Reklama

– Praca trzyma mnie przy życiu – mówi dr Józef Zawitkowski

22/04/2019 17:00

Mimo 87 lat na karku, dr Józef Zawitkowski wciąż jest aktywnym zawodowo lekarzem. Według niego najlepszą receptą na długowieczność jest aktywność. – Od siódmego roku życia zasuwam. Pasłem krowy, zbierałem jagody. Mnie praca trzyma przy życiu. Dawno by mi się coś stało, gdybym nie pracował – mówi.

Z dr. Józefem Zawitkowskim spotkamy się w jego gabinecie w sanatorium Bajka, gdzie wciąż pracuje. – Spełnił pan moje marzenie. Kiedy pierwszy raz trafiłem na Życie Podkarpackie, bardzo mi się spodobało i pomyślałem sobie: jak by to było miło, gdyby kiedyś napisali o mnie w tej gazecie. I proszę, teraz pan się zjawił – mówi dr Zawitkowski.

Józef Zawitkowski urodził się 27 maja 1932 r. w Starych Oleszycach. Wychowywał się z bratem Stanisławem przy rodzicach, od małego pomagając im w pracach polowych. W tamtych czasach, to, że syn chłopa zostanie lekarzem było nie do pomyślenia. U małego Józia, pierwsza taka myśl, jeszcze nie do końca świadoma, pojawiła się, gdy miał jakieś 5 lat. – To było przed wojną. Mama zachorowała[paywall], tata przywiózł lekarza Józefa Sznaubę z Oleszyc. Pamiętam go do dziś, miałem wtedy może 5 lat. Tata opowiadał, że biegałem potem po mieszkaniu i mówiłem do mamy: „oddychać, sapać”. Tak jak wcześniej lekarz – wspomina.

Dzieciństwo było naznaczone ciężką pracą i wojną. O rodzicach mówi z największym szacunkiem, wspominając o wpojonych wartościach patriotycznych i religijnych.

Reklama

 

Dyrektor kazał zostać nauczycielem

Po ukończeniu szkoły podstawowej w Starych Oleszycach, rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Lubaczowie. – Na pół roku przed maturą, przyszedł dyrektor i mówi: rada pedagogiczna wytypowała ciebie do klasy pedagogicznej, bo jesteś biedny i na studia nie pójdziesz – wspomina Józef Zawitkowski.

Woli dyrektora się nie sprzeciwiał. Maturę zdał w 1951 r. i 15 sierpnia tegoż roku rozpoczął pracę nauczyciela w swojej rodzinnej wsi. Został też radnym Gminnej Rady Narodowej, gdzie pełnił funkcję przewodniczącego komisji oświaty i kultury. Jego zadaniem była likwidacja analfabetyzmu, z czego wywiązywał się solidnie, tym bardziej, że był nauczycielem. Organizował grupy, które osobiście uczył.

Reklama

W szkole spędził dwa lata. We wrześniu 1953 r. na krótko został nauczycielem w podstawówce w Nowym Dzikowie, a 1 listopada zmienił zawód i został urzędnikiem w nieistniejącym obecnie Urzędzie Gminy Stare Oleszyce. Tam spędził kolejne dwa lata swojego życia, by we wrześniu 1955 r. w końcu rozpocząć studia na Akademii Medycznej w Lublinie (w tamtym roku wyjątkowo rok akademicki rozpoczął się 1 września).  Rozpocząłby je już rok wcześniej, ale, mimo zdanych egzaminów, nie został przyjęty na studia z powodu braku miejsc. Odwoływał się, jeździł nawet do ministerstwa. – Załatwiliby mi to, ale o włos się spóźniłem – opowiada.

 

Reklama

„Zawziąłem się”

Wtedy dostanie się na studia nie zależało wyłącznie od zdolności kandydata. Ponieważ J. Zawitkowski pracował zawodowo, musiał wpierw uzyskać pozytywną opinię powiatowej komisji oświaty. Józef otrzymał negatywną, bo „chodził z dzwonkami na mszy”.

Zawziął się i postanowił, że za rok spróbuje ponownie. – To mnie zdopingowało tym bardziej – mówi. Przygotował się, pozbierał wszystkie pozytywne opinie. Zdał egzaminy, na studia został przyjęty i dostał nawet stypendium, które wynosiło 240 zł. – Akademik kosztował 9 złotych, wyżywienie całomiesięczne 210 złotych, czyli wydałem 219. 21 zostawało mi na osobiste wydatki. Trolejbus kosztował 15 groszy , ale ja chłop ze wsi i w większości chodziłem na nogach. Oszczędzałem w ten sposób i tak skończyłem studia – opowiada.

Reklama

W 1962 r. uzyskał dyplom lekarza medycyny. Marzył, żeby zostać asystentem w klinice chorób wewnętrznych. Po raz kolejny się okazało, że o marzenia warto walczyć. Przeszedł wszystkie stopnie zawodowe od młodszego asystenta do nauczyciela akademickiego.

W 1975 r. wygrał konkurs na ordynatora oddziału geriatrycznego w Okręgowym Szpitalu Kolei Państwowych w Lublinie. Był to pierwszy taki oddział na Lubelszczyźnie. J. Zawitkowski zorganizował go od podstaw i kierował nim aż do 1994 r. W 1982 r. powołano go na dyrektora Obwodu Lecznictwa Kolejowego w Lublinie, jednocześnie zachowując stanowisko ordynatora (taki był jego warunek).

Reklama

 

Emerytura? To nie dla niego

W 1994 r. został wysłany na emeryturę. Ale w tym czasie ogłoszono konkurs na dyrektora szpitala w Tarnogrodzie. Pan Józef bez problemu wygrał konkurs i rozpoczął się nowy etap w jego życiu. Okres jego kierownictwa to ogromny postęp w rozwoju tej placówki. Nowe oddziały, sprzęt, poprawa warunków leczenia. „Właściwi ludzie na właściwym miejscu, kompetentni, pracowici, ambitni. To był dobry czas dla szpitala w Tarnogrodzie” – podsumował 6 lat pracy dra Zawitkowskiego Kazimierz Szubiak na łamach Nowej Gazety Biłgorajskiej (nr 14 z 2016 r.).

Reklama

W czerwcu 2000 r. skończyła się jego dyrektorska kadencja. Dostał telefon, że w Horyńcu otwiera się przychodnia. Przyjął ofertę. Pracował w przychodniach Horyńcu-Zdroju i Cieszanowie oraz sanatorium Bajka w Horyńcu. Od 2017 r. przyjmuje już tylko kuracjuszy sanatoryjnych. Jak mówi, pacjentów nigdy mu nie brakowało. Zawsze przyjmował do ostatniego oczekującego. Bywało nawet tak, że wychodząc z budynku, zawrócił, bo ktoś właśnie szedł do niego na wizytę.

 

Ta najładniejsza

Pan Józef z dużą precyzją przytacza różne fakty z przeszłości. – Dziwię się, jak on wszystko pamięta. Jak ja coś załatwiam, to zapisuję wszystko na kartce, a nawet to, gdzie tę kartkę położyłam – mówi ze śmiechem jego żona Leokadia. I zapewnia, że mąż pamięta nie tylko zdarzenia sprzed lat, ale i bieżące.

Reklama

Pani Leokadia żartuje, że Józefa przy dobrej formie trzymają dwie laski. Jednej, którą się podpiera, nabawił się w wyniku upadku. Drugą jest.. małżonka. Poznali się, gdy był po trzecim roku studiów. Na wakacjach jeździł dorobić na kolonie dla dzieci – najpierw jako higienista, potem p.o. lekarza. Na jednej z nich poznał maturzystkę Leokadię. – Miałem wtedy nie jechać, bo przesunąłem sobie na wrzesień ciężki egzamin. Ale pani kierownik mnie namawiała: niech pan jedzie, będzie ładna wychowawczyni, dopiero maturę zdała – wspomina.

Zaciekawiło go to i pojechał. Nie miał wątpliwości, że to jest ta najładniejsza. – Widzę: dzieci grają w piłkę, ona ich pilnuje. Podszedłem, zacząłem rozmawiać i w tym momencie zostawiła mnie i poszła grać z dziećmi. Uznałem, że rezygnuje ze mnie i wróciłem do gabinetu. Stwierdziłem, że to koniec, jak nie to nie – opowiada.

Reklama

Następnego dnia do drzwi jego gabinetu zapukała Leokadia z trzema dziewczynkami i mówi: byłyśmy w lesie i nazbierałyśmy dla pana doktora poziomki. W ten sposób otworzyła mi na nowo drogę i szło już lepiej – wspomina.

Od tego momentu jeździli już razem na kolonie, a w 1962 r. wzięli ślub. Mają 3 córki, 2 wnuków i 2 wnuczki. Pani Leokadia przez całe życie zawodowe była nauczycielką języka polskiego.

Za chwilę dr Zawitkowski skończy 87 lat, ale wcale nie myśli o kończeniu pracy. Skąd bierze na to siły? Według niego najlepszą receptą na długowieczność jest aktywność. – Od siódmego roku życia zasuwam. Pasłem krowy, głodowałem, chodziłem boso, handlowałem, zbierałem jagody – mówi.

Reklama

– Mnie praca trzyma przy życiu. Dawno by mi się coś stało, gdybym nie pracował – dodaje.

 


 

 

 

 

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama