Reklama

– Pod wodą była zerowa widoczność – strażak o szczegółach akcji poszukiwania 5 osób w Tryńczy

03/01/2018 20:00

Rozmowa z kapitanem Marcinem Lachnikiem, dowódcą Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Przemyślu.

Wspólnie z kolegami – jak przyznał pan po zakończeniu działań – przyszło wam uczestniczyć w jednej z bardziej skomplikowanych akcji. Na czym polegała jej trudność?

Te wielogodzinne działania można podzielić na poziomy trudności. Pierwszy to warunki, w jakich przyszło nam pracować, czyli bardzo silny nurt rzeki, zawirowania wody i zerowa widoczność pod jej powierzchnią. W związku z tym istniało bardzo duże zagrożenie dla[paywall] płetwonurka. Każdy element naszych czynności musieliśmy wpierw przedyskutować, zastanowić się, zrobić taką burzę mózgów i krok po kroku realizować to, co ustaliśmy. Nie bez znaczenia pozostawała swojego rodzaju presja psychiczna. Nasze działania obserwowali dziennikarze, najbliżsi ofiar, mieszkańcy, co stanowiło jakieś tam obciążenie. Od pewnego momentu byliśmy już świadomi, że najprawdopodobniej szukamy zmarłych, młodych ludzi. Liczba ofiar, reakcje rodzin wszystko to nie pozostawało bez wpływu. Przecież my również jesteśmy rodzicami i utożsamiamy się z tragedią, która dotknęła osoby. W tym przypadku nałożyło się wiele czynników. Wreszcie widok, którego nie zapomnimy chyba do końca życia.

Reklama

W momencie, kiedy otrzymaliście polecenie wyjazdu do Tryńczy chyba nie zakładaliście, że finał poszukiwań będzie tragiczny?

W żadnym wypadku. Początkowo na prośbę policji mieliśmy przeszukać odcinek rzeki. To normalne działania, wcześniej prowadziliśmy dziesiątki podobnych i bardzo często bez jakichkolwiek efektów. Mieliśmy ze sobą sonar i przy jego wykorzystaniu sprawdziliśmy wskazane miejsce. Dzięki niemu dość szybko uzyskaliśmy wskazania kilku obiektów znajdujących się pod wodą. Jeden z nich największy, najbardziej charakterystyczny swoimi parametrami – chodzi mi o wymiary – mógł odpowiadać poszukiwanemu samochodowi. Płetwonurek, który zszedł do Wisłoka potwierdził, że na jego dnie rzeczywiście znajduje się tkwiące do góry kołami auto. Nie mógł jednak określić marki, modelu, koloru. Jak wcześniej mówiłem tam panowała zerowa widoczność. Płetwonurek nie widział, nie mógł odczytać nawet wskazań komputera nurkowego, który posiadał na ręce. Kontakt z nim był możliwy dzięki łączności radiowej. Tą drogą na bieżąco przekazywał informacje.

Reklama

Właśnie z uwagi na brak choćby minimalnej przejrzystości wody wyciągnięcie samochodu okazało się nie lada problemem. Na miejsce zadysponowano dźwig, ale ostatecznie nie został użyty.

Ze względu na całkowitą ciemność i potwornie silny nurt płetwonurkowi nie udało się równomiernie zaczepić lin i umocować ich do haku dźwigu. Poruszał się po omacku, a jedną ręką, chociaż miał asekurację z brzegu, musiał ciągle trzymać się elementów konstrukcyjnych pojazdu. Ostatecznie umocował liny na podwoziu w taki sposób, że auto powoli zostało wyciągnięte z wykorzystaniem wyciągarki naszego samochodu służbowego. 


red.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Owen - niezalogowany 2018-01-04 15:25:57

    Pan strażak chciał zaistnieć , co za ludzie. 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    q - niezalogowany 2018-01-05 19:42:05

    dajcie już spokój, czemu to ma służyć...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości