Reklama

– Powiedziałem sobie: „jakoś te cztery lata przemęczę” – rozmowa z Mieczysławem Napolskim.

18/06/2023 19:03

Rozmowa z pierwszym prezydentem Przemyśla po 1989 r., kadencji 1990 – 1994. Od zakończenia prezydentury to jego pierwszy wywiad prasowy.

Proszę przypomnieć dzisiejszym trzydziestolatkom i dwudziestolatkom okoliczności Pana wyboru na pierwszego po 1989 prezydenta Przemyśla.

– Starsze osoby chyba też z tamtego okresu już niewiele pamiętają. Prezydentura to była historia dla mnie zupełnie niespodziewana. W 1989 pełniłem funkcję zastępcy dyrektora do spraw technicznych w przemyskim PKS-ie. Byłem bezpartyjny. Nie zajmowałem się polityką. Nie należałem do „Solidarności”. I nagle, jesienią 89. roku, dostałem propozycję od nieżyjącego już doktora Jerzego Stabiszewskiego włączenia się w prace programowe Przemyskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Na pierwszym spotkaniu ktoś zaproponował bym objął funkcję przewodniczącego PKO „S”. Zgodziłem się, chociaż miałem ogromne opory. Bez doświadczenia politycznego, samorządowego, ale pomyślałem sobie – parę rzeczy zrealizuję. Jakoś te cztery lata przemęczę. I tak się zaczęło. W czerwcu 1990 wystartowałem w pierwszych wolnych wyborach samorządowych, reprezentując między innymi Osiedle Płyt Pilśniowych i Lwowską. Dostałem się. Decyzją większości radnych zostałem wybrany prezydentem Przemyśla.            

Reklama

Jaki zastał Pan Przemyśl po poprzednikach: drewniany czy murowany? 

– Pół na pół. Status miasta wojewódzkiego Przemyślowi w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia pomógł, ale na początku lat dziewięćdziesiątych było głodno, brudno i w kasie pusto. Mierzyliśmy się z dewaluacją pieniądza, długami miasta i nieznanym, ukrywanym w PRL-u zjawiskiem bezrobocia. Nagle okazało się, że w Przemyślu jest ono bardzo wysokie. Pierwsze nasze zadanie: trzeba jakoś tę schedę po poprzednikach ogarnąć. Część nowo wybranych radnych żądała szukania winnych. Oczekiwała rozliczania poprzedników. Byłem temu przeciwny. Wiedziałem, że sytuacja w kraju była fatalna, a możliwości poprzedników bardzo ograniczone. Szukaliśmy wsparcia, stąd współpraca z Paderborn. Pomagali nam organizacyjnie i materialnie. 

Okazuje się, że kontakt z miastem, które wówczas było jeszcze w granicach RFN, nabiera po latach kluczowego znaczenia dla początków samorządności w Przemyślu...

– Kontakt był ważny, ale wstydliwy. Gdy pojechaliśmy po niemiecką delegację[paywall] na lotnisko do Balic, to droga do Przemyśla okazała się dla nich zupełnie nowym doświadczeniem. Na słynnej E-22 do Przemyśla najpierw chcieli skorzystać z toalety. Zatrzymaliśmy się za Tarnowem, na parkingu. Do klozetu musieli się przeciskać po deskach, bo padał deszcz, toalety też zalane wodą. Potem chcieli coś zjeść. Było późno, ale udało się znaleźć jakąś restaurację. W menu mieli tylko flaczki. Pytali mnie: „co to są flaczki?”. Nie podjąłem się odpowiedzi. Powiedziałem tylko: można się najeść. Flaczki ich zachwyciły. Wzięli repetę. Podpisaliśmy umowę o współpracy na wielu płaszczyznach. Do dzisiaj ona trwa. 

Reklama

Jakie najpilniejsze wyzwania stanęły przed Panem i przed nową radą?

– Mówiąc szczerze, wsparcia w radnych to nie miałem wielkiego. Sporą ich część bardziej interesowały polityczne fajerwerki. Niewielu w tej grupie było inżynierów, ekonomistów, na których fachową wiedzę i pomoc mogłem liczyć. Wszystko zrzucili na zarząd. Staraliśmy się realizować program PKO „S”.  Ale z mojego punktu wiedzenia, czyli osoby po przygotowaniu inżynieryjnym, ważniejsza była budowa mostu im. Ryszarda Siwca jako kontynuacji E-22 i obwodnicy miasta. Remont mostu im. Orląt Przemyskich. Nowa lokalizacja i budowa wysypiska śmieci, dokończenie budowy basenu. Mniej fajerwerków, więcej konkretów. Być może, gdyby radni wybrali innego prezydenta, byłby lepszy ode mnie. Być może, ale ja wierzyłem, że program, z którym szedłem do wyborów, jest możliwy do zrealizowania i skoro już kandydowałem, to moim obowiązkiem było wywiązać się ze zobowiązania wobec wyborców. Taki już jestem. Tak mnie wychowano.       

Czego nie udało się Panu zrealizować?

– Za mało włożyliśmy wysiłku w tanie budownictwo komunalne. Należało zrobić wszytko, aby z tym tematem ruszyć szybciej. 

Reklama

Co wspomina Pan najmilej z okresu swojej prezydentury?

– Jej zakończenie (śmiech). 

Kiedy Pan patrzy dzisiaj na Przemyśl, co by Pan poprawił? Jakie są nadal jego największe bolączki?

– Kiedyś przyjechali  do mnie znajomi. Przy wyjeździe powiedzieli mi: Przemyśl to piękne miasto, ale zaniedbane. Jeszcze w centrum jest w porządku, ale kilometr od Rynku fatalnie. Podzielam tę opinię. No i katastrofalna sytuacja z parkingami.    

Po prezydenturze wyłączył się Pan całkowicie z życia publicznego. Nie udzielał Pan wywiadów, nie poszedł w politykę. Co Pan porabiał przez te 30 lat?

– O, to dobre pytanie. Po prezydenturze przez kilka lat do 1998 pracowałem w przedsiębiorstwie handlowym Marco Exim na Lwowskiej w Przemyślu. Potem założyłem na Ukrainie firmę MN Marco. Przez 25 lat żyłem na walizkach. Trzy tygodnie w Kijowie, tydzień w Przemyślu. Najpierw eksportowałem do Polski żywicę z drzew, zainwestowałem w budowę biurowca w Kijowie. Niestety trafiłem wtedy na dużą dewaluację w Ukrainie i wyszedłem na tym biznesie jak Zabłocki na mydle. Nie straciłem, ale zarobiłem niewiele. Po siedmiu latach przebranżowiłem się. Zostałem doradcą finansowym w jednym z ukraińskich banków. Zajmowałem się kredytami walutowymi i doradztwem biznesowym. Jedną z pierwszych porad było wie pan co? 

Reklama

Nie wiem.

– Ja bardzo lubię sos pieczarkowy. A na Ukrainie w tamtym czasie nie uświadczyło się tych grzybów. Znudziło mnie wożenie ich z Przemyśla, więc poradziłem jednemu z przedsiębiorców na Ukrainie, żeby założył pieczarkarnię. Wypaliło. Tak stałem się prekursorem pieczarkowego biznesu na Ukrainie (śmiech). Innemu inwestorowi poradziłem produkcję worków na śmieci. Właśnie wchodziły do obiegu w Polsce. Początkowo nieufnie podszedł do propozycji. Ale szybko się przekonał, gdy biznes rozkręcał się błyskawicznie. Tak minęło 25 lat i oto jestem emerytem. 

Który Pan jest rocznik?

– 1947, właśnie stuknęło mi 76 lat.  

Reklama

Patrzy Pan na życie z perspektywy emeryta. Co w Pana ocenie w życiu liczy się najbardziej?

– Mam dwa motta, których się trzymam całe życie: „Właściwy człowiek na właściwym miejscu robi wszystko we właściwym czasie” i drugie – „Jeżeli nie uważasz, jak robisz, to rób, jak uważasz”. Co jeszcze? Trzeba umieć radzić sobie w trudnej sytuacji. Nie tragizować. Do wszystkiego podchodzić spokojnie. Nie spieszyć się. Nie przeszkadzać młodym. Nie rozumiem ich. W wielu przypadkach bym się z nimi nie zgadzał, ale nie krytykuję ich, bo wiem, że żyją w świecie innym niż za mojej młodości.


Pierwsze demokratyczne wybory samorządowe odbyły się 27.05. 1990. Zdjęcie przed pierwszym posiedzeniem Rady Miasta Przemyśla. 05.06. 1990. W górnym rzędzie od lewej stoją: Andrzej Barański, Tadeusz Bałdowski, Wojciech Mikuła, Jerzy Lelek, Jan Bartmiński, Wojciech Kalinowski, Andrzej Berestecki, Teresa Kwitek, Stanisław Mach, Tadeusz Kołodziej, Stanisław Rossowski. W drugim rzędzie od lewej stoją: Robert Rybotycki, Anna Hayder, Adam Balicki, Wojciech Rybienik, Ryszard Paczkowski, Stanisław Chudzio, Zbigniew Łuszczyszyn, Michalina Stachura, Jan Tobiasz, Juliusz Dorosz, Kazimierz Pella, Janusz Toruń. Siedzą od lewej: Leszek Zając, Zofia Sękiewicz, Mieczysław Napolski, Tadeusz Rafalski, Andrzej Matusiewicz, Stanisława Iwaszkiewicz, Stanisław Lepszy, Władysław Trojanowski, Jan Łoboz. Na zdjęciu zabrakło Jerzego Stabiszewskiego, Wiesława Gąski, Leszka Tadli i Józefa Fuksy. 35 osób reprezentowało Przemyski Komitet Obywatelski „Solidarność”, Stanisław Mach, działacz związkowy, dostał się z ramienia Społecznego Porozumienia Wyborczego.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama