Reklama

2-latka połknęła monetę. Odesłano ją do Rzeszowa!

Do kolejnej skandalicznej sytuacji doszło w Wojewódzkim Szpitalu im. św. o. Pio w Przemyślu. 2-letnia dziewczynka przypadkowo połknęła jednozłotową monetę. W przemyskiej placówce przez kilka godzin nikt nie był w stanie jej pomóc, mimo tego, że ciągle wymiotowała i się dławiła. Wysłano ją wraz z przerażonymi rodzicami do szpitala w Rzeszowie!

Adrianna Sanocka ma 2 latka i mieszka w Świętem w gminie Radymno. 7 września br. w godzinach popołudniowych jej starszy brat przy kuchennym stole zaczął liczyć własne oszczędności wyciągnięte ze skarbonki. Większość to były monety. Ada stała tuż obok. Nieoczekiwanie dla wszystkich porwała jedną z nich i włożyła do buzi. Mama natychmiast zareagowała, każąc dziecku wyciągnąć pieniążek z buzi. – Ada słucha. Chciała to zrobić, ale najpierw się roześmiała. A jak się śmieje, wygina główkę do tyłu. Moneta wpadła jej do przełyku – opowiada mama dziewczynki. – Kiedy utknęła w przewodzie pokarmowym, zaczęła bardzo mocno wymiotować. Próbowałem jej na różne sposoby pomóc, ale to nic nie pomagało, więc błyskawicznie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do szpitala na Monte Cassino w Przemyślu. Gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, od razu popędzilibyśmy do szpitala w Rzeszowie – dodała[paywall].

Coś jest!

Państwo Sanoccy trafili na izbę przyjęć. – Mimo że widziała, że dziecko jest blade jak ściana i ledwo oddycha, pani powiedziała na wstępie, że nie może nas przyjąć bez numeru PESEL Ady. Przecież mógłbym go podać później... – rozpoczął opowieść ojciec dziewczynki Tomasz Sanocki. – Przypomniałem sobie, że mam go w telefonie. Podałem. Pani kazała nam iść na chirugię dziecięcą. Lekarz popatrzył na małą i powiedział, że on nic nie widzi i trzeba zejść na laryngologię. Pobiegliśmy. Lekarz pełniący dyżur ponoć nie był specjalistą laryngologiem, popatrzył i kazał małej otworzyć buzię. Nic nie zobaczył, kazał zejść jeszcze niżej na prześwietlenie. Pobiegliśmy. Ada cały czas wymiotowała, więc proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałem. Pod drzwiami rtg. widniała karteczka: proszę dzwonić, więc zadzwoniłem. Raz, drugi, trzeci. Po jakimś czasie wychodzi pani i pyta, dlaczego tak dzwonię? Trochę czekaliśmy, ale wreszcie zrobili prześwietlenie i wysłali nas na chirurgię dziecięcą. Lekarz powiedział, że coś jest. Nie tego oczekiwaliśmy, bo że coś jest, wiedzieliśmy sami. Po 20 minutach powiedzieli nam, że w Przemyślu nie ma warunków, aby dziecku wyciągnąć tę monetę i musimy pojechać do Rzeszowa. Jeśli dobrze zrozumiałem z powodu braku anestezjologa, a być może laryngologa specjalisty, a być może z powodu braku odpowiedniego sprzętu. Powiem szczerze, że nie pamiętam już dlaczego, taki byłem zdenerwowany. Już nic z tego nie wiedziałem – kontynuuje opowieść T. Sanocki.

Reklama


fot.Mariusz Godos
2-letnia Adrianna Sanocka wymiotowała i dławiła się, mimo to przemyscy lekarze kazali rodzicom jechać do Rzeszowa.

Ciało obce w... uchu

Spanikowani, bo w każdej chwili mogło dojść do tragedii, zgodzili się na transport do Rzeszowa, bo nie mieli wyjścia. Rozpoczęło się czekanie na karetkę pogotowia. – Czekamy dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny. Ada ciągle wymiotowała, była coraz bardziej blada, coraz słabiej oddychała. Popędziłem do tego lekarza i zdenerwowany pytam, co się dzieje? Czy ta karetka jedzie po nas z Rzeszowa? Okazało się, że ratownicy medyczni nie byli na miejscu, a musieli przyjechać ze swoich domów. Dlatego tyle czasu to zajęło, a poza tym dostali informację ze szpitala, że muszą jechać do rzeszowskiego szpitala z dzieckiem z ciałem obcym w uchu – wyjaśnił pan Tomasz.

Reklama

– Mąż pojechał naszym samochodem, my z Adą karetką. Oddychała tylko przez nos, w pewnym momencie śluz zaczął jej go zatykać, ale jakoś dojechaliśmy. Lekarze w Rzeszowie powiedzieli, że nie ma zagrożenia życia i że szybko wyciągną jej tę monetę. Trwało to piętnaście minut. Szybciutko ją wybudzili. Po kilkunastu minutach mogła już jeść i pić. Od zrobienia zdjęcia rtg. do wyjęcia jej pieniążka z przełyku upłynęły aż cztery godziny! Cztery godzin nerwów i niepewności – dopowiedziała mama Ady.

– Tak być nie powinno. Jakieś głupawe procedury, wiele niedomówień, niezdecydowania. Nie jesteśmy z Przemyśla, a tu ktoś nam mówi: idźcie sobie tam i tam. Przecież nie znamy tak ogromnego budynku. Nie tak wyobrażałem sobie szpital wojewódzki. Biegaliśmy bez sensu po piętrach. A gdyby ta moneta w tym czasie się przesunęła, ułożyła w przełyku inaczej i Ada by się udusiła? Nawet nie chcę o tym myśleć – podsumował T. Sanocki.

Reklama

Zlikwidowany „dyżur pod telefonem”

Oddział laryngologiczny w szpitalu wojewódzkim na Monte Cassino istnieje tylko z nazwy. Przed procedurą połączenia Szpitala Miejskiego z przychodnią kolejową oddział laryngologii szpitala na Słowackiego zapewniał pełną opiekę w nagłych przypadkach. Obecnie jest on zawieszony, a personel oddelegowany do pracy w szpitalu wojewódzkim – jak sami twierdzą – bez możliwości podejmowania jakichkolwiek działań.

Do 1 września br. działał na oddziale laryngologii szpitala wojewódzkiego tzw. „dyżur pod telefonem”. Pełniło go kilku doświadczonych laryngologów, którzy w razie potrzeby w stanach nagłych (m.in.: ciała obce dróg oddechowych i pokarmowych, masywne urazy głowy i szyi, krwotoki z górnych dróg oddechowych, nagłe duszności krtaniowe itp.), na wezwanie lekarza dyżurnego, stawiali się w miejscu pracy i wykonywali procedury wysokospecjalistyczne, wymagające podjęcia szybkich, profesjonalnych decyzji i działań ratujących życie i zdrowie pacjentów. Dyżur jednak został zlikwidowany, a dyrekcja swoją decyzję tłumaczyła faktem oszczędności. Kosztował on szpital ok. 15 tys. zł na miesiąc.


fot.ze zbiorów własnych
Ada ze starszym bratem tuż po wybudzeniu w rzeszowskim szpitalu.

Notka z urzędu

Sprawą postanowiliśmy zainteresować Stanisława Kruczka, wicemarszałka województwa podkarpackiego odpowiedzialnego za służbę zdrowia. Opisaliśmy sytuację, która nie jest pierwszą tak bulwersującą w przemyskim szpitalu. Poprosiliśmy o kilka zdań komentarza. Po trzech dniach otrzymaliśmy od Aleksandry Gorzelak-Nieduży z biura prasowego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego w Rzeszowie notkę, że „(...) w kwestii pytania, które pan zadał, niezbędny jest – w naszej ocenie – kontakt z dyrekcją wojewódzkiego szpitala w Przemyślu (...)”. Oczywiście nie o to nam chodziło, bo przecież kompletnym dyletanctwem z naszej strony byłoby nie spytać dyrekcji przemyskiego szpitala o ten incydent. Jeśli w urzędzie marszałkowskim tak sobie pomyśleli, to gratulujemy poczucia humoru. Opis całej sytuacji przesłaliśmy w tym samym dniu do Rzecznika Praw Pacjenta Wojewódzkiego Szpitala im. św. o. Pio w Przemyślu, który – jak nas później zapewniał – korespondencję przekazał dyrektorowi placówki Piotrowi Ciompie.

Reklama

Dyrektor powołał komisję

– Połknięcie przedmiotu przez dziecko jest powszechnie występującym przypadkiem wymagającym interwencji lekarskiej, co powinien wykonać lekarz o drugim stopniu specjalizacji w ramach rutynowych obowiązków. Dzieckiem zajmowało się kolejno trzech specjalistów: na SOR-ze, oddziale chirurgii dziecięcej i oddziale laryngologii. Szpital dysponował zarówno personelem, jak i aparaturą, aby poradzić sobie z tym przypadkiem. W razie konieczności pomocą mogli służyć lekarze z innych oddziałów – powiedział dyrektor placówki P. Ciompa. – Lekarze, którzy odesłali dziecko do Rzeszowa, a także kierownicy odpowiedzialni za organizację pracy lekarzy będą składać wyjaśnienia przed powołaną przeze mnie komisją – dodał.

Zdaniem P. Ciompy nie brak dyżuru telefonicznego był przyczyną niezajęcia się dzieckiem. Dyżur telefoniczny w czasie, gdy dyżur stały pełni lekarz z II stopniem specjalizacji, nie ma oparcia w przepisach prawa i jest marnotrawstwem środków publicznych przez szpital, któremu brakuje środków na  nowoczesną aparaturę. – Co więcej: lekarz, który odesłał dziecko do Rzeszowa, do niedawna dyżurował telefonicznie jako „doświadczony” lekarz. Gdyby nie likwidacja dyżurów telefonicznych, być może on byłby wezwany do szpitala, aby się zająć tym przypadkiem. Tak więc odmowę zajęcia się dzieckiem kilka dni po likwidacji dyżurów telefonicznych na oddziale odbieram jako próbę wymuszenia na dyrekcji przywrócenia zbędnych dyżurów telefonicznych i utrzymania zarobków, nie znajdujących uzasadnienia w wykonywanej pracy. Spory między szpitalem a lekarzami się zdarzają, ale po raz pierwszy wciągnięto w tę sprawę pacjentów – wyjaśnił dyrektor szpitala, dodając: – Liczba pacjentów spada, a liczba i koszty dyżurów rosną. To patologia. Moim celem jest odwrócenie tej dysproporcji. Tam, gdzie są stałe dyżury specjalistów II stopnia, dyżury telefoniczne były i będą, poza wyjątkami, likwidowane, tak jak wcześniej na neonatologii. W tym tygodniu zamierzam zlikwidować taki dyżur na urologii. Racjonalizacja dyżurów jest częścią działań naprawczych mających na celu uzdrowienie szpitala.
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Lolo - niezalogowany 2016-09-20 19:58:40

    Jak zwykle Banda udaczników w PRzemyślu !! a pielegniarki podwyżki sa !! Powinne robić za swoję  podejście do pacjenta za najniższa krajowa !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Hen - niezalogowany 2016-09-20 20:01:20

    Ja bym osobę prowadząca co przyjmowała zawiesił na conajmniej 5 lat z zawodu 

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    ronin - niezalogowany 2016-09-20 20:01:39

    jeżeli to prawda powinno być zawiadomienie do prokuratury o niedopełnienie obowiązków przez lekarzy i zagrożenie życia dziewczynki a na sam koniec pałą ich po niedouczonych łbach...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zycie.pl




Reklama