Reklama

– Uciekaliśmy z płomieni boso. Zostałam bez niczego

27/03/2015 08:06

– W Przemyślu pewnie wszyscy pamiętają „Bar u Jurka”, który działał najpierw przy Grunwaldziej, a później przy Rogozińskiego. Kiedy przez kilka lat prowadziłam go z Jurkiem, nieraz pomagaliśmy innym, a teraz baru nie ma, Jurka nie ma, a ja znalazłam się w takiej sytuacji, że sama muszę prosić o pomoc – Wanda przerywa, żeby otrzeć łzy. Później, opowiadając i pokazując, co ją spotkało, jeszcze kilka razy sięgnie po chusteczkę.

– Sponsorowaliśmy różne imprezy. Bezpłatnie karmiliśmy wolontariuszy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, organizowaliśmy katering dla tancerzy Szkoły Tańca „A-Z”, za symboliczną kwotę żywiliśmy przebywające na zimowisku dzieci z biednych rodzin. Wszyscy nam dziękowali, pisali o nas w gazetach. Niestety twardy rynek wymusił na nas decyzję o zakończeniu działalności i niecałe trzy lata temu „Bar u Jurka” przestał istnieć. Zwolniliśmy dwanaście osób i zostaliśmy z długami. Półtora roku temu Jurek, mój życiowy partner, z którym byłam od wielu lat, dowiedział się, że jest ciężko chory. Białaczka w ostrej formie. Nie było ratunku. Zmarł dwudziestego dziewiątego stycznia tego roku. Niecałe trzy tygodnie później spalił się dom, który dwa lata temu moja mama kupiła dla mnie w Śliwnicy. Wtedy poczułam, że wszystko mi się zawaliło – opowiada Wanda Paszkiewicz.

Pożar

– To było osiemnastego lutego, około drugiej w nocy. Synowie sołtysa wracali autem z jakiegoś meczu we Lwowie i z drogi zobaczyli płomienie na dachu mojego domu. Zawiadomili straż. W domu, oprócz mnie, był mój wnuk i córka. Obudził nas łomot do drzwi i ludzie wyciągnęli nas w ostatniej chwili, bo cały dach był już w ogniu i zaczynał płonąć sufit w moim pokoju. Strażacy bardzo szybko przyjechali, niestety z całego domu ocalały jedynie ściany. Reszta się spaliła. Uciekaliśmy z płomieni boso. Ogień był taki, że niczego nie udało się uratować. Spaliło się nawet auto, które było zaparkowane obok domu. Zostałam bez niczego. Ubrania w szafach potopiły się z gorąca, albo tak przeszły spalenizną, że nie nadają się do niczego. Spaliły się łóżka, pościel, komputer, pralka, cała dokumentacja firmy, którą trzymałam na strychu, a to, co ocalało, już nie nadaje się do użytku – wylicza Wanda i znowu ociera łzy.

Reklama


fot.Jacek Szwic
Tak wyglądał dom Wandy na drugi dzień po pożarze. Dom ma już nowy dach, ale jeszcze wiele pracy potrzeba, żeby w nim zamieszkać.

Pomoc i prośba

Pierwszy pomoc dla pogorzelców zorganizował sołtys Śliwnicy. Obszedł mieszkańców wioski i zebrał dwa i pół tysiąca złotych. Potem załatwił drewno na odbudowę domu i transport. Gmina przysłała pracowników, którzy uprzątnęli pogorzelisko. Ksiądz z Krasiczyna zorganizował zbiórkę w parafii i zebrał trzy tysiące. – Rodzina też przekazała mi wszystkie oszczędności – dodaje Wanda. Dzięki tej pomocy, za którą wszystkim dziękuję z całego serca, udało się wyremontować dom. Już jest nowy dach, wymienione zostały spalone ściany w kuchni i łazience, reszta pomieszczeń jest odnowiona i pomalowana. Niby możemy już z córką i wnukiem tam zamieszkać, tyle że nie mamy łóżek, pościeli, mebli, nie wspominając o ubraniach i drobnych sprzętach domowych. Nigdy o nic nikogo nie prosiłam, ale teraz znalazłam się w takiej sytuacji, że muszę prosić i wierzę, że może znajdą się ludzie, którzy mają zbędne sprzęty gospodarstwa domowego, meble, pościel czy jakąś w miarę sprawną pralkę. Nie wspominam już, że nie mam pieniędzy, żeby zapłacić pracownikom, którzy robili remont. Choć to trudne, staram się być optymistką – kończy Wanda.


Reklama

Wszyscy, którzy chcieliby pomóc Wandzie Paszkiewicz, mogą się w tej sprawie kontaktować z naszą redakcją, nr 16 670 22 00, 16 670 30 41

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama