Reklama

„Żywot Dylana”

31/01/2015 12:46

Czytam „Kroniki” Boba Dylana. Tom I. Dostałem w prezencie pod choinkę. Początkowo chciałem to odłożyć na półkę i odczekać, aż przyjdzie na to czas. Ale zacząłem. Kilka pokoleń wyśpiewało już przy ogniskach hymn „Blowin’ in the wind”. „Like a Rolling Stone”, to zdaniem znawców piosenka wszech czasów. Nie gorzej stoi też „Knockin on heaven’s door„. Idąc tym banalnym tropem można by przepisać coś z okładki i tekst gotowy. Jedno w tym przeszkadza. Sama książka.

Pisze o rodzinie – żonie i dzieciach. Kiedy odbiera doktorat honoris causa, przeżywa katusze.  Autor jest szczery aż do bólu. Kreśli swoją autobiografię językiem dosadnym, ale przejrzystym. Czyni to na tle tego wszystkiego, co działo się wtedy w Ameryce i na świecie. Nie unika prywatności. Kiedy umiera mu ojciec, wraca do swego dzieciństwa tymi oto słowami: „teraz nie było już sposobu, by powiedzieć mu to, czego nie potrafiłem powiedzieć wcześniej”. Kiedy na świecie zmiany – Dylan pisze o tym i śpiewa. Nie chce być zaszufladkowany jako buntownik i reprezentant pokolenia protestu. „Pismaki z uporem robiły ze mnie „sumienie” całego pokolenia. To było zabawne. Przecież śpiewałem tylko piosenki o nowej rzeczywistości”. Wyznaje, że bieżące wydarzenia, cała ta kulturalna nowomowa, osaczały go. Prawa obywatelskie, barykady, pacyfikacje, demonstranci kontra policja i związki zawodowe, eksplozje na ulicach, kipiący gniew, głośne i kłamliwe hasła, wolna miłość i ruch przeciwników pieniądza. Pisze: „Cały ten kram doprowadzał mnie do mdłości”. Kiedy się to czyta, wyraźnie widać, że historia się powtarza i zatacza swoje nieuchronne koło. Dylan spotyka masę ciekawych ludzi. Zmienia miejsce zamieszkania, by uniknąć pielgrzymek turystów i dziennikarzy złaknionych widoku gwiazdy. 

W laudacji nazywany jest znowu wyrazicielem niespokojnego sumienia Młodej Ameryki, który żyje w izolacji. „Zabrzmiało to tak, jakbym wolał siedzieć w żelaznym grobowcu, do którego wsuwają mi jedzenie na tacy”. I można by tak dalej cytować i opowiadać tę książkę, ale lepiej to przeczytać. Widać, jak od środka wygląda żywot folk singera, który, chcąc nie chcąc, stał się ikoną pop kultury. Laureat Grammy, Oscara i Pulitzera zapewne nie zawsze czuł się z tym dobrze, co zapisał na kartach książki. Trudno. Taki już los tych, co wyrastają ponad przeciętność. Wyznaje: „Chodziło mi o to, by pozostać wiernym sobie”. Chyba się udało . Ostatnio znowu nagrał płytę. Wykonuje standardy Franka Sinatry. Znalazłem osobliwą recenzję tego krążka. „Z nowymi płytami Dylana jest tak, jak z wizytą na świątecznym obiedzie u ekscentrycznej ciotki. Starsza pani wzbudza szacunek, ale nie przyjmuje tego do wiadomości. Serwuje całej rodzinie emocje, których się po niej nie spodziewaliśmy. Bob świetnie czuje się w tej roli”. Podobnie jest z książką. Czytając Kroniki, ma się wrażenie, że tkwi się w epicentrum zwariowanego świata, w którym żyje Dylan. Ożywa pytanie, które sam wyśpiewał. Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać? Odpowiedź jest prosta – odpowie ci bracie tylko wiatr.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości