Mimo 87 lat na karku, dr Józef Zawitkowski wciąż jest aktywnym zawodowo lekarzem. Według niego najlepszą receptą na długowieczność jest aktywność. – Od siódmego roku życia zasuwam. Pasłem krowy, zbierałem jagody. Mnie praca trzyma przy życiu. Dawno by mi się coś stało, gdybym nie pracował – mówi.
Z dr. Józefem Zawitkowskim spotkamy się w jego gabinecie w sanatorium Bajka, gdzie wciąż pracuje. – Spełnił pan moje marzenie. Kiedy pierwszy raz trafiłem na Życie Podkarpackie, bardzo mi się spodobało i pomyślałem sobie: jak by to było miło, gdyby kiedyś napisali o mnie w tej gazecie. I proszę, teraz pan się zjawił – mówi dr Zawitkowski.Józef Zawitkowski urodził się 27 maja 1932 r. w Starych Oleszycach. Wychowywał się z bratem Stanisławem przy rodzicach, od małego pomagając im w pracach polowych. W tamtych czasach, to, że syn chłopa zostanie lekarzem było nie do pomyślenia. U małego Józia, pierwsza taka myśl, jeszcze nie do końca świadoma, pojawiła się, gdy miał jakieś 5 lat. – To było przed wojną. Mama zachorowała[paywall], tata przywiózł lekarza Józefa Sznaubę z Oleszyc. Pamiętam go do dziś, miałem wtedy może 5 lat. Tata opowiadał, że biegałem potem po mieszkaniu i mówiłem do mamy: „oddychać, sapać”. Tak jak wcześniej lekarz – wspomina.
Dzieciństwo było naznaczone ciężką pracą i wojną. O rodzicach mówi z największym szacunkiem, wspominając o wpojonych wartościach patriotycznych i religijnych.
Po ukończeniu szkoły podstawowej w Starych Oleszycach, rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Lubaczowie. – Na pół roku przed maturą, przyszedł dyrektor i mówi: rada pedagogiczna wytypowała ciebie do klasy pedagogicznej, bo jesteś biedny i na studia nie pójdziesz – wspomina Józef Zawitkowski.
Woli dyrektora się nie sprzeciwiał. Maturę zdał w 1951 r. i 15 sierpnia tegoż roku rozpoczął pracę nauczyciela w swojej rodzinnej wsi. Został też radnym Gminnej Rady Narodowej, gdzie pełnił funkcję przewodniczącego komisji oświaty i kultury. Jego zadaniem była likwidacja analfabetyzmu, z czego wywiązywał się solidnie, tym bardziej, że był nauczycielem. Organizował grupy, które osobiście uczył.
W szkole spędził dwa lata. We wrześniu 1953 r. na krótko został nauczycielem w podstawówce w Nowym Dzikowie, a 1 listopada zmienił zawód i został urzędnikiem w nieistniejącym obecnie Urzędzie Gminy Stare Oleszyce. Tam spędził kolejne dwa lata swojego życia, by we wrześniu 1955 r. w końcu rozpocząć studia na Akademii Medycznej w Lublinie (w tamtym roku wyjątkowo rok akademicki rozpoczął się 1 września). Rozpocząłby je już rok wcześniej, ale, mimo zdanych egzaminów, nie został przyjęty na studia z powodu braku miejsc. Odwoływał się, jeździł nawet do ministerstwa. – Załatwiliby mi to, ale o włos się spóźniłem – opowiada.
Wtedy dostanie się na studia nie zależało wyłącznie od zdolności kandydata. Ponieważ J. Zawitkowski pracował zawodowo, musiał wpierw uzyskać pozytywną opinię powiatowej komisji oświaty. Józef otrzymał negatywną, bo „chodził z dzwonkami na mszy”.
Zawziął się i postanowił, że za rok spróbuje ponownie. – To mnie zdopingowało tym bardziej – mówi. Przygotował się, pozbierał wszystkie pozytywne opinie. Zdał egzaminy, na studia został przyjęty i dostał nawet stypendium, które wynosiło 240 zł. – Akademik kosztował 9 złotych, wyżywienie całomiesięczne 210 złotych, czyli wydałem 219. 21 zostawało mi na osobiste wydatki. Trolejbus kosztował 15 groszy , ale ja chłop ze wsi i w większości chodziłem na nogach. Oszczędzałem w ten sposób i tak skończyłem studia – opowiada.
W 1962 r. uzyskał dyplom lekarza medycyny. Marzył, żeby zostać asystentem w klinice chorób wewnętrznych. Po raz kolejny się okazało, że o marzenia warto walczyć. Przeszedł wszystkie stopnie zawodowe od młodszego asystenta do nauczyciela akademickiego.
W 1975 r. wygrał konkurs na ordynatora oddziału geriatrycznego w Okręgowym Szpitalu Kolei Państwowych w Lublinie. Był to pierwszy taki oddział na Lubelszczyźnie. J. Zawitkowski zorganizował go od podstaw i kierował nim aż do 1994 r. W 1982 r. powołano go na dyrektora Obwodu Lecznictwa Kolejowego w Lublinie, jednocześnie zachowując stanowisko ordynatora (taki był jego warunek).
W 1994 r. został wysłany na emeryturę. Ale w tym czasie ogłoszono konkurs na dyrektora szpitala w Tarnogrodzie. Pan Józef bez problemu wygrał konkurs i rozpoczął się nowy etap w jego życiu. Okres jego kierownictwa to ogromny postęp w rozwoju tej placówki. Nowe oddziały, sprzęt, poprawa warunków leczenia. „Właściwi ludzie na właściwym miejscu, kompetentni, pracowici, ambitni. To był dobry czas dla szpitala w Tarnogrodzie” – podsumował 6 lat pracy dra Zawitkowskiego Kazimierz Szubiak na łamach Nowej Gazety Biłgorajskiej (nr 14 z 2016 r.).
W czerwcu 2000 r. skończyła się jego dyrektorska kadencja. Dostał telefon, że w Horyńcu otwiera się przychodnia. Przyjął ofertę. Pracował w przychodniach Horyńcu-Zdroju i Cieszanowie oraz sanatorium Bajka w Horyńcu. Od 2017 r. przyjmuje już tylko kuracjuszy sanatoryjnych. Jak mówi, pacjentów nigdy mu nie brakowało. Zawsze przyjmował do ostatniego oczekującego. Bywało nawet tak, że wychodząc z budynku, zawrócił, bo ktoś właśnie szedł do niego na wizytę.
Pan Józef z dużą precyzją przytacza różne fakty z przeszłości. – Dziwię się, jak on wszystko pamięta. Jak ja coś załatwiam, to zapisuję wszystko na kartce, a nawet to, gdzie tę kartkę położyłam – mówi ze śmiechem jego żona Leokadia. I zapewnia, że mąż pamięta nie tylko zdarzenia sprzed lat, ale i bieżące.
Pani Leokadia żartuje, że Józefa przy dobrej formie trzymają dwie laski. Jednej, którą się podpiera, nabawił się w wyniku upadku. Drugą jest.. małżonka. Poznali się, gdy był po trzecim roku studiów. Na wakacjach jeździł dorobić na kolonie dla dzieci – najpierw jako higienista, potem p.o. lekarza. Na jednej z nich poznał maturzystkę Leokadię. – Miałem wtedy nie jechać, bo przesunąłem sobie na wrzesień ciężki egzamin. Ale pani kierownik mnie namawiała: niech pan jedzie, będzie ładna wychowawczyni, dopiero maturę zdała – wspomina.
Zaciekawiło go to i pojechał. Nie miał wątpliwości, że to jest ta najładniejsza. – Widzę: dzieci grają w piłkę, ona ich pilnuje. Podszedłem, zacząłem rozmawiać i w tym momencie zostawiła mnie i poszła grać z dziećmi. Uznałem, że rezygnuje ze mnie i wróciłem do gabinetu. Stwierdziłem, że to koniec, jak nie to nie – opowiada.
Następnego dnia do drzwi jego gabinetu zapukała Leokadia z trzema dziewczynkami i mówi: byłyśmy w lesie i nazbierałyśmy dla pana doktora poziomki. W ten sposób otworzyła mi na nowo drogę i szło już lepiej – wspomina.
Od tego momentu jeździli już razem na kolonie, a w 1962 r. wzięli ślub. Mają 3 córki, 2 wnuków i 2 wnuczki. Pani Leokadia przez całe życie zawodowe była nauczycielką języka polskiego.
Za chwilę dr Zawitkowski skończy 87 lat, ale wcale nie myśli o kończeniu pracy. Skąd bierze na to siły? Według niego najlepszą receptą na długowieczność jest aktywność. – Od siódmego roku życia zasuwam. Pasłem krowy, głodowałem, chodziłem boso, handlowałem, zbierałem jagody – mówi.
– Mnie praca trzyma przy życiu. Dawno by mi się coś stało, gdybym nie pracował – dodaje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze