do katalogu Jurek napisał:  „Prezentowane fotogramy Roberta Pawłowskiego to jedna szczera wypowiedź, stosunek wrażliwości, wyobraźni, inteligencji wpisanej w prostokąt papieru fotograficznego”. Robertowi taka akceptacja była potrzebna. Zaczął pracować twórczo i na różnych wystawach w Jarosławiu, Przemyślu, czy Rzeszowie pojawiały się jego fotografie. Tak się złożyło, że wtedy obaj pracowaliśmy dla Krajowej Agencji Wydawniczej i miesięcznika „Profile”, więc miałem okazję zobaczyć, jak pracuje. Kiedyś trafiliśmy na jakiś wiec albo zgromadzenie. Na rynku tłum ciasno stłoczony wokół prowizorycznej sceny, z której ktoś przemawiał. Nie było szans żebyśmy dopchali się do środka. Wtedy Robert zanurkował pomiędzy nogami ludzi i jakoś przedarł się do sceny. Potem wiele razy widziałem, jak nagle znikał, żeby za moment pojawić się w innym miejscu, skąd można było zrobić lepsze ujęcie. Pracował wtedy dla redakcji „Nowin Rzeszowskich” i „Życia Przemyskiego”, w którym był redaktorem technicznym i fotoreporterem (w takiej kolejności – JS). Końcówka lat osiemdziesiątych to nie był najlepszy czas na rozwój twórczości fotograficznej, jaką chciałby uprawiać. Potem zaczęła się wielka transformacja. Robert porzucił pracę w gazecie i jak wielu innych założył własny, skromny biznes, który szybko upadł. Wtedy odłożył aparat na półkę i potem już nigdy nie wrócił do fotografii. Pozostały tylko negatywy, na których Robert uwiecznił realia tamtejszego życia, dzisiaj to cenny materiał historyczny.

Jacek Szwic

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

 

 

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/09/2026 13:09

Najnowsze rolki



Najnowsze wiadomości